LATARNICA

Latarnie morskie, koty, słowo drukowane i coś więcej…

Archive for Luty, 2010

Kończy się ostatni dzień lutego – miesiąca, który jeszcze kojarzy się z zimą, ale od jutra na kartach kalendarza pojawi się już marzec – a on zdecydownie pachnie już pietrwszymi tchnieniami wiosny i daje nadzieje na cieplejsze dni i zazielenienie się świata.

Dziś telewizja TVN emituje wspaniały i ciepły film o uczuciach, które się narodziły dzięki rozmowom przez e-maile. Masz wiadomość to doskonały polepszacz nastroju przed kolejnym tygodniem  pracy. Może to i bardzo komercyjne kino, ale z przyjemnością patrzy się na aktorski duet Meg Ryan-Tom Hanks. Są tutaj potwornie przekonywujący i bardzo prawdziwi.Dla mnie te historia ma jeszcze inny ważny walor. Istotną jej cześcią są książki i fascynacja nimi.

W przerwie reklamowej przeglądałam odłożone na stosik – wciąż nie przeczytane numery Dużego Formatu – i trafiłam tam na ciekawy felieton Krzysztofa Vargi, którego fragment mnie poruszył. I całkowicie się zgadzam z tym co napisał.

[…] Opowiadania o Sherlocku czytałem w podstawówce, cóż to była za przyjemność wejść w ten świat angielskich wymyślnych zbrodni, zachwycać się dedukcją Holmesa, dziwnymi wypadkami z klasycznych opowiadań „Pięć pestek pomarańczy”, „Złote pince-nez”, „Samotna cyklistka”, „Tajemnicza śmierć przy moście Thor”. Czytałem Conan Doyle’a na zmianę, a może raczej w parze z Edgarem Allanem Poe […]

Po powrocie z projekcji wyciągnąłem z półki stare wydania Sherlocków i sobie je kartkowałem, z pełną świadomością jednak, że przecież nie będę ich teraz czytał, nie mam na to czasu, nawet gdybym miał nieodpartą ochotę na takie sentymentalne wycieczki w czasy pradawnego dzieciństwa. Moja konstatacja jest szerszej natury – doskonałej większości książek, które kiedyś przeczytałem, nie przeczytam już nigdy więcej. Na tym polu literatura dramatycznie przegrywa z muzyką i filmem, nie ma wszak nic prostszego niż przy porannych lub wieczornych obrządkach puścić sobie niesłuchaną od lat płytę, cóż trudnego w tym, żeby zarzucić na DVD dawno nieoglądany film. Ale jak tu wrócić teraz do lektury, dajmy na to, całego Faulknera? Czytałem Faulknera po raz ostatni pewnie z piętnaście lat temu, czytałem go po raz pierwszy z lat temu dwadzieścia pięć. Ależ zrobił wtedy na mnie wrażenie! Mam do tej pory to dzieło, od którego jego twórczość zacząłem poznawać, to dwutomowa PIW-owska edycja „Opowiadań” z 1967 roku, papier nieco cuchnie stęchlizną, ale ten zapach papieru akurat zawsze lubiłem.

Być może nigdy już nie przeczytam Faulknera, na pewno nigdy nie przeczytam już wielu autorów, którzy mnie zachwycali, czasami mam ochotę rzucić się gwałtownie na Flauberta, ale wszak Flauberta już czytałem. Myślę, żeby przypomnieć sobie całego, kiedyś ukochanego, Cortázara, ale musiałbym chyba sobie specjalnie w tym celu złamać nogę i spędzić w łóżku sześć tygodni. Dorosłość oznacza utratę niewinności, najgorsza z tego jest utrata niewinności czytelniczej. Coraz trudniej jest się czymś niewinnie zachwycić, coraz łatwiej jest się czymś znudzić.

Choć to ostatnie zdanie jest smutne, mimo wszystko nie poddaję się i ciągle wpadam w nowe książkowe światy. Ciągle martwi mnie, że i tak nie przeczytam wszystkich ciekawych nowości jakie bym chciała, a co dopiero znaleźć czas na powroty do dawnych fascynacji literackich. A może jednak czasami warto? Może odrzucenie jakiejś nowości na rzecz sprawdzonego dzieła będzie oczyszczające i sprawi ogromną przyjemność? Mam takie książki do których wracam, ale już dawno tego nie robiłam. Chyba czas zaplanować między nowościami taką lekturę. Póki co, skończę ostatnią lutową książkę i nowy miesiąc zacznę wkraczając w nieznany teren nowej książki.

[28.02.2010]

Scratch my back

Posted by kotmonika under Blog

Jeszcze przed oficjalną premierą wyznaczoną na dzień 1 marca trafił do sprzedaży najnowszy album Petera Gabriela Scratch my back. Tym samym nasza spora kolekcja ulubionych płyt, licząca  dziś już pewnie kilkaset pozycji, wzbogaciła się o nowy studyjny album tego genialnego muzyka. Peter to sprawdzona marka. Im starszy, tym lepszy i dojrzalszy jako artysta. Tym razem na album składają się same covery -ale jakie to aranżacje! Od kilku tygodni płytę niemal codzienne promuje radiowa Trójka. Piosenka Boy in the Bubble (oryg. kompozycja Paula Simona z płyty Graceland) stała się już hitem. Toteż nie martwię się o los płyty – sprzeda się doskonale. Mimo, że Gabriel to nie topowy artysta ze szczytów list przebojów.

Miałam ten zaszczyt widzieć go 7 lat temu na żywo na poznańskim stadionie – kiedy odwiedził nasz kraj na jedyny jak dotąd koncert dla polskiej publiczości. Co to był za majowy wieczór! Nie dosyć, że aura była idealna i dopisał niemal typowo letni upał, to skromny w oprawie koncert  był wydarzeniem najwyższego formatu (poznańska scena uniemożliwiała wykorzystanie wszystkich efektów i sprzętu z ówczesnej trasy kocertowej Gabriela). Bo kiedy na scenie jest ON – to muzyka i wokal tworzą niesamowity spektakl i klimat.  Do czasu koncertu live nie do końca byłam przekonana do wielkości muzyki tego artysty. Ale już po, zaczęłam sięgać po płyty Gabriela coraz częściej i śledziłam na bieżąco wszystkie jego późniejsze dokonania. Nowy album przesłuchałam dopiero raz. Trafił do odtwarzacza zaledwie 2 godziny temu prosto ze sklepu muzycznego. Nie jestem rozczarowana. To płyta, z którą trzeba się osłuchać i zżyć.Jest bardziej sentymentalna niż inne i wielkim jej atutem jest znaczące wykorzystanie w aranżacjach orkiestry symfonicznej  z Londynu i Budapesztu. Brawo Peter!

[26.02.2010]

W tym tygodniu zima znowu dała za wygraną przysypując w nocy Poznań (z wtorku na środę) świeżą warstwą białego puchu. Dziś na szczęście  było już bardziej wiosennie, słońce nareszcie wyjrzało zza chmur, a w godzinach popołudniowwych temperatura osiągnęła plus 9 stopni! Co za przyjemność! Od wczesnych godzin rannych ptaki śpiwają już serenady wiosenne – zmianę pór roku czuć już na zakręcie.

Tegorocza zima jest wyjątkowo uciążliwa, dobrze że wcześniej się tego nie wie, bo motywacja do codziennej egzystencji przy tak paskudnej aurze byłaby znikoma dla wielu osób. Ale i tak mam wrażenie, że te ostatnie białe miesiące to nic wobec zim przedwojennych o czym świadczy choćby ta stara fotografia latarenki z główki falochronu wschodniego w Gdańsku Nowym Porcie. Ilość śniegu czy raczej gór lodowych z zamarzniętej wody zatoki jest porażająca, bo wygląda na to, że w czasie kiedy wykonano zdjęcie zamarznięty był cały tor wodny do Gdańska. Za latarenką normalnie powinny być widoczne wody zatoki. A my widzimy pejzaż bardziej górski niż nizinny. Niesamowite!

[25.02.2010]

Przełom marca i kwietnia 1947. Żródło - PAP


Zasada płodozmianu lektur

Posted by kotmonika under Blog

Kilka dni temu w rozmowie mailowej z przyjacielem poskarżyłam się, że żałuję iż cały miesiąc luty zszedł mi  na czytaniu tylko jednej książki. Tak doskonale zaczął się lekturowo ten rok, w samym styczniu udało mi sie przeczytać 6 książek, a to doskonale wróżyło na pozostałą część roku… Może to sprawka dni, w których praktycznie tylko późno w nocy mam czas na czytanie, a zmęczona padam po kilkunastu (w najlepszym przypadku kilkudziesięciu) stronach. Na pewno wina nie leży po stronie kiążki – bo każda powieść genialnej Sarah Waters – to w moim przypadku strzał w dziesiątkę. Ale tak długie przebywanie w jednym literackim świecie po tylu dniach sprawia, że coraz częściej wyczekuje się końca. Idealnie oddał to w mailu mój rozmówca, który na słowa skargi napisał (dziękuję Drussie i pozwól, że cię zacytuję): […] Po pewnym czasie nawet najlepsza lektura jakby nas z siebie wyrzucała… Jest w tym stwierdzeniu to co odczuwam już od kilku dni, ale ponieważ zostało mi już zaledwie ponad 40 stron do końca liczę, że dobrnę do fianłu powieści już dziś, a najpóźniej jutro. I zgodnie ze starą i bardzo ważną dla nałogowego czytelnika zasadą płodzmianu (biorąc pod uwagę gatunek, autora, kraj ojczysty autora itp.) trzeba kolejną lekturę wybrać taką, aby jak najmniej przypominała w jakikolwiek sposób swą poprzedniczkę. W przypadku wyborów nowych lektur zdaje się na tzw. wołanie z półeczki czyli znalezienie książki , która na daną chwilę intryguje i zaciekawia najbardziej (bywa i tak, że czekała w kolejce dobrych parę czy kilkanaście lat). Dlatego dziś jeszcze nie wiem co to będzie, ale zaczynam już pomału nasłuchiwać. Wynik tych poszukiwań jest dla mnie o tyle ważny, że spędzę z kolejną książką na pewno sporo czasu. Nie może więc być chybiony. Póki co powrócę do Londynu  okresu II wojny światowej i tuż po niej  i doczytam Pod osłoną nocy. Myślę, że epilog nic już nie zmieni w mojej ocenie. Jak zwykle dla Waters będzie to nota maksymalna.

[24.02.2010]

Antidotum na normalność

Posted by kotmonika under Blog, Latarnie morskie

Dziś cytat z mojego ulubionego pisarza: Nie próbuj nawet być normalna, bo normalność to pierwszy symptom śmiertelnie groźnej choroby. Jak tylko poczujesz, że nadchodzi normalność, zaraz poszukaj antidotum. [Jonathan Carroll, Drewniane morze]

Jest w tym fragmencie wszystko czym chciałabym się w życiu kierować. Aby dobrze przeżyć SWÓJ dzień – nie taki jak inni widzieliby w nim twoją rolę – ale taki, który wypływa prosto z serca, trzeba postawić na bycie nienormalnym. Ale w tym dobrym znaczeniu. Bo każdy z nas jest inny i ta nasza wewnętrza normalność, to kim naprawdę jesteśmy, buduje naszą zewnętrzną nienormalność. To ona daje w życiu przyjemność, siłę, powoduje że wstajemy wcześnie rano, ale uśmiechamy się, bo ten nowy dzień może przynieść coś dobrego. Dzięki mojej jednej fascynacji latarniami morskimi już bywam postrzegana jako ktoś daleki o normalności, a to tylko ułamek mojej twarzy – mapy tego kim jestem. Zatem powtarzając za Carrollem: nie próbujcie nigdy być normalni! Bądźcie w pełni sobą! A jak ktoś będzie próbował was utemperować wartro zawsze mieć przy sobie skuteczne antidotum. Już dziś warto pomyśleć, co może nim być.

[23.02.2010]

Latarnia morska w Kołobrzegu (1909-1945)


Latarniana pasja

Posted by kotmonika under Blog, Latarnie morskie

Tak wiele osób napotkanych już w dorosłym życiu na życiowej drodze, przy bliższym poznaniu,  zadawało mi w końcu to samo nurtujące ich pytanie: Skąd wzięła się u mnie ta latarniana pasja? I zawsze miałam problem próbując znaleźć to jedno znaczące wydarzenie, od którego wszystko się zaczęło. Bo tak naprawdę nie było takiego pojedynczego zachwytu, wielkiego BUM, chwili, która spowodowałaby, że od tego dnia pochłonęła mnie ta tematyka. To narastało powoli , latami, jak wykluwająca się z cicha choroba i tak na poważnie trwa może dopiero (albo już) około 15 lat. A kiedy padają pytania skąd to zawsze też od razu nasuwa się myśl – co w tych latarniach takiego jest, że mnóstwo ludzi na całym świecie się nimi zachwyca, odwiedza, studiuje ich historię, pisze ich dzieje czy wplata w wszelkie dziedziny sztuki.

O tym czym są latarnie dla współczesnego człowieka trochę już wspominałam. Dziś naszła mnie myśl bardziej filozoficzna, a nawet metaforyczna. Po raz pierwszy tak klarownie uświadomiłam sobie, że wieża latarni czy sama wspinaczka po niej  – ku jej najwyższej partii czyli laternie – jest idealną metaforą ludzkiego życia. Przy wejściu do niej , na poziomie styczności z podłożem – jesteśmy jak dzieci -mamy ogromne nadzieje, poczucie, że cała wielka przygoda życia jest jeszcze przed nami i ogromną wyobraźnię, która podpowiada nam co może nas już w śroku i po drodze spotkać. Kiedy przekroczymy próg latarni zaczynają się pierwsze schody – wchodzimy w fazę wzrostu, dojrzewania i mniejsze i większe problemy zaczynają się przed nami piętrzyć. O ile w wieku szkolnym wydaje się każdemu z nas, że już nigdy później nie będzie większych problemów nad te, które wtedy przeżywamy, to życie rewiduje tą postawę i wraz z  każdym poziomem, na który wchodzimy krętymi schodami, bywa coraz ciężej. Ale nie jest tak, że nie ma już żadnych radości, bo po drodze napotykamy małe okienka, a w nich zapowiedź tych cudów, które jeszcze przed nami.  Więc zmotywowani pniemy się w górę, bo mamy nadzieję, że u kresu tej wędrówki spotka nas coś pięknego i wyjątkowego. To dla tej nagrody jesteśmy w stanie przejść wiele trudów po drodze. Chiałabym, aby każdy z nas tak widział swoje życie, że to ku czemu zmierzamy wbrew wszytskiemu będzie czymś pięknym – bez względu na zapatrywania religijne. Nagrodą każdego , kto dociera do przeszklonej laterny albo odkrytego tarasu latarni jest niezwykły widok. Będąc tam wysoko nie pamięta się już trudów drogi. Jest tylko to TU i TERAZ i nasz zachwyt.

Dlatego życzę wszystkim, aby odwiedzając rzeczywiste latarnie zawsze poczuli się na jej szczycie zwycięzcami, którym natura podaje na dłoni jedne z najpiękniejszych widoków, jakie można zobaczyć. Zapewnie równie mistycznie czują się zdobywcy szczytów, bo choć tutaj wysiłek wspinaczki jest nieporównywalny to emocje i adrenalina mogą być zbliżone. I tak samo życzę wszystkim, żeby na ich życiowej ścieżce, przypominającej wspinaczkę na latarnię morską – stawała się ona ich bezpiecznym znakiem nawigacyjnym, niechaj jej światło przyciąga do siebie i wskazuje najlepszą z dróg i żeby pamiętali, że cokolwiek się zdarzy – jeśli dobrze rozplanują tą wspinaczkę – u kresu znajdą nie ból pokonywania wysokości, ale nagrodę. Taką jak sobie wymarzą – przewyższającą wszystkie inne doznania. Dziś tak to widzę i odczuwam, a te skojarzenia dodają mi spokoju… Bo przecież nie ma takiej osoby, która z laterny nie doceniłaby tego co się wokół niej rozpościera. Jak mówiał do mnie pewien latarnik: widok z wieży wart jest miliona dolarów:) A ja sobie myślę, że nie ma nawet takiej kwoty, którą można by ten widok wycenić.

[22.02.2010]

Pomieszanie z poplątaniem

Posted by kotmonika under Blog

Nie lubię pisać z góry o książkach, których treści dogłębnie nie poznałam, ale czasami zdarzają się takie zapowiedzi nowości wydawniczych, które już z opisów intrygują i kuszą, aby je nabyć. Ostatnio moją uwagę zwróciły dwie pozycje. A to tylko dlatego, że mieszają w sobie fikcje z rzeczywistością, że są taką smaczną sałatką z gatunków literackich, że wodzą czytelnika  za nos i bawią się naszyym kosztem.

Pierwsza to Księgowir Paula Glennona – książka bardziej dla młodzieży niż czytelnika dorosłego, ale nie może pozostać wobec niej obojętny żaden prawdziwy miłośnik książek. W zapowiedzi wydawcy odnajdujemy taki zarys fabuły: Pewnego dnia jedenastoletni Norman w roztargnieniu zaczyna obgryzać stronę swej ulubionej powieści i… budzi się w jej wnętrzu! W dodatku, za sprawą tajemniczej siły, kolejno przenosi się do książek, czytanych przez najbliższych. Sytuacja komplikuje się, bo wątki i bohaterowie zaczynają się plątać i przenikać… Czy uda mu się uporządkować wszystkie historie i wrócić ze świata fikcji do normalnego życia?  […] W książce autor łącząc grozę, thriller, fantastykę, komedię i powieść obyczajową stworzył niebanalną opowieść dla młodzieży, która zachwyci zarówno literackich erudytów, jak i wielbicieli horrorowych czytanek. Jak dla mnie brzmi wystarczająco zachęcająco!

Druga to Sherlock Holmes – biografia nieautoryzowana Nicka Rennisona. Książka zapewne celowo ukazała się w czasie, kiedy jeszcze na ekranach kin trwa triumfalny powrót filmowej wersji przygód tego znanego detektywa. O filmie już pisałam, ale zapewne równie wnikliwie warto przyjrzeć się tej niecodziennej biografii, bowiem opisuje życie postaci całkowicie fikcyjnej. Wydawca zachęca: Podejrzenia czytelników, którzy latami wysyłali listy na londyński adres Sherlocka Holmesa – Baker Street 221B – wreszcie się potwierdziły. Słynny detektyw istniał naprawdę! I w końcu doczekał się prawdziwej biografii. Książka Nicka Rennisona, zapalonego holmesologa, pełna jest szczegółów dotyczących rodziny, pochodzenia, wykształcenia i działań pozazawodowych tej niezwykłej postaci. Puszczając do czytelnika oko, biografista opisuje dom rodzinny Holmesa, zagubiony pośród ponurych wrzosowisk północnego Yorkshire, wyjaśnia, co łączyło detektywa z piękną Irene Adler, zdradza, ile jest prawdy w pogłoskach o jego homoseksualizmie, i rozstrzyga, czy był on uzależniony od opium. Wszystko to podszyte jest humorem i opisane na tle panoramy wiktoriańskiej Anglii – jej mody, polityki, nauki, burzliwego okresu w historii, kulturze i obyczajowości. Ponieważ od dziecka jestem holmesologiem z zamiłowania, wszystkie powieści i opowiadania Doyla z Holmesem jako bohaterem czytywałam z wypiekami na twarzy, lektura biografii tego papierowego bohatera jest w moim przypadku wręcz koniecznością.

Póki co planuję zakup obu książek i mam nadzieję, że zabiegi marketingowe wydawnictw nie przerosły samych produktów i zasługują na takie dobre recenzje jakie im wystawiono jeszcze przed oddaniem książek do rąk czytelników. A pomieszanie z poplątaniem jeśli idzie o gatunki w obu publikacjach to wielki wabik dla każdego miłośnika książek.

[21.02.2010]

Geniusz Jacksona

Posted by kotmonika under Blog

Wiedziona bardziej ciekawością, nie będąc nigdy zagorzałą fanką jego twórczości (choć kilkanaście utworów budzi we mnie spore emocje), zakupiłam dvd z dokumentem prezentującym próby i przygotowania do planowanej ostatniej wielkiej trasy koncertowej – 50 występów, które się miały odbyć latem 2009 roku w Londynie. Bardzo lubie oglądać wielkie przedsięwzięcia artystyczne od kulis. Ten film chyba po raz pierwszy ukazuje tak prawdziwe, i bez ubarwiania, oblicze wielkiego artysty a jednocześnie kogoś skromengo, wręcz nieśmiałego. Kolejne etapy przygotowań pokazują jak perfekcyjnym był wykonawcą i rewelacyjnym tancerzem, że zarównio śpiew, taniec i pomysły na oprawę wizualną płynęły prosto z serca i były czymś tak naturalnym jak dla nas oddychanie.  Jeśli ktoś myślał, że Jackson przed śmiercią był w kiepskiej kondycji to niechaj obejrzy ten film. Nic bardziej mylnego – artysta miał 50 lat i bardzo chciał powrócić na scenę. Dokument udowalnia, że był w doskonałej formie, a planowane koncerty mogły być największym show, który stworzono dla artysty scenicznego. Niestety nie doszło już nawet do jednego kocertu. Dobrze, że zachowały się te taśmy (reżyser montując film bazował  na 100-godzinnym materiale z prób). Zupełnie nie przypuszczałam, że odbiorę to tak emocjonalnie. Dla wszystkich, którzy lubią choć jeden kawałek muzyczny MJ jest także ta płyta dvd. Mało który materiał o wielkiej gwieździe pop  jest tak surowy, niemal nie reżyserowany (bo przecież nie powstawał po to, aby funkcjonowqać potem jako film dla fanów). Dobrze, że świat może ujrzeć TAKIE oblicze Jacksona. Po wszystkich aferach dotyczących jego życia prywatnego jest to potrzebne i pozwala trochę zrewidować wiele krzywdzących opinii. Jeśli potraktujemy ten obraz jako studium geniuszu muzycznego można być pod ogromnym wrażeniem…

[20.02.2010]

Tak trudno pogodzić się z bólem…

Posted by kotmonika under Blog

Niech pociechą dla nas będzie to, iż żaden ból na świecie nie trwa wiecznie. Kończy się cierpienie, pojawia się radość – tak równoważą się nawzajem. [Albert Camus]

Przez najbliższe dni – tak bardzo chciałabym poczuć – że ta równowaga istnieje naprawdę. Nie ma gorszego bólu dla osoby nie odczuwającej go fizycznie jak niemoc pomocy tej, która cierpi. Bezradność potrafi rozdzierać jak nóż.

[19.02.1010]

Phil zobaczył swój cień

Posted by kotmonika under Blog

Któż z pokolenia dorastającego na przełomie lat 80 i 90-tych nie pamięta wyśmienitej komedii z Billem Murrayem pt. Dzień świstaka? Wbrew gatunkowi tego obrazu historia jaka spotyka bohatera przypomina bardziej okrutny senny koszmar niż zabawny żart. Ale fabuła stworzona na potrzeby przemysłu filmowego może być nawet najbardziej wymyślna. Autentycznym elementem tej historii jest natomiast rytuał przepowiadania prognozy pogody a raczej końca (lub nie) zimy poprzez  zaobserwowanie reakcji wychodzącego z nory świstaka Phila. Odbywa się on corocznie w dniu 2 lutego od 1887 roku. Jeśli zwierzę rozglądając się po otoczeniu zobaczy swój cień zima będzie trwała jeszcze przez kilka tygodni.  W tym roku Phil z Punxsutawney w stanie Pensylwania niestety ponownie go zobaczył. Przedstawiciel Klubu Świstaka, który jest zawsze obecny podczas tej ceremonii (podobnie jak niezliczone tłumy ekip telewizyjnych i fotoreporterzy), ogłasza wynik obserwacji zebranym tłumom. Prognozy na rychłą wiosnę są zatem niekorzystne.  Czy świstak się myli? Podobno tylko w 36 procentach sprawdzały się jego przepowiednie w praktyce. Oby i teraz tak było… Pierwszym pozytywnym plusem pogodowym dzisiejszego dnia tj. 18 lutego był fakt, że w godzinach popołudniowych słupek rtęci wPoznaniu pokazał plus 7 stopni! Wreszcie powiało wiosną!

[18.02.2010]

Światowy Dzień Kota

Posted by kotmonika under Blog

17 dzień lutego jest Światowym Dniem Kota (World Cat Day) obchodzonym w Polsce od 2006 roku. Wszystkim kociarzom i tym, którzy jeszcze w sobie nie odkryli miłości do tych zwierząt, ale zawsze mają szansę wejść na drogę nawrócenia, życzę aby doświadczyli dziś od czteronożnych przyjaciół ten szczególny rodzaj mruczenia i zaintersowania, a samym kotom, aby nie trafiały na swych własnym drogach, którymi chadzają, złych i okrutnych ludzi. Niechaj dachowcom, persom, kotom bengalskim, rosyjskim, norweskim leśnym, syjamskim, birmańskim, jawajskim, Maine Coon, tajskim, manksom, szynszylowym, sfinksom, szkockim i innym nie wymienionym wiedzie się dziś dostatnio!

Refleksja na dziś (Środę Popielcową):

Czasami trzeba w sobie coś spopielić, aby zachować coś ważniejszego.

[17.02.2010]

Najważniejszy film

Posted by kotmonika under Blog

Chciałam dziś napisać o jednej książce, która zmieniła moje życie, ukształtowała, wpłynęła na to kim jestem i jak patrzę na rzeczywistość. Ale wciąż trudno mi wybrać ten jeden tytuł. Waham się między kilkoma autorami i kilkoma historiami. Zatem muszę ten wybór odłożyć na inny czas. Może w jakichś konkretnych okolicznościach znajdzie się ten argument zdecydowanie „za” i będę mogła ją zdecydowanie wskazać.

Zamiast opowieści książkowej będzie więc opowieść typowo filmowa. Tutaj nie miałam żadnych wątpliwości. Po raz pierwszy ten film obejrzałam lata temu, chyba będąc uczennicą pierwszej lub drugiej klasy liceum. Może trochę wcześniej. Nie pamiętam dokładnie tej chwili. Telewizja emitowała go w nocy w jakimś cyklu kina artystycznego, ambitnego, z przesłaniem. Nic nie wiedziałam na jego temat, ale zapragnęłam obejrzeć. Nawet jeśli ktoś nie miał okazji zapoznać się z tym obrazem filmowym to słyszał już gdzieś zapewne tytułowy utwór Por que te vas (przerobiony obecnie  i zaśpiewany z polskim tekstem jako tyłowy utwor serialu telewizji TVN pt. Majka). Film, który tak bardzo wpłynął na całe moje życie to hiszpańska produkcja Cria cuervos (Nakarmić kruki) z 1976 roku w reżyserii Carlosa Saury. W kolejne lata poznałam również inne filmy tego wybitnego reżyseria, jednak już żaden inny nie poruszył mnie tak bardzo.

Film opowiada historię życia Any – dziewczynki dorastającej wraz z dwójką rodzeństwa w okresie reżimu Franco. Większa część filmu składa się ze wspomnień i scen z wyobraźni Any, głównie o jej matce. Ana doświadcza w swoim krótkim życiu wielu okropnych i traumaycznych rzeczy. Jej matka  jest zdradzana przez męża, a potem umiera w boleściach na tajemniczą chorobę. Ojciec jest romansującym na prawo i lewo generałem z armii Franco. Po śmierci obojga rodziców, dzieci wraz z babcią zostają wysłane do siostry matki – Pauliny. Ponoć obraz był symbolicznym przedstawieniem ówczesnej sytuacji Hiszpanii. Ja nigdy nie odbierałam go w tych kategoriach. Dałam się uwieść historii Any i temu jak postrzega świat ludzi dorosłych. To film, do którego nie wracam zbyt często. Wzbudza tak silne emocje i prowokuje do rozważań na tak trudne tematy, że wolę mieć gdzieś w świadomości rolę jaką odegrał w moim życiu niż po raz kolejny oglądać sceny porażające naturalizmem i skalą uczuć. Dla mnie Saura w tym filmie wspiął się na sam szczyt swojej kariery. Nakramić kruki doceniały również festiwale filmowe. Otrzymał kilka bardzo znaczących nagród. Dla mnie – nawet jeśli przeszdłby przez historię kina bez echa – pozostanie filmem najważniejszym. I takim go zawsze będę kojarzyć. Podobnie jak niezapomnianą kreację Any Torrent jako Any i Geraldine Chaplin w roli jej matki.

[16.02.2010]

Jedno dobre słowo

Posted by kotmonika under Blog

Jedno dobre słowo potrafi ogrzać trzy zimowe miesiące [przysłowie japońskie]

Ponieważ już wszyscy mamy serdecznie dość tegorocznej długiej, białej, mroźnej zimy wypatrujemy najmniejszych nawet oznak wiosny. Każdy skradziony promień słońca, śpiew ptaka, kapiące z dachów krople zwiastujące odwilż – budzą w sercu nadzieje, że to może już ostatnie takie dni, że obudzimy się pewnego ranka, a za oknem nie będzie już białej połaci śniegu. Póki co serwisy meteo wciąż bombardują nas informacjami o intensywnych opadach śniegu, niskich temperaturach w nocy i trudnych warunkach drogowych. Zmienić nasze nastawienie do rzeczywistości może to, co tak mądrze ujmuje, zacytowane przysłowie. Odszukajmy w sobie – może jeszcze tak z rozpędu po walentynkowym świętowaniu –  to jedno słowo i obdarujmy nim ukochanego. Zima nie będzie miała już wtedy tak dokuczliwego charakteru. Jeśli coś możemy przemienić w nas samych, aby zadusić ten chłód panujący na zewnątrz, nie widzę żadnych przeszkód abyśmy tego nie uczynili. Kiedyna na pierwszy plan wysuną się czysto międzyludzkie relacje żadne wybryki natury nie będą nam przykre. Już teraz życzę sobie dobrego wtrokowego poranka. O świcie trudno wielbić budzący się nowy dzień, ale dlaczego tego by nie uczynić?  Spróbować warto… Może zadziała. Mija kolejny poniedziałek, to już o jeden dzień bliżej do weekendu i WIOSNY!

[15.02.2010]

14 luty

Posted by kotmonika under Blog

Nie powinno być świąt, w których jednego dnia narzuca się nam okazywanie miłości i czułości, by już chwilę później nie były to uczucia istotne – i możemy ponownie na rok czasu zapomnieć, że podtrzymywanie więzi bliskości na co dzień jest ważniejsze od jednej doby intensywnego uzewnętrzniania swoich uczuć. Ale bez względu na komercyjny charakter tego święta każdy lubi czuć się kimś wyjątkowym, kimś bliskim, potrzebnym, mogącym być wsparciem. Takim tworzywem/materiałem kojarzącym się z ciepłymi uczuciami jest plusz. Towarzyszy nam od dziecka w postaci misiów – pierwszych przyjaciół – dlatego tak często jest symbolem wykorzystywanym w motywach związanych z Walentynkami. Misie pluszowe są stałym wyposażeniem karetek pogotowia dla dzieci, bo nawet po strasznych urazach ich obecność obniża odczuwalny poziom bólu i pozytywnie wpływa na psychikę. Dlatego w tym dniu życzę wszystkim, aby w swoim otoczeniu miały takie osoby, które jak dobroczynne działanie pluszka, potrafiły dostrzec nasze rozterki/bóle/potrzeby i koiły je wszystkie swoją obecnością. Czasami nie trzeba słów. Bywa, że uścisk dłoni, przytulenie jest nasilniejszym dowodem więzi, jest niewypowiedzianym potokiem słów, które druga osoba bezbłędnie odczyta. Więc bądźmy pluszakami dla swoich ukochanych… na co dzień, a nie tylko w to święto.

[14.02.2010]

Psy o urodzie prosięcia

Posted by kotmonika under Blog

W 1987 roku przeczytałam drukowaną w odcinkach w Nowej Fantastyce debiutancką powieść nieznanego wtedy jeszcze w Polsce amerykańskiego pisarza Jonathana Carrolla. I okazało się to dla mnie zdarzeniem o sile rażenia piorunem. Kraina Chichów (w genialnym tłumaczeniu Jolanty Kozak) zachwyciła mnie jak żadna dotąd przeczytana książka. Pozostawiła w osłupieniu, oczarowaniu, a nawet zaskoczeniu, że ktoś brutalnie wszedł chwilami w moje myśli i głowę i opisał pewne spostrzeżenia, które wydawały mi się tylko własnymi. Świat stworzony przez pisarza okazał się tak dziwnie bliski i po części jakby znajomy, że od razu dałam sobie  zielone światło  na wszystkie przyszłe lektury tego Amerykanina. I rzeczywiście przyszłość przyniosła liczne, kolejne książki. Do dziś w Polsce ukazały się już wszystkie jego publikacje – nie tylko powieści – ale i opowiadania, nowele, scenariuzsze filmowe czy blog w wydaniu książkowym. Przez te ponad 20 lat Carroll zyskał u nas status pisarza popularnego, często kultowego, który śmiało miesza realizam ze zjawiskami nadprzyrodzonymi. Przez ten czas wywiązała się moja korespondencja mailowa z pisarzem, która trwa do dziś. Ale ta debiutancka powieść wywołała  jeszcze drugi istotny skutek – zakochałam się w rasie psów, o istnieniu których dowiedziałam się właśnie dzięki Krainie Chichów. Bulterriery to moja ukochana rasa. Oto jak pisał o konfrontacji z nią sam Carroll :

[…] Po czterech szerokich drewnianych stopniach wchodziło się na ganek z dzaszkiem.[…] Był tam też […] nieskazitalnie biały pies o urodzie młodego prosięcia. […] Nigdy nie przepadałem za psami i kotami, ale z Kulfonem była to miłość od pierwszego wejrzenia. Był wyjątkowo szpetny, krępy, ciasno obciągnięty skórą – jak wypchany serdelek, gotów w każdej chwili pęknąć. Oczy tkwiły po bokach głowy, jak u jaszczurki. […] Pysk psa pozostawał bez wyrazu, chociaż oczy bacznie śledziły wszystko. Małe brunatne węgielki oczu, osadzone głęboko w facjacie śnieżnego bałwana.  Wyciągnąłem rękę i bez przekonania pacnąłem Kulfona dwukrotnie w głowę, jak w przycisk na hotelowym kontuarze.  Wetknął pysk we wnętrze mojej dłoni. Podrapałem go za uchem Było to takie przyjemne […]

[13.02.2010]



Subscribe to LATARNICA