LATARNICA

Latarnie morskie, koty, słowo drukowane i coś więcej…

Archive for Maj, 2010

Cytatologicznie

Posted by kotmonika under Blog

Dziś kilka cytatów, które nawet po latach – a czytałam Poza ciszą tuż po jej polskiej premierze w 1995 roku – nic się nie zdeaktualizowały. Wciąż zwracają moją uwagę i chętnie bym je podkreśliła w swoim egzemplarzu, ale rzecz w tym, że zrobiłam to już przy pierwszym czytaniu. Posłuchajcie:

[…] Prawda jest jak tlen, otrzymasz zbyt wiele i się rozchorujesz.

Zakochaj się, a każdy wszędzie, wszystkie rzeczy, wszystkie słowa oznaczać będą miłość. To samo dzieje się, kiedy kogoś utracisz.

Nie podoba mi się świat, gdzie właściwe zdarza się tak rzadko, że uważamy je za uprzejmość.

Żadna wielka miłość nie umiera do końca. Możemy do niej strzelać z pistoletu lub zamykać w najciemniejszych zakamarkach naszych serc, ale ona jest sprytniejsza i wie, jak przeżyć. Potrafi znaleźć sobie drogę do wolności i zaskoczyć nas, pojawiając się, kiedy jesteśmy już cholernie pewni, że umarła, albo, że przynajmniej leży bezpiecznie schowana pod stertami innych spraw.

PS. Dziś zrobiłam sobie popołudnie i wieczór porządkowania. Niewiarygodne co potrafi się zmagazynować w kilku szufladach przez parę lat, a raczej jak wiele niepotrzebnych rzeczy zostało tam wrzuconych z myślą, że kiedyś po nie sięgniemy. Nie łudźmy się jednak! Jeśli coś nie było potrzebne przez kilkanaście miesięcy, na pewno nie przyda się w przyszłości. A więc werdykt musi być jeden i zdecydowany – do kosza!

[31.05.2010]

Artystyczne przytulanki

Posted by kotmonika under Blog

Od zawsze popieram wszelkie inicjatywy  rozkręcania własnych biznesów, które opierają się na autorskich pomysłach i talencie właścicieli. Takie pojedyncze przedmioty naznaczone duszą artysty je wykonującego można nabyć najszybciej poprzez portale aukcyjne, bo tam mamy ich wielu w jednym miejscu. Ale w sieci istnieje mnóstwo takich sklepów. A kiedy czyjaś pasja staje się również sposobem na życie, tym bardziej jestem pełna podziwu dla pomysłodawcy.

Bardzo ciekawym miejscem proponującym niebanalne zabawki – w tym przytulanki, poduszki, lalki, klocki, skakanki, torebki, zegary i jeszcze wiele wiele innych przedmiotów  – oferuje Kalimba. Ich zabawki przykuwają wzrok, bo są inne, nieschematyczne, z wizją i na pewno podobają się dzieciakom. W Poznaniu można je nabyć w SPOCIE na Dolnej Wildzie. Ale poza „produkcją” zabawek Kalimba posiada również własną przyjazdną dzieciom i rodzicom klubo-kawiarnię. Tam można nie tylko chwilkę odpocząć, ale i nabyć zabawki czy wartościowe książki, jak również obejrzeć zaprojektowane przez Kalimbe zestawy dziecięcych mebli i detale dekorujące wnęrza pokojów naszych milusińskich. Fakt, że taki biznes istnieje i ma się – jak podejrzewam- całkiem nieźle cieszy i daje pole do popisu tym, którzy jeszcze się wahają czy uderzyć ze swoimi pomysłami na rynek. Na pewno warto spróbować, bo gusta ludzkie są niezbadane do końca, a my być może mamy już tak naprawdę pomysł na jakiś bestseller, ale nie wdrożyliśmy go jeszcze z życie. Kalimba to łamanie stereotypów zabawkowych  i idea godna naśladowania.

[30.05.2010]

Wreszcie weekend czas zacząć

Posted by kotmonika under Blog

Uff… jakoś dotrwałam do końcówki tego tygodnia. W pracy było ciężko, nerwowo, ale nadszedł wieczór piątkowy więc myślę już tylko o dwóch wolnych dniach.  W Trójce lista przebojów  pod wodzą Barona, za oknem znowu się chmurzy, ale jest ciepło. W połowie maja udało się nam pojechac na działeczkę pod miastem – po raz pierwszy w tym sezonie. Ależ wszystko ruszyło, rośnie, pachnie, zakwita, kiełkuje… Można oczy nacieszyć. A przez Poznań przechodzi wielka woda. Kilka miejsc zalanych, Szykowano ewakuację mieszkanców mających domy blisko Warty… Nie wiem jakie na tą chwilę są straty, przez weekend będzie najwyższy stan wody. Na szczęście z nieba nie leje się dodatkowa woda, choć ok. godz 18 na krótko przeszedł gwałtowny deszcz. Powtórzę po raz kolejny – dziwna jest wiosna tego roku, bardzo dziwna…

[28.05.2010]

27 maja

Posted by kotmonika under Blog

Dziś mijają dwa miesiące od tamtej soboty. Tak krótki dystans czasu, a jednak tak długi. Wystarczający, aby tęsknota zadawała stały, dojmujący ból. Nie istnieje miara i jednostka na jej zmierzenie. Nie ma takiej skali.

W jednym z swoich ostatnich programów w TVN Style Po mojemu Wojciech Cejrowski mówił, że mężczyzna w żałobie jest jak witraż, a kobieta  jest jedną wielką taflą szkła. Jak mężczyźnie umrze ktoś bliski ma wielką dziurę w jednym z kawałków tego witrażu. I kiedy jest na niej skupiony cierpi. Ale jak wiadomo faceci to też zadaniowcy.  Kiedy dostanie zadanie do wykonania przenosi się do innej części tej składanki szkieł, nienaruszonej  i wykonauje swoją pracę nie czując bólu. A kobieta? Kiedy jest w żałobie cała jej tafla jest przecięta wzdłuż wielką rysą. Ona czy pracuje, pierze, gotuje, rozmawia z kimś nadal czuje ten ból straty i nie przestaje o nim myśleć. Dlatego mężczyźnie w takich chwilach można pomóc dając jakieś zajęcie czy wyznaczając mu zadania do wykonania. Wtedy skupia się tylko na nich. Mnie martwi jedno. Nie padła odpowiedź, jak wtedy można pomóc kobiecie. Jak sobie poradzić, aby ta rysa była mniej głęboka. Ja tego nie wiem , a boli na co dzien, 24 godziny na dobę, potwornie.

[27.05.2010]

Pierwszy taki Dzień Matki

Posted by kotmonika under Blog

Serce matki to przepaść, na dnie której zawsze znajduje się przebaczenie – pisał pięknie Honoriusz Balzac. Dla mnie TEN 26 dzień maja będzie w TYM konkretnie roku wyjątkowo trudny emocjonalnie. To mój pierwszy Dzień Matki, w którym jedynym prezentem może stać się wiązanka kwiatów, znicz i modlitwa. Nie ma sensu się przeciwko temu buntować, bo nic nie zmienię, choćby nie wiem jak tego chciała. Zatem przyjmij Mamo dziś moje myśli i wspomnienia o Tobie: o tych wszystkich naszych wspólnych świętowaniach tego dnia, uściskach, śmiechu, podarunkach, wypitych kawach i zjedzonych ciastach… Ja wiem, że masz teraz wszystko co najlepsze. Zdecydowanie lepsze niż życie ziemskie mogłoby tobie ofiarować. Ci co zostali wierzą, że masz już lepiej, choć nam wszystkim bez ciebie jest znacznie gorzej. Zatem to Ty wygrałaś los na loterii życia nie będąc już uwiązaną z tym, co tak naprawdę nie znaczy nic wobec wieczności. Dziękuję, że byłaś, dziękuję że odwiedzasz moje sny… Dzięki nim jest mi łatwiej znieść tą trudną rozłąkę. Mamy tego roku kapryśną wiosnę. Nie podobałyby się Tobie… Wszystkiego NAJ w Twoje Święto!

PS. Dziś stałam wpatrzona w bukiety róż przygotowane specjalnie dla mam i zastanawiałam się, który bym tobie kupiła, jaki kolor byś wolała, gdzie byś postawiła i w jakim wazonie…Właściwie znam odpowiedzi na te pytania, bo rozumiałyśmny się często bez słów. Przyjmij zatem te wirtualne kwiaty… Twoja orchidea i fiołki, które przygarnęłam kwitną jak szalone.

[26.05.2010]

1 maja ruszył (do połowy czerwca tylko weekendowo w godz. 10.00-18.00) kolejny sezon turystyczny w latarni w Nowym Porcie. Właściciel tego pięknego obiektu jest już obecny w Gdańsku i na pewno szykuje coś ciekawego na rok bieżący. Bo mało kto dba tak o ekspozycje w latarni i jej reklamę jak pan Jacek Michalak. Dwa lata temu odbyło się, prawdopodobnie najważniejsze od chwili przywrócenia świetności tej latarni wydarzenie w jej nowej historii, a mianowicie przywrócenie na jej kopułę masztu wraz z kulą czasu. To wielkie i trudne przedsięwzięcie udało się dzięki silnemu wsparciu sponsorów – Saur Neptun Gdańsk i Zarząd Morskiego Portu Gdańsk. W kwietniu 2008 roku na szczycie latarni zamontowano odrestaurowany maszt z kulą czasu, a 21 maja 2008 o godzinie 12 odbyła się uroczysta inauguracja i pierwszy pokaz jej funkcjonowania. Miałam okazję być zaproszona na te uroczytości i mogłam obserwować nie tylko pierwsze publiczne wznoszenie i spadek kuli, ale i zobaczyć już we wnętrzu pod sam kopułą, jakie robi wrażenie na zwiedzających działający ponownie mechanizm. Michalakowa latarnia – jak w mojej prywatnej nomenklaturze mówię o tym obiekcie – od 19 czerwca będzie otwarta dla ruchu turystycznego już codziennie od godz. 10.00 do 18.00. Przy okazji pobytu w Nowym Porcie warto pozwiedzać tą dawną portową dzielnicę i udać się np. spacerkiem w kierunku przeprawy promowej na Wisłoujście , gdzie mieści się nasza najstarsza historycznie latarnia morska. Również w tym roku (a konkretnie 30 marca 2010) Latarnia Morska w Gdańsku Nowym Porcie została laureatem Konkursu Generalnego Konserwatora Zabytków „ZABYTEK ZADBANY”, za przeprowadzenie w latach 2002 – 2007 prac remontowo – konserwatorskich latarni i kuli czasu. Najświeższe wiadomości o tym obiekcie można śledzić nabieżąco na oficjalnej stronie internetowej. Dla mnie odwiedziny w nowoporckiej blizie to stały element wakacyjnych wojaży. Nie było roku od czasu jej otwarcia, abym nie podjechała i nie zwiedziła jej pięknie odrestaurowanego wnętrza. Mogę zapewnić, że największymi wygranymi będą ci turyści, którzy zastaną przy okazji swego pobytu w Nowym Porcie na terenie posesji jej właściciela. Nikt tak jak pan Jacek nie opowiada o jej historii przed i po remoncie. Mam nadzieję, że Gdańsk zadba, aby nie zapomniano o tej latarni i właściwie nagłaśniano możliwość jej zwiedzania. Przy ulicach od samego centrum są oznakowania dojazdu do latarni. Kto bardzo chce, na pewno trafi.

[25.05.2010]

Uwaga! Będzie blizarium!

Posted by kotmonika under Blog, Latarnie morskie

Bliza – tym mianem Kaszubi ochrzcili latarnie morskie. Do dziś mówi się często helska czy rozewska bliza. Miejscowa gazeta (dwutygodnik Stowarzyszenia „Przyjaciele Helu”) opisująca bieżące sprawy miasta Hel nosi właśnie też takie miano. Wszystkim miłośnikom latarni to pojęcie nie będzie obce czy nie zrozumiałe. O tym projekcie słyszałam już kilka lat temu. Potem jakby przepadł, a może tak naprawdę utkwił gdzieś na etapie biurokracyjnym. Wreszcie wiadomo już jakieś konkrety.  7 maja 2010 r. podczas spotkania delegacji władz Towarzystwa Przyjaciół Centralnego Muzeum Morskiego z władzami samorządowymi Gminy Choczewo podpisano Umowę intencyjną, a tym samym zakończono pierwszy etap współpracy przy realizacji Parku Miniatur Latarni Morskich „BLIZARIUM”. Pomysłodawcą jest TPCMM, ale szukano godnego partnera i chyba wszystko zostanie szczęśliwie sfinalizowane. Gmina Choczewo wyznaczyła i wydzieliła odpowiednią działkę, na której ma ruszyć budowa. W I kwartale br. powstała koncepcja programowo-przestrzenna Parku Dydaktyczno-Rozrywkowego „BLIZARIUM”. W jej skład wejdzie przede wszystkim park miniatur latarni morskich, aler również hala sportowa, hotel, lokale usługowe oraz inne atrakcje dla turystów i mieszkańców gminy oraz okolic. Poniżej prezentuję graficzną wizję  inwestycji w Choczewie wykonaną przez architekta p. Barbarę Modzelewską. Nie wiem na kiedy wyznaczono otwarcie tej atrakcji, ale pierwsze koty za płoty!

PS. W tak ciężkie pogodowo dni kiedy na przemian leje i świeci słońce, trudno nie poddać się wahaniam nastroju i nie reagować na pogodę. Zapewniam jednak, że wierszyk Artura Andrusa o islandzkich wulkanach zaprezentowany w Szkle kontaktowym wywoła u was uśmiech. Spróbuje powtórzyć choć jedną islandzką nazwę! Miłego oglądania! (Drussie, dziękuję za link).

[24.05.2010]

Leniwie płynąca niedziela

Posted by kotmonika under Blog

Jak jedno mrugnięcie oka znów nadeszła kolejna niedziela…Tydzień za tygodniem pędzi jak pociąg pod wodzą szalonego maszynisty wyjętego  z kolejowych opowiadań grozy Grabińskiego… Jedyny plus z tego upływu czasu jest taki, że coraz bliżej do wakacji. Oby tylko, już na wyjeździe, ta machineria napędzająca czas znacznie zwolniła. Nastrój błogości i spokoju zdecydowanie zarysowją wieści powodziowe z całego kraju. Poznań również czeka na wielką falę, ale ma być u nas dopiero w sobotę za tydzień. Paraliżują wyobraźnię obrazy transmitowane przez Tvn24. Wydawało się po ostatniej wielkiej powodzi, że to tak szybko się nie powtórzy. Mimo srogiej zimy jakoś przeżyliśmy bezboleśnie roztopy, a tu prawie koniec maja, deszcz na przemnian ze słońcem i tak wielkie tragedie…

Ponieważ aura za oknami jest totalnie nieprzewidywalna postanowiliśmy spędzić niedzielę bez pośpiechu, leniwie, rozmawiając, będąć ze sobą, nie goniąc za niczym. Była wizyta na cmentarzu – nadchodzi pierwszy Dzień Matki, kiedy nie będę już mogła złożyć jej osobiście życzeń  i przytulić tak jak zawsze. Nie wiem w jakim stanie psychicznym  będę w środę więc wolałam już dziś  tam pojechać. Po zapaleniu zniczy i położeniu kwiatów pojechaliśmy do naszej ulubionej kawiarni przy Starym Rynku – lokalu, który zaniedbaliśmy odwiedzać przez ostatnie lata. Cafe Behemot to prawdziwie koci świat ze smacznymi deserami i napojami. To był przemiły powrót do miejsca, w którym kiedyś bardzo często przesiadywaliśmy. Było niemal pusto bo i pora była dość wczesna. Ale jak zwykle menu i atmosfera nie rozczarowały. Przydała się taka leniwa niedziela, przydało się przystopowanie, refleksja. Czas zebrać siły na cały tydzień pracy.

[23.05.2010]

Lokalny dodatek do Gazety Wyborczej opublikował dziś ciekawe wyniki sondażu jaki przeprowadzono wśród uczniów poznańskich szkół. Najstarsi z nich mieli już 18 lat . Pytano ich o to czy wolą tradycyjne drukowane książki czy czytanie w internecie e-booków. I czym w ogóle jest dla nich internet, skąd dowiedzieli się o jego istnieniu. Odpowiedzi są zaskakujące – zwłaszcza dla mojego pokolenia – które pamięta życie z epoki przed i po odkryciu internetu. Oto kilka wypowiedzi, które mogą bawić, szokować czy prowokować do refleksji:

Od kogo dowiedzieli się o internecie?

– Wiem o tym, odkąd pamiętam.

– To się po prostu wie i koniec. Tę wiedzę nabywa się już przy urodzeniu.

Opinie na korzyść czytania w internecie:

– internet ma więcej stron

– można szybko przeczytać i wydrukować

– tam mam wszystko streszczone i mam więcej czasu na naukę

– korzystając z niego nie trzeba wysilać się umysłowo

– interent się nie znudzi, a książki znudzą się

–  nie można zagrać w nic w książce

– przez książkę nie wejdę na Demotywatory.pl

– w książkach nie pogadasz z przyjaciółmi

Opinie na korzyść tradycyjnych książek:

– w książkach nie ma stron nie na temat

– w książkach informacje są pełniejsze i mamy pewność, że są sprawdzone

– w internecie nie znajdzie się czasem pełnych wersji powieści

– wolę książki, bo tak mnie wychowano w domu

– można w każdej chwili do nich zajrzeć

– można je czytać w autobusie

– łatwiej się czyta w toalecie

–  sama mogę sobie wyobrazić, co jak wygląda

– książki mają klimat, wciągają, pozwalają wczuć się w przygody bohaterów

– lubię zapach papieru

– nie bolą mnie po nich oczy.

Po której ze stron jesteśmy? Niech każy osądzi sam. Ja bardzo doceniam walory internetu, ale jeśli książka to tylko papierowa i niezależna od komputera. Kiedy trzeba przeczytam e-booka i książki na stronach www, ale zdecydowanie preferuję w tym temacie tradycję. I też kocham zapach papieru.

[22.05.2010]

A pod oknami  szaleje wiosna i zrobiło się niemal jak w ogrodach Moneta.

W pracy spędzamy codziennie co najmniej 1/3 doby. A do tego dochodzi jeszcze czas na dojazd i powrót z niej, co często przekłada się już na połowę dnia. Te osiem godzin – w moim przypadku przy biurku – wydaje się na co dzień czymś bardzo naturalnym, ale kiedy jesteśmy na urlopie czy jakimś wyjeździe, aż trudno nam uwierzyć, że tak wspaniałą część każdego dnia jak np. przedział czasowy między godziną 8 a 16 spędzamy zamknięci w jakimś pomieszczeniu, kiedy wtedy wokół dzieje się tyle różnych spraw, zmienia się pora dnia, pogoda, oświetlenie, muzyka otoczenia… Ale niewielu z nas ma ten komfort, aby móc korzystać na luzie i na swój sposób  z tych najlepszych chwil w tygodniu pracy. Dlatego ważne jest, aby na swoich stanowiskach pracy mieć jakieś własne „okno na świat”, w którym kryje się coś co sprawia nam przyjemność, dotyka i ociera się o nasze pasje, może być odskocznią czy krótką przyjmenością w ciągu pracy. I nie mam tu na myśli np. ukrytego grania w gry na komputerze czy buszownia po wirtualnych sklepach i aukcjach (choć to też relaksuje). Dla mnie moimi drzwiami do innej rzeczywistości jest panorama z pejzażem, którą mam cały czas przed oczami. Z racji braku okna w pomieszczeniu w ogóle potrzebna jest taka choćby fałszywa wizja odrobiny otwartej przestrzeni. W moim oknie jest zatem duży fragment wybrzeża z widokiem na ocean i samotna biała latarnia na skraju klifu. Widok pochodzi z dalekich krain, bo aż z Nowej Zelandii, w której nigdy nie byłam, ale zdecydowanie dobrze na mnie oddziałowuje. Zatem zapraszam do biurka… Z takim widokiem nie może być tutaj źle.

A jako że nadchodzi, a raczej zaczął się już weekend, proponuję sprawdzony przepis na domową smaczną Cafe Latte. Wystarczy do niej odrobina mleka, jakaś kawa rozpuszczalna (ja osobiście preferuje zaparzenie pół na pół dowolnej kawy rozpuszczalnej z kawą typu śniadaniowa z cykorią)  i ubijacz do mleka – takie małe, ale bardzo pożyteczne urządzenie, które można nabyć w sklepach „Wszystko za 4,50” lub Ikei za niecałe 6 zł.

Mleko podgrzewamy na kuchence albo w mikrofali, doprowadzając do wrzenia, Im tłustsze mleko tym ładniejsza będzie pianka. Przelewamy je do wysokiej szklanki na nóżce z uszkiem (do 1/3 lub 1/2 wysokości szklanki) i ubijamy aż do uzyskania efektownej pianki. Kawę zalewamy wrzątkiem w osobnym naczyniu (najlepiej z dziubkiem) i po zamieszaniu przelewamy do szklanki ze spienionym mlekiem lejąc zawartość ostrożnie, małym strumieniem, najlepiej po ściance naczynia. Wtedy uzyskamy tzw. efekt warstwowy – atrakcyjny wizualnie i typowy dla cafe latte. Spienione mleczko można posypać odrobiną startej czeklady, cynamonem lub mieszkanką przypraw do kawy Kamis. Poniżej moja piątkowo-weekendowa kawusia! W wersji „podkręconej” napar kawowy można wzbogacić odrobiną rumu, whiskey lub likieru, ale wtedy nie będzie to już zwykła latte. Smacznego!

[21.05.2010]

Magia oświetlenia

Posted by kotmonika under Blog, Latarnie morskie

To, że wieże latarni morskich same w sobie zawierają odrobinę magii w tym błyskającym światełku z laterny wie każdy miłośnik latarni. Ale nie każdy śledzi na bieżąco doniesienia o próbach atrakcyjnego podświetalania na naszym wybrzeżu samych obiektów latarnianych. Udane tego typu przedsięwzięcie ma już na stałe miejsce w Niechorzu.  21 sierpnia ubiegłego roku miała miejsce  w Muzeum Rybołówstwa Morskiego konferencja „Bliza New Light”, poświęcona zastosowaniu świateł nowej generacji typu LED do podświetlania zabytkowych obiektów.  Na końcowy pokaz wybrano zabudowania latarni morskiej. I atrakcyjne podświetlenie obiektu w Niechorzu trwa do dziś, choć sam montaż i  urządzenia pochłonęły ogromną sumę 120 tys. zł.

Podobną iluminację zafundowano w tym roku naszej najwyższej (68 m) latarni morskiej w Świnoujściu. Ale póki co, było to wydarzenie pokazowe i jednorazowe. Podświetlenie wieży miało miejsce  pod koniec kwietnia. Polegało ono na wielokrotnym zmienianiu koloru zabudowań całego „kompleksu latarnianego”. Ponieważ ta w Świnoujściu jest wyższa od Niechorza o ponad 20 metrów, koszty na stałe takich urządzeń byłyby znacznie większe i jeśli miałyby działać na stałe pieniądze musiałoby znaleźć na te cele pewnie miasto. Chyba że znalazłby się jakiś hojny sponsor.

Osobiście nie jestem przekonana co do konieczności ponoszenia przez miasta i mniejsze  miejscowości nadmorskie takich kosztów tylko po to, aby oświetlić latarnie morskie i uczynić je bardziej atrakcyjnymi dla turystów. Gdybym to ja miała oceniać czy to dobre inicjatywy to wolałabym zdecydowanie oglądać oddalone od siedzib ludzkich samotne wieże latarni, spełniające swe zwykłe funkcje nawigacyjne z rozświetlonymi po zmierzchu laternami.Taki widok, wydaje mi się bardziej naturalny, magiczny, pociągający, pobudzający wyobraźnię. Ale wiadomo, że mnogość atrakcji – w tym także ciekawe oświetlenie – napędza turystykę i zwiększa ilość odwiedzających. Trudno tutaj o złoty środek i zadowolenie każdego gościa. Póki nie niszczymy pierwotnego charakteru budowli i budynków przyległych nie jest jeszcze najgorzej. Wierzę, że latarnie morskie w tej postaci w jakiej przetrwały do dziś, będą jeszcze ciekawić również następne pokolenia. Bo w nich zawsze była jakaś tajemnica i siła przyciągająca wzrok. Nie potrzebowały dotąd dodatkowych zdobników. I tak powinno pozostać.

W Niechorzu nie byłam, aby ocenić to nowe oświetlenie, ale nadrobię to już w sierpniu. Być może skłoni mnie ten pobyt do kolejnej blogowej refleksji. Czas pokaże.

[20.05.2010]

Znalazłam w sieci stronę, która dopiero powstaje, zatem jej zasoby nie są liczne, ale dobrze rokują na przyszłość. Ponieważ tego typu przedsięwzięcia świetnie się sprawdzają w innych tematach wierzę, że systematycznie będzie wzrastać liczba dostępnych tytułów i publikacji. Bo stronka Morskiej Biblioteki Cyfrowej na pewno zadowoli wszystkich miłośników spraw i tematów ściśle morskich. Od chwili kiedy na nią trafiłam (a było to całkiem niedawno) do dziś przybyło na niej trochę tytułów – zatem biblioteka żyje i nie jest martwa.

Za to całkiem pokaźne zbiory (także w temacie morza i wybrzeża) można znaleźć na działającej już wiele lat Kujawsko-Pomorskiej Bibliotece Cyfrowej. W niej znalazłam nie tylko bardzo cenne i ciekawe zbiory starej prasy, ale i całe książki dotyczące historii Pomorza i bardzo dobre stare przewodniki np. Mieczysława Orłowicza. Atutem tej biblioteki są bogate zasoby starych gazet, często nigdzie niedostępnych.  Marzyłoby mi się, aby w przyszłości wszystkie większe biblioteki w kraju miały w taki sposób skatalogowane swoje zbiory i każdy siedząc w domu mógł sobie pobrać dobry skan wybranej książki w pliku pdf czy innym do czytania i drukowania. To takie jedno z moich marzeń jako zatwardziałego i nieuleczalnego czytelnika i pewnie kiedyś się ziści, bo wiele biblitek chce digitalizować swoje zbiory i szuka na to funduszy lub już je ma i poszukuje firm na wykonanie tej ogromnej pracy. Ale jakże potem przyjemnie jest z jej efektów korzystać…

[19.05.2010]

Ostatni wykład

Posted by kotmonika under Blog

Kilka dni temu skończyłam słuchać audio booka Ostatni wykład Randy’ego Pauscha Ostatnio coraz chętniej preferuję tą formę lektur, która pozwala na inne poznawanie książek. Można przez to poświęcić im czas w ciągu dnia np. przy gotowaniu czy sprzątaniu albo w drodze do pracy lub na jakieś spotkanie , kiedy musimy skorzystać z miejskiego środka lokomocji czy po prostu przejść się kawałek na własnych  nogach. Wtedy audio booki są idealne. Na dodatek jeśli powieść czyta jakiś dobry w interpretacji aktor – takie słuchanie może dostarczyć niezapomnianych emocji. Miałam to szczeście, że Ostatni wykład czyta Adam Ferency. A on naprawdę robi to dobrze i z najgorszego gniota literackiego wyciągnie esencję tekstu. Tym razem z gniotem nie miałam do czynienia. Ta książka to swoisty fenomen. Bo czyż może  zyskać światową sławę wykład specjalisty od programów komputerowych? Raczej nie – nie powinien, a jednak najpierw filmik z wykładem na serwisie you tube, (obejrzało już go kilkanaście milionów), a później książka stały się bestsellerem. Ale każdy pewnie zapyta – w czym tkwi rzecz? Dlaczego? Ciekawie pisała o tym Renata Kim, publicystka Dziennika:

Czy spełniłeś swoje marzenia z dzieciństwa? To miał być zwykły, pożegnalny wykład nieznanego szerzej profesora kończącego pracę na prestiżowym amerykańskim uniwersytecie Carnegie Mellon w Pittsburghu. I pewnie przemówienie zapamiętałaby jedynie grupka najwierniejszych studentów, gdyby nie to, że zostało ono umieszczone w internecie. Ostatni wykład pod tytułem „Jak spełniłem swoje marzenia z dzieciństwa” błyskawicznie stał się jednym z najchętniej oglądanych nagrań w serwisie YouTube. Bo wykład, który uczynił ze skromnego specjalisty od programów komputerowych osobę znaną i podziwianą, nie był jednak całkiem zwykły. „Okoliczności naszego spotkania są dość niezwykłe. Od półtora roku walczę z rakiem trzustki, ale popatrzcie: tu są najnowsze zdjęcia USG, na których widać kilkanaście guzków atakujących moją wątrobę” – zaczął swój wykład 47-letni Randy Pausch, uśmiechając się do zdumionej publiczności. A potem dodał, że przeprasza wszystkich, którzy uważają, że powinien być bardziej przygnębiony i… dziarsko wykonał kilkanaście pompek. „Ci, którzy nadal mi współczują, niech wskoczą na scenę i pokażą, czy potrafią mnie przebić” – oświadczył i zebrał lawinę oklasków. Przez kolejne 74 minuty Randy Pausch tłumaczył zasłuchanym studentom, jak należy żyć. „Okazuj ludziom wdzięczność za to, co dla ciebie zrobili. Kiedy coś spieprzysz, przeproś. Nigdy nie narzekaj, po prostu pracuj jeszcze ciężej. A przede wszystkim nie rezygnuj z dziecięcych marzeń” – mówił profesor, okraszając wykład licznymi dygresjami, wspomnieniami z młodości i dowcipami. ” Większość nas miało w dzieciństwie marzenia: miejsca, które chcieliśmy zwiedzić, ludzie, których chcieliśmy spotkać, pracę, która chcieliśmy wykonywać. To wszystko to nasze marzenia, które mogą się stać potężnym źródłem motywacji. Niektórzy z czasem rezygnują z nich. Zachowanie ich to podstawowa wartość, która świadczy o naszym człowieczeństwie.” Randy Pausch w wieku 46 lat zrealizował większość ze swoich marzeń, i o tym jak je zrealizował jest też jego wykład. Dał on wszystkim słuchaczom więcej niż jakiekolwiek podręczniki motywacji. Zachwycona publiczność wielokrotnie przerywała mu wybuchami śmiechu i owacjami. „Umieram, ale nadal dobrze się bawię i zamierzam cieszyć się życiem do końca dni, jakie mi jeszcze pozostały” – oświadczył Pausch na zakończenie, a sala wręcz eksplodowała oklaskami.

I jak? Brzmi kusząco? Opinie polskich internautów są już jednak podzielone – od zachwytów i euforii,  po głosy krytyczne. A jaki jest mój odbiór? Ostatni wykład nie rzucił mnie na kolana, ale jest doskonałym głosem człowieka chorego, który bez ogródek potrafi mówić o swojej chorobie, o tym jak ona zmienia codzienne życie, życie rodzinne i małżenskie. Jest monologiem mężczyzny z pasją zawodową, który wciąż ma plany i marzenia, ale jednocześnie zdaje sobie sprawę z swojej ułomności fizycznej i tego, że wszyscy kiedyś umrzemy. Jedni niestety wcześniej – najcześciej w wyniku chorób, które dopadają nas z nienacka. Znalazłam w tym wykłdzie szczerość, naturalizm pewnych emocji i scen, ale przez to wszystko TO o czym mówi jest takie prawdziwe, wierzymy mu i zaczynamy zastanawiać się nad własnym życiem i stosunkami z bliskimi. Ta książka to taki impuls, który działa niemal na każdego i jeśli jej celem miała też być dodatkowa edukacja i uświadamianie nam wagi badań i kontroli zdrowia, to spełnia swoje zadanie. Jest też intymnym zapisem wnętrza tego konkretnego człowieka – jego myśli, wspomnień, marzeń. Może nie jest odkrywcze jej główne przesłanie, mówiące aby spełniać marzenia z dzieciństwa i nie przestawać planować, dążyć do własnych celów  i tym podobne  – znane już z innych ksiżek i filmów rady – ale mimo tego, że już to gdzieś słyszeliśmy opowieść Randy’ego robi wrażenie, stawia do pionu, potrząsa naszym życiem. A o to właśnie chodzi, aby raz na jakiś czas poddać nas takim wstrząsom, bo łatwo jest zagubić się i zapomnieć co jest naprawdę ważne. Niestety choroby i śmierć bliskich najczęściej nam o tym przypominają. Lecz nie musi tak być, żebyśmy przypominali sobie o tym dopiero w sytuacjach ekstremalnych i nieodwracalnych. Bądźmy nieustannie marzącym dzieckiem na co dzień – to nie wyklucza wewnętrznej dojrzałości. To tylko otwiera inne okno na świat, pozwala inaczej na niego spojrzeć.

[18.05.2010]

Dziś trochę o ratowaniu natury

Posted by kotmonika under Blog

Dzięki telewizyjnej kampanii reklamowej Milki oraz cyklowi artykułów w Gazecie Wybroczej dowiedziałam się o akcji ochrony Tatr. Eksperci z Tatrzańskiego Parku Narodowego wyznaczyli 6 symboli charakterystycznych dla tego rejonu (zapewne nie było to łatwym zadaniem) a każdy z nich z czasem może ulec nieodwracalnym zmianom: gatunki zwierząt i roślin mogą wyginąć, a konkretne wzniesienia górskie czy stawy ulegną zmianom będąc zaśmieconymi i zadeptanymi przez masowo napływających turystów. Czy kocha się nasze wybrzeże czy góry – jedno jest bezsporne – Tatry są unikalne i piękne. Ich majestat zwala z nóg człowieka z nizin, każe się poczuć malutkim wobec majestatu przyrody. Pięknie i bardzo trafnie napisała Ewa Banaszkiewicz w Misterium przyrody. Tatrzańskim Parku Narodowym:

[…] Tatry są wyspą w morzu cywilizacji, osaczoną przez ludzkie siedliska, ale nic nie jest w stanie zaspokoić potrzeb duchowych człowieka, tak jak przebywanie w tym miejscu. Tu odkrywamy kim jesteśmy i zaczynamy rozumieć, że Tatry są po to żeby zmieniać nas, a nie po to by byśmy my zmieniali Tatry.

Zatem skoro Tatry zmieniają nas – zróbmy coś dla nich. Po to istnieje już od jakiegoś czas portal internetowy akcji Razem dla Tatr, abyśmy wybrali najcenniejszy dla każdego z nas symbol i w głosowaniu, które zakończy się pod koniec czerwca, wybrali to, na ratowanie czego Milka przeznaczy milion złotych. Oczywiście każdy z symboli jest na stronie www szczegółowo opisany -tak aby nasza decyzja oddania głosu nie była ślepym strzałem. Opisane są również ewentualne przyszłe działania i na co pójdą fundusze – jeśli dany symbol Tatr wygra. Wsparcie finansowe otrzymają 3 wybrane symbole, na które padnie największa ilość głosów. Wyniki są aktualizowane na bieżąco na portalu akcji. Przy okazji tak pożytecznej inicjatywy (w końcu Milka, a raczej jej reklamy bywają kojarzone z obszarem górskim i występującymi tam zwierzętami) trwa kampania popularyzowania wiedzy o tym rodzimym rejonie górskim. Mam nadzieję, że oddawanie głosów nie będzie odbywać się przypadkowo, że zastanowimy się co warto ratować, bo za chwilę tego już nam trwale zabraknie. Cieszę się, że coraz więcej pojawia się takich społecznych kampanii ratowania przyrody. Wiem co czują miłośnicy gór, bo ja mam takie same intensywne uczucia kiedy myślę o Bałtyku i naszym wybrzeżu. Ale mimo, że serce oddałam wielkiej wodzie doceniam piękno Tatr, bo w wielu jego zakątkach zostawiłam jednak cząstkę siebie i wierzę, że jeszcze tam kiedyś powrócę. Z pięknem się nie dyskutuje, można jedynie się mu poddać i pozostać oczarowanym. Tatry już dawno temu mnie zauroczyły. I trwa to uczucie do dziś. Więc z przyjemnością oddaje swój głos.

[17.05.2010]

Wiem, że są osoby śledzące ten blog pod kątem informacji latarnianych. Nie jestem pewna jaki procent dotychczasowych wpisów zajmuje temat latarń morskich, ale starałam się nie zanudzać nim nikogo zanadto i trzymać się dewizy z nazwy tego blogu, która zawiera w sobie też inne pasje. Ale dziś będzie ponownie o jednej z naszych strażniczek wybrzeża. Wprawdzie przeszła na wczesną emeryturę w 1990 roku (po zaledwie 54 latach służby), ale sama niszczejąca konstrukcja bez zdemontowanego po jej wyłączeniu urządzenia świetlnego i laterny stoi na tej samej historycznej już wydmie.

Szwedzka Góra (nazywana w fachowej literaturze rownież Górą Szwedów) zyskała swą nazwę po 1628 roku, kiedy to ostrzeliwano szwedzki okręt admirała Klasa Fleminga i wymuszono poddanie się nieprzyjaciela pod stałym naporem ognia z szanców na wydmach w okolicy Helu. Decyzja o budowie w tym miejscu latarni  – jest to najwyższa wydma w okolicy – zrodziła się w roku 1931, a budowę zakończono w roku 1936. Latarnia powstała na i tak gęsto oznakowanym nawigacyjnie Półwyspie Helskim, gdyż płynące do Gdańska statki często myliły światła latarni Jastarnia Bór z samym Helem i dochodziło do osiadania ich na mieliznach. Obiekt na Szwedzkej Górze to całkowicie rodzima konstrukcja. Zbudowano ją ze stali, a znaczna jej część jest ażurowa. Latarnia była obiektem bez stałego dozoru latarników, gdyż działała automatycznie, a jej poprawną pracę obserwowali latarnicy w Helu. Ponieważ jest położona całkiem na uboczu często dochodziło do awarii, bo pod osłoną zmroku rozkradano urządzenia, kable i metalowe części.

Obecnie wieża jest w ruinie. Kto wie o jej istnieniu udaje się w pieszą wycieczkę helską plażą – dziś już otwartą i nie odciętą od świata opłotowaniem. Nie raz widziałam na swojej drodze (a odwiedzałam już Szwedzką Górę kilkakrotnie) takich turystów zaopatrzonych w literaturę, mapy i aparat fotograficzny. Konstrukcja doskonale widoczna jest z plaży – nie można więc jej przegapić. Czas odcisnął na niej swoje piętno. Elementy metalowe całkowicie skorodowały, pod wpływem wiatrów wręcz same odpadają i leża porozrzucane po okolicy. Podnóże latarni to „doskonałe” miejsce na popas w drodze więc  walają się tam całe góry śmieci. Szkoda… Ostatnio powieszono na niej osterzeżenie, aby nie podchodzić pod samą konstrukcję, a tym bardziej już nie wspinać się na nią. Wiem jednak, że istnieje pewna nadzieja na lepszy żywot dla tej strażniczki wybrzeża. Latarnią zaintersowało się Stowarzyszenie „Przyjaciele Helu”. To m.in. dzięki jego członkom powstały na półwyspie piękne obiekty do zwiedzania w ramach rejonu umocnionego Hel tzw. Muzem Obrony Wybrzeża. Już kilka lat temu ich obiekty oddane do użytku po generalnym remoncie robiły ogromne wrażenie. Ci sami entuzjaści militarii chcą dobrze oznakować dojście do Szwedzkiej Góry (prawdopodobnie już od szosy głównej biegnącej przez cały półwysep)  i postawić tablicę z jej historią. Uważam, że to bardzo piękna inicjatywa, bo kilka lat temu była nawet idea całkowitego zdemontowania resztek latarni z wydmy, a wtedy ślad po niej zaginąłby zupełnie poza opisami na kartach paru książek.

Tego roku latem planuję udać się na Hel i osobiście sprawdzić jak wiele zmieniło się na Szwedzkiej Górze. Mam nadzieję, że zmiany będą korzystne i zachowamy to co pozostało po tym obiekcie nawigacyjnym, bowiem jest częścią historii Helu. Wierzę również, że w przyszłości na całym naszym wybrzeżu pojawią się także oznakowania w miejscach, gdzie stały kiedyś latarnie morskie, a dziś nie ma już po nich śladu i będzie to coś znacznie efektowniejszego niż nieudany i karykaturalny obelisk  w Gdyni Oksywiu.

[12.05.2010]


Subscribe to LATARNICA