LATARNICA

Latarnie morskie, koty, słowo drukowane i coś więcej…

Archive for Lipiec, 2010

Pierwsze letnie grillowanie na działce

Posted by kotmonika under Blog

Upalna sobota lipca – ostatni dzień miesiąca. Po pierwszym tygodniu pracy po urlopie w sobotę człowiek czuje się już wypompowany. Ponieważ powróciły wysokie temperatury najlepszym pomysłem na sobotę okazała się działka, obiad z grilla i nic nie robienie… Lipiec zleciał błyskawicznie, czerwiec był okresem intensywnej pracy i ani się obejrzeliśmy, a dopiero dziś była okazja na otwarcie sezonu grillowego. I tak też się stało. Poniżej migawki z krainy zieleni.

[31.07.2010]

Literackie odkrycie roku

Posted by kotmonika under Blog

Choć mamy dopiero połowę roku śmiało (póki co) mogę okrzyknąć bieżącą lekturę mianem literackiego odkrycia tego roku. A chodzi konkretnie o powieść Ogrody Kensington urodzonego w Argentynie  w latach 60. XX wieku Rodrigo Fresana. Ten przedstawiciel literatury latynoamerykańskiej rzucił mnie na kolana. Inaczej tego nie mogę określić, po prostu mnie zatkało, jakby mi nagle powietrza zabrakło.Dopiero przeczytałam ok. 50 stron, a już z pełną odpowiedzialnością, bez względu na to co byłoby w tej książce na kolejnych 400 stronach – warto mi dać najwyższą notę za te pierwsze strony, które mnie wstrząsnęły pięknem języka, mądrością, spostrzexeniami, grą na emocjach z czytelnikiem i tym, że potrafił na tak niewielu stronach przekazać tak wiele ważnych treści o życiu każdego z nas. Można się w pełni identyfikować, a to najważniejsze. książka nie ma dialogów, przypomina trochę pisanie Virginii Woolf – tzw. strumień swiadomości – jest jedną długą refleksją, jakby autor spisywał swój tok myśli na bieżąco. Długo przeglądałam strony, które już za mną aby coś zacytować, pokazać próbkę jak pisze. To trudne coś wybrać. Postawiłam na fragment o tworzeniu i roli wspomnień w ludzkim życiu. Tak pisze Pan Fresan (chylę czoło przed jego talentem!). A więc posłuchajcie:

[…] postanowiłem nie zapomnieć niczego, co uważam za niezapomniane. prosta, niemal oczywista metoda: poświęcić dwie albo trzy godziny każdego dnia na przeglądnięcie minionych zdarzeń, t w o r z e n i e  wspomnień, bo pamięć buduje się, tak jak buduje się dom. Oczywiście jest to przedsięwzięcie skazane na porażkę, nie sposób zapamiętać wszystko, choćby tego było mało. Prędzej czy później znikają okna, przepadają pokoje, poświęca się oranżerie, są korytarze prowadzące do zamkniętcyh drzwi, a ogrody zostają zmiecione przez słoneczne i gradowe burze. Nieważne. Ciekawe jest to, co zostaje, co trwa nienaruszone. Nieśmiertelna materia, która nie przecieka przez otwory gęstej sieci, tworząc ostatecznie naszą tożsamość. To, co chcemy pamiętać na zawsze. Co się plącze i nie daje rozwiązać. Węzły przeszłości poruszające marionetkę naszej teraźniejszości.

I jeszcze taki poruszający fragment o roli książek w życiu bohatera:

[…]  Pierwsza rzecz jaką pamiętam z dzieciństwa – jakbym widział siebie z zewnątrz, z drugiej strony otwartego okna –  to ja i książka. Książka i ja, i ta szczególna niepowtarzalna cisza. Cisza odmienna, bo kompletna cisza czytania nie ma nic wspólnego ze zwykłą ciszą, która występuje wtedy, kiedy jest się po prostu cicho. Emanująca z książek, cisza pełna dźwięków. Cisza, która zaburza współrzędne wieczności, tak że człowiek, zupełnie nieświadomie, może spędzić na czytaniu kilka godzin […] Książki jako narzędzie ucieczki, jako miejsce z którego można się zwiesić, i puścić, i spaść, żeby zaskakująco zręcznie i szybko zagłębić się w lesie. To nie przypadek, myślę, że książki zrobione są z mięsa drzew i że biblioteki zmieniają się w końcu w skamieniałe lasy, w gałęzie i korzenie zanurzające się w nas, kwitnące w naszej wyobraźni.

Nic dodać, nic ująć. Dziękuję panie Fresan za Pana wyobraźnię, za styl i zlepek myśli. Czytając Ogrody czuję się, jakby ta książka powstała specjalnie dla mnie, jakby ktoś wyjął mi pewne myśli z głowy i ubrał w strojne szaty abym w pełni doceniła ich wagę i jakość. Rzadko kiedy jakaś powieść już na samym początku tak mną potrząsnęła. Oby tak dalej!

[28.07.2010]

27 dzień miesiąca

Posted by kotmonika under Blog

Od tego roku każdy 27 dzień miesiąca ma dla mnie wyjątkowo emocjonalny wydźwięk. Póki co rany są jeszcze wciąż tak świeże, że bardzo mocno co miesiąc go przeżywam. W południe minęły bowiem 4 miesiące od śmierci mojej mamy. Już w skali roku to nieduży okres czasu, ale w moim umyśle urasta w lata tęsknoty i całą wieczność.  Stukając te słowa słucham jedną z ulubionych płyt mamy – przeboje Toma Jonesa. Jeśli lubiła jakąś muzykę czy wykonawcę spontanicznie reagowała na każdy utwor i cieszyła się całą sobą muzyką i płynącymi z niej pozytywnymi emocjami. Nie bez przyczyny marzyła będąc małą dziewczynką o karierze baletnicy. Te dźwięki są dla Ciebie, posłuchajmy znowu razem: Delilah, Green Green Grass of Home, What’s New Pussycat,  Help Yourself, Love me Tonight, She’s a Lady czy monumentalny kawałek z Jamesa Bonda Thunderball.

[27.07.2010]


Nowy tymczasowy i stały mieszkaniec

Posted by kotmonika under Blog

I zaczęło się… Pierwszy dzień w pracy, pierwsze kroki w wpadnięcie w rytm następnego roku. Na szczęście jeszcze przed nami trzydniowy pobyt w Trójmieście i tygodniowy wypad nad morze. Zatem jeszcze będzie gdzie i jak złapać oddech i podładować akumulatory. Wbrew zapowiedziom ładna pogoda przywędrowała za nami z wybrzeża. Miało być deszczowo, chłodno, ale nic z tego. Lato trwa.I nie chce odpuścić.

Dziś są imieniny mojej siostrzenicy Hanny. Pojechałam do niej wieczorem z prezentem, bo nie mogłabym sobie odpuścić takiej okazji do spotkania i obdarowania kogoś – co uwielbiam robić, zwłaszcza bez okazji. A u siostry niespodzianka. W miejscu klatki świnki morskiej pojawił się nowy , tymczasowy mieszkaniec. To spora króliczyca Gusia, która ma niezwykle miękkie i miłe futro. Trudno je z czymkolwiek porównać. Jest naprawdę spora i dopiero oswaja się z otoczeniem. Za to na działkę, gdzie buduje się dom, wprowadził się kot. Sam sobie wybrał to terytorium i pewnie tam zostanie, bo siostra już się nim zajęła. Dla mnie przypomina jakiegoś dzikiego stwora na podobiznę diabła tasmańskiego, ale kot to kot:) Skoro przyszedł niech się rozgości.

Poniżej pierwsza kawa po powrocie – udane, warstwowe  cafe latte oraz nowi członkowie rodziny: króliczyca i dziki – myślę, że nie na długo – kot zwany Bob Budowniczy, bo wybrał sobie plac budowy za swój przyszły dom. A przyjaciele z Sulejówka wypatrzyli w internecie, a potem nabyli nowe dwa kotki – mieszankę norweskich leśnych z birmańskimi. Wkrótce trafią pod ich – zawsze gościnny zwierzętom – dach.

[26.07.2010]

Home, sweet home

Posted by kotmonika under Blog

Powroty… Strasznie trudne, mocne emocjonalnie, pełne kłębowiska myśli i obaw o nadchodzące dni… Trzeba wejść na nowo w swój stały rytm – to trochę tak jak uczenie się chodzenia, krok po kroku wchodzimy w kierat zajęć i schematycznych obowiązków. Ale po to są wakacje, aby odpocząć od tego wszystkiego, podładować akumulatory, spojrzeć na wszystko z dystansu. To się nam udało, choć szkoda, że dopiero w drugim tygodniu tak naprawdę zaczyna się psychiczny wypoczynek i zapominamy o tym od czego uciekliśmy. Kuźnica żegnała nas ulewnym deszczem i tak było prawie całą drogę do domu. Niestety korki na Półwyspie, ulewny deszcz, zalane szosy , remonty dróg – to wszystko złożyło się na fakt, że podróż trwała prawie 9 godzin. Przed wyruszeniem w drogę poszliśmy jeszcze pożegnać się mentalnie z morzem i zatoką. Wiało, szumiało, kapało – ale jakże serce się rwało aby zostać… Oto kilka zdjęć z tego spaceru.

Czy jakoś uda mi się krótko podsumować ten wyjazd? Żadne słowa nie oddadzą emocji, widoków, pozytywnych energii spotkań, miłych słów i chwil. Ale nie byłoby pełni tego wyoczynku bez towarzystwa TEJ właściwej osoby, z którą można  dzielić wszystkie  chwile. W samotności nigdy ten czas nie byłby już tak udany. Kochanie, dziękuję za TAKIE wakacje, za rozmowy, spojrzenia, wspólne wędrówki w słońcu i deszczu, kąpiele morskie i chwile ciszy, kawy w marinie, kolacje „U Dawida” i wsłuchiwanie się w szum morza za oknem… Piękny czas, który powracać będzie pod powiekami w jesienne słoty i zimowe mrozy. Byle do lata 2011!

[25.07.2010]

Najgorszy, najsmutniejszy, ciężki do akceptacji dzień pakowania i powrotu… Nie umiem oddać słowami emocji jakie zawsze towarzyszą powrotowi do spraw codziennych zwłaszcza, że ten urlop był takim prawdziwym wypoczynkiem po naprawdę ciężkich ostatnich 3 latach, w których wiele się zdarzyło… Obudziła nas dziś kolejna potężna burza, po której przyszła ulewa. O godz. 9 rano wszystko ustało i nawet zaczyna się nieśmiało przebijać przez chmury słońce. Ale morze dziś niesokojne jak moje wnętrze. Jakby się zsynchronizowało z moim nastrojem i emocjami. Zamiast opisywać jak mi dziś ciężko kilka uchwyconych w kadr nonsensów, rzeczy śmiesznych bądż godnych potępienia. Oto one:

1. Główna nagroda za królestwo kiczu – stoiska pamiątkowe

Nie od dziś wiadomo że Hel fokami stoi:) Foka zdominowała wszystko i uliczne kramiki to wielkie stoiska z pluszem w kolorach różowym czy niebieskim. Owszem w Stacji Badawczej w Helu jest piękne Fokarium i warto tam bywać i płacić symboliczną złotówkę za wejście, która to kwota każdorazowo wspiera jego działałność, ale podporządkowanie wizerunku miasta pod różową futrzaną fokę jest trochę urągające miejscu  z tak wieloma rawdziwymi atrakcjami turystycznymi.

2. Główna nagroda za brak wyczucia i nie liczenie się z pamiątkami przeszłości

Obok helskiej latarni znajduje się symboliczny grób latarnika, który zginął podczas wybuchu działa jakie latarnicy uruchamiali podczas mgły. Plac wokół latarni jest spory, wchodzą na niego liczne kramy, mała gastronomia, skwer, ławki, a jak pokazuje życie przenośne toalety trafiły akurat w sąsiedztwo grobu. Turysta zatrzymuje się zatem, pochyla głowę, może zrobi zdjęcie, ale na pamiątkę będzie miał nie tylko  nagrobek ale i kontenery Toi Toi w tle. Zestawienie – w mojej ocenie – mocno niesmaczne.

3. Główna nagroda za ciekawy zestaw branż w ramach jednej dzialalności gospodarczej. (gdyby nie było zbyt czytelne to dla porządku podaję co jest na tablicy reklamowej: Fotoobrazy. Pamiątki. Hel w 3D. Prażona soja.www.obrazy3d.com)

Który element jakoś dziwnie tu nie pasuje? A może soja też w 3D?

4. Główna nagroda ex-equo za pomysły marketingowe – czyli jak zwabić klienta na swój parking, a nie sąsiada. Ponieważ ceny wszędzie są prawie jednakowe, trzeba postawić na oryginaloność.. Można to jakoś przeskoczyć? Oto pomysły mające zwabić kierowców :

Wyróżnienie 1 – tak do końca nie wiadomo co jest w cieniu, parking czy ryby wędzone.

Wyróżnienie 2  – grunt to reklama 3-języczna

A na koniec jeszcze ostatnie wieczorne migawki z Kuźnicy. Czysta natura…

[24.07.2010]

Pada, pada, pada… Tak zaczął się ten piątek, choć słońce wzeszło pełną parą i do godziny 9 rano zapowiadał się kolejny upalny dzień. Ale jak to nad morzem, pogoda potrafi się zmienić błyskawicznie i ani się obejrzeliśmy, a za oknem zrobiło się ciemno i rozpętała się burza. Burza przeszła płynnie w potężną ulewę i przez ponad 4 godziny nie można było wystawić nawet stopy poza kwaterę. Mimo intensywnego opadu, wbrew rozsądkowi i strugom deszczu udaliśmy się do strefy darmowego internetu w marinie i tam zaktualizowałam wpisy, ale powrót do domu okupliśmy totalnym przemoczeniem garderoby.

Zdegustowani pogodą odczekaliśmy kilka godzin by po 14 ujrzeć na nieboskłonie wreszcie tak wyczekiwane słońce. Uff… plan na popołudnie był konkretny. Szybko złapałam za telefon i umówiłam nas z latarnikiem z Jastarni. Wreszcie po wielu wielu latach marzeń, wyczekiwań i imaginacji jak to wygląda ta niedostępna dla turystów latarnia otrzymałam potwierdzenie, że możemy przyjechać i zostaniemy oprowadzeni po terenie tej najmniejszej z naszych bliz. Do spotkania została niecała godzina a sam dojazd autem do Jastarni zajmuje jakieś 15 minut. W moim ulubionym sklepie – który jako jedyny ma w ofercie obok typowych kaszubskich pamiątek – literaturę dotyczącą historii tego regionu i monografie poszczególnych miejscowości nabyłam tak wyczekiwany pierwszt tom cyklu Mirosława Kuklika  Tryptyk Helski część I do roku 1920 – z wspaniałymi archiwalnymi ilustracjami. Naprawdę wartościowe i bezcenne dzieło dotyczące samego Helu.

Z resztą od lat śledzę teksty pana Kuklika w internecie i zawsze robiły na mnie wrażenie. W tej publikacji jest cały osobny rozdział poświęcony helskiej latarni do 1920 roku i wspaniała ikonografia z tego okresu. To był doskonały początek wyprawy na wieżę latarni. Podeszliśmy pod samą furtkę i uchylone drzwi budynku latarników świadczyły, że za chwilę wyobrażenie stanie się rzeczywistością i poznam tajemnicę tej wieży. Kto nie pamięta, przypomnę żę jej konstrukcja powstała z metalowego walca buczka spod latarni Stilo. Jest ona pomalowana w charakterystyczne czerwono-białe poziome pasy i cała konstrukcja mieści się na wysokiej wydmie przy jednym z wejść na plażę nad otwarte morze.

Latarnik oprowadził nas po maszynowni, dyżurce i pomieszczeniach, gdzie latarnicy czuwają aby wszystko przebiegało jak należy – włącznie z nasłuchem radiowym. Jak usłyszeliśmy awarie prądu są częstsze w lecie niż zimą bo ilość letników a tym samym obciążenie linii energetycznych jest wyjątkowo mocne jak na taką małą miejscowość. Na szczęście mają na takie sytuacje pełne własne zasilanie awaryjne. A sama wieża? Na pewno nawet przy najlepszych cgęciach nie mogłaby być oddana do ruchu, gdyż wewnątrz jednicześnie mogą przebywać tylko 2 osoby, nie ma możliwości minięcia się na schodach, a ostatnie ostre podejście po pionowej drabinie stwarza zbyt wielkie zagrożenie aby brać na siebie odpowiedzialność za innych i ich sposób pokonywania tego trudnego wejśćia do laterny. Istnieje też możliwość wyjścia na wąską galeryjkę na wolnym powietrzu przez malenskie jak dla elfów drzwi. Ale warto się tam wcisnąć i rozejrzeć bo widok na Cypel Helski wspaniały.  Wnętrze latarni jest w doskonale utrzymane, ladnie odmalowane (dominuje kolor zielony) z czerwoną laterną. Jak dla mnie przeżycie  o wysokim stężeniu adrenaliny!

Poniżej kilka ujęć z posesji, na której jest latarnia oraz widoków z jej laterny i samego wnętrza. Tuż obok po sąsiedzku znajduje się tzw Dom Zdrojowy – całkowicie przebudowany i odnowiony po popadajacym w ruinę dawnym budynku.

Po opuszczeniu wieży i terenu do niej przylegającego udaliśmy się jeszcze na ostatni spacer po Jastarni i ruszyliśmy na pożegnanie z cyplem. Dojazd do Helu zajmuje kolejne 20 minut. Po drodze mijamy Juratę – kurort z niczego – jak piszą o niej w publikacjach, bowiem miejscowość istotnie powstała jak Gdynia z marzeń i najpier zaplanowaną ją z detalami na rysunkach a potem zrealizowano to marzenie w terenie. Hel to najmniej wizualnie ładna miejscowość Półwyspu. Ma swoje przepiękne uliczki i miejsca magiczne ale między nie wciska się balagan, chaos, kicz i stosy śmieci oraz pozostałości po minionej epoce, kiedy nie liczyło się jak co wygląda, tylko to aby było i spełniało swoje funkcje.

Na pierwszy ogień postanowiliśmy odbyć ostatni spacer pod helską blizę. Podobnie jak w inne dni kolejka oczekujących na wejście na wieżę była ogromna i wymagała cierpliwości. Więc nie pchaliśmy się na górę, bo byliśmy tam już tak wiele razy… Dla niecierpliwych ale raczej powinnam napisać że leniwych pod latarnię i inne kluczowe obiekty kursują spod dworca pkp meleksy. Są i tacy którym wystarczy samo spojrzenie na latarnię bez wychodzenia i zatrzymywania się, aby mogli powiedzieć że zaliczyli już jej zwiedzenie. Cóż, każdy zwiedza na swój sposób. Spod latarni ruszyliśmy w kierunku centrum na deptak czyli ulicę Wiejską  z zabytkowymi chatami rybackimi i knajpkami (maszoperiami). Kto nigdy nie zaliczył choć kawki czy piwka w Maszoperii niec toi koniecznie nadrobi. Historyczny wystrój i dbałośc o detale robi wrażenie. My udaliśmy się na deser do naszej ulubionej – pubu Captain Morgan – gdzie 4 lata temu w czerwcu – odbyło się nasze przyjęcie weselne. To był taki sentymentalny akcent i dobry gest pożegnalny. jeszcze nie wyjechaliśmy z miasteczka a już nam żal, już tęsknota serce ściska i rwie sie do wydm, zapachu powyginanych od wiatru sosen, białych szerokich plaż, cykad hałasujących całe noce, szumu fal w oddali i gwizdów przejeżdżających w pobliżu pociągów. Mierzeja Helska to miejsce na naszym wybrzeżu, którego nie odda żadna inna miejscowość. Nie bez powodu genialny film Kawalerowicza z lat 60-tych pt. Pociąg z świetną kreacją Leona Niemczyka, Zbyszka Cybulskiego i Lucyny Winnickiej rozgrywał się właśnie w wagonach jadących na Hel i w końcowej części uroki tego miejsca pokazywał. Oglądałam go pierwszy raz w szkole średniej, a może nawet wcześniej, i już wtedy zamarzyłam aby tu kiedyś przyjechać. Na Helu w Kaszubskiej Checzy (moje koljne ulubione miejsce z regionaliami) nabyłam drugą wyjątkową dla mnie pozycję Martina Strucka (kiedyś burmistrz Helu) zatytułowaną Kronika Helu. Ludzie, życie, obyczaje 1874-1890, 1905-1910. Takie lektury już w Poznaniu pozwalają mi zagłuszać odwieczną tęsknotę za wybrzeżem, która trwa od wyjazdu do wyjazdu.Bez względu na porę roku.

Poniżej kilka migawek z samego Helu: Checz kaszubska którą polecam, jeśli ktoś czuka literatury o historii Kaszub,  wnętrze pubu Captain Morgan oraz dwa detale zdemontow3ane już z latarni na Helu – dawna iglica, która była na szczycie latarni (obecnie w ogrodzie przy domku latarników) oraz dawny stożkowy dach latarni (obecnie na terenie Muzeum Rybołówstwa w porcie).

[23.07.2010]

Dziennik z podróży – dzień 11

Posted by kotmonika under Blog

Upał, upał, upał… Skwar potworny… Dziś była prawdziwie piekielna temperatura. Wszędzie było źle – w domu, na ulicy, na plaży, nawet w wodzie… Bo dziś przypłynęły wraz z wczorajszymi falami jakieś lodowate prądy i dało się co najwyżej zamoczyć nogi do kostek, no góra do kolan. Dziwnie to wyglądało. Tłum na plaży, biała flaga przyzwalajaąca kąpiel ale w wodzie pustki, co odważniejsi brodzili brzegiem. A żar lał się z nieba… W taki dzień pozostało tylko pobyczyć się na plaży i w przerwie pospacerować uliczkami i uchwycić jeszcze kilka miejsc, która zaświadczą o pięknie tego miejsca.

Przy okazji leżenia plackiem nad wodą skończyłam czytać powieść brytyjskiej pisarki M. Glover Arcydzieło, która genialnie pokazuje współczesny rynek sztuki od kulis od artystów, poprzez marszandów, kolekcjnerów i rolę mediów w kreowaniu celebrytów. Świetna rzecz z głębszym przesłaniem.

Ale nie marnuję czasu i już zaczęłam kolejną lekturę. Wymaga ona zdecydowanie więcej skupienia i nie skończę jej już na wakacjach. Cóż , muszę zacząć oswajać się z myślą powrotu do normalnego biegu rzeczy i całorocznego trybu prac. Szkoda, że to już końcówka wakacji. Na szczeście na dzień powrotu zapowiadają ochłodzenie.

Tradycyjnie w jedną z ostatnich nocy na Półwyspie jedziemy oglądać nocną pracę latarni w Helu i Jastarni. Zazwyczaj jesteśmy na cyplu koło północy. To niesamowite jak cicho, niemal bezszelestnie pracują urządzenia latarni, a jednak w tej ciszy spełnia ona swoją tak ważną nawigacyjną rolę. NIe udały mi się zdhjęcia samych rozświetlonych błyskiem latern (tym razem nie mieliśmy ze sobą dobrego sprzętu fotograficznego) więc poniżej tylko trzy ujęcia z portów, które przy okazji też odwiedziliśmy.

[22.07.2010]

Aż trudno uwierzyć, że już środek tygodnia i zostały tylko 2 pełne dni wakacyjnego urlopu. Dlaczego ten cudowny letni czas tak szybko płynie? Dlaczego nawet całodzienne błogie lenistwo i tak mija jak jedno mrugnięcie oka? Na taki luźny, zupełnie wypoczynkowy dzień pozwoliliśmy sobie dzisiaj. Może dlatego, że wczoraj było w Gdańsku tak intensywnie , może też z powodu powrotu upału. Dziś zdecydowanie było ponad 30 stopni w cieniu. Ale zanim oddaliśmy się morskim kąpielom, wylegiwaniu na piasku i nadganianiu z wakacyjnymi lekturami, odbyliśmy w kuźnicznej marinie przemiłe spotkanie z gośćmi z Gdyni. Spotkaliśmy się m.in. z p. Apoloniuszem Łysejko, którego skojarzą wszyscy miłośnicy polskich latarni, bowiem jest on autorem nie tylko książek o latarniach naszego wybrzeża ale i monografii latarni należących do wybrzeża wschodniego (Krynica Morska, latarnie Gdańska, Hel, Rozewie, Stilo). Poza tym jest typowym farologiem – czyli pasjonatem tematu i posiada pewnie największą w naszym kraju kolekcję starych kartek pocztowych i zdjęć z latarniami naszego wybrzeża. Każde nasze spotkanie mija błyskawicznie, mnóstwo tematów jest zawsze do omówienia, spostrzeżeń do wymieniania i jak zwykle trzeba omówić też przyszłość polskich latarni morskich. W tak twórczej atmosferze, przy dobrej kawie i herbacie zeszły nam w marinie ponad 2 godziny.

Wspaniałym efektem tego spotkania będzie planowana jeszcze w tym tygodniu wyprawa do latarni morskiej w Jastarni. Oczywiście można by powiedzieć, że to żadna sprawa bo każdy może ją zobaczyć. Owszem, zobaczyć z zewnątrz każdy, ale wewnątrz już nie – bo latarnia jest obiektem nieudostępnionym dla turystów ze względu na warunki bezpieczenstwa wejścia na laternę (jest zbyt wąska aby odbywał się w niej ruch wahadłowy).

Poniżej zdjęcie budynku kuźnicznej mariny, uliczki z krzewami dzikich róż tuż przy niej oraz znalezionej przypadkowo uroczej chatki rybackiej z niebieskimi elementami w jednej z wąziutkich uliczek nad zatoką. Dodatkowo  zamieszczam również zdjęcie zakładki, która towarzyszy moim lekturom od lat. Także tym nadmorskim i wyjazdowym. Zakładka przybyła do mnie od koleżanki z Niemiec, która nigdy nie zapomina o mojej pasji. Dziękuję Johanna!

Po tym spotkaniu udaliśmy się na wielogodzinny leniwy pobyt na naszą ulubioną plażę tuż przed Helem w okolicy Szwedzkiej Góry, a dokładnie pod samą nieczynną latarnią. Jest tam wyjątkowo pięknie i spokojnie. A woda dziś była cudownie ciepła i można było pływać do woli – czemu sprzyjały wysokie fale i przyjemny wiatr. Niestety byłam też świadkiem takiej mrożącej krew w żyłach scenki, że pomimo ostrzeżeń o niebezpieczeństwie grożącym tym, którzy w ogóle poruszają się w obrębie ruin ktoś zdecydował się na tą skorodowaną konstrukcję nie tylko wejść ale i wspiąć po ażurowych ekementach do jej najwyższego punktu. Obserwowałam z daleka zejście tych osób i TYM się akurat dziś udało, ale tak uszkodzony i nagryziony zębem czasu obiekt jest NAPRAWDĘ niebezpieczny i bardzo łatwo o wypadek. Cały problem w tym, że Góra Szwedów jest bardzo daleko od drogi głównej, więc sprowadzenie pomocy nie jest proste. Dodatkowym utrudnieniem jest to, że w okolicy nigdzie nie ma zasięgu dla działania telefonów komórkowych więc każdy turysta niech bierze bardzo na serio tablice ostrzegawcze. Już w jednym z wcześniejszych wpisów pisałam, że wewnątrz czekają liczne pułpki bowiem większość eementów metalowycn roźkradziono i nie ma tam choćby „podłogi” i w razie upadku z skorodowanej drabiny spada się wiele metrów w dół w głębokie fundamenty latarni.

Poniżej plaża pod ruinami latarni i urokliwe okopy powojenne na wydmach , które mijaliśmy w drodze powrotnej oraz ścieżka przez sosnowy las – gdziekolwiek się nie spojrzy widoki są niezapomniane.

PS. Wczoraj w godzinach rannych po kilkutygodniowej rekonwalescencji po operacji trzech guzów nowotworowych skończyła swój ziemski żywot świnka morska zwana Myszką – od lat członek rodziny mojej siostry. Ponieważ mam wielki sentyment do tego gatunku zwierząt, również tej konkretnej, gdyż pierwsze dni spędziła pod naszym dachem, z równym smutkiem odnotowuję ten fakt.

[21.07.2010]


Wtorek upłynął nam na wyprawie do Gdańska. Wyjątkowo musieliśmy wcześnie wstać aby załapać się na poranny pociąg na Hel a potem pierwszy ranny kurs tramwajem wodnym do Gdańska. Niech nazwa „tramwaj” nie będzie myląca. Bowiem te rejsy obsługują spore statki Źeglugi Bałtyckiej – a ich zaletą są niższe ceny za taki kurs niż statkiem wycieczkowym. Ponieważ na helu byliśmy dość wcześnie a do odpłynięcia statku została godzina udaliśmy się na śniadanie do restauracji w zabytkowej chacie rybackiej na głownym deptaku czyli ul Wiejskiej. Tam zjedliśmy typowe śniadanko, alke podane w kaszubskiej zastawie i w towarzystwie głęboko śpiącego kota, który przypominał mi grubaśnego filmowego Garfielda. Ostateczniwe kota obudziły zapachy potraw z naszych talerzy, ale był nieprzytomny i ledwie udawało mu się utrzymać otwarte oczy.

Cały rejs do Gdańska trwa prawie 2 godziny. W tym niemal godzina schodzi na pokonywanie kanału portowego już w samym porcie gdańskim. Celem naszej wycieczki było umówione jeszcze przed wakacjami spotkanie z latarnikiem z Nowego Portu p. Jackiem Michalakiem, którego działalność od chwili zakupu latarni 10 lat temu śledzimy cały czas z uwagą i wspieramy jeśli tylko udaje się nam w czymś pomóc. Kilka eksponatów wystawy wewnątrz latarni pochodzi z naszej kolekcji archiwalnych zdjęć. Promowaliśmy też działania p. Michalaka kilka lat temu w Poznaniu organizując wernisaż zdjęć latarni i Nowego Portu, spotkanie z latarnikiem dla mediów i mieszkańców Poznania połączone z degustacją kawy w „Pożegnaniu z Afryką”.  Na nasze tegoroczne pierwsze spotkanie płynęliśmy z radością bo cieszą nas nowe eksponaty w latarani i obserwacja zmian w jej otoczeniu. Ale zanim dotarliśmy do Nowego Portu jeszcze z pokładu statku mogliśmy zaobserwować Michalakową latarnię, małą latarenkę Westerplatte na wschodnim falochronie (obecnie jako czerwone światło nawigacyjne tzw główka wejściowa portu) oraz pierwszą, najstarszą latarnię Gdańska – Twierdzę Wisłoujśćie, której remont wciąż trwa ale część zabudowań jest już dostępna dla turystów. Na wieży w ten wtorek były tłumy ludzi.

Poniżej falochron wschodni z latarenką Westerplatte, latarnia w Nowym Porcie, kanał portowy i Twierdza Wisłoujście.

Do przystani przy Targu Rybnym dobiliśmy punktualnie. Potem czekała nas długa wyprawa tramwajem w upalny skwar do dzielnicy portowej. Ale dla chwil rozmowy z latarnikiem, kawy pod zabytkową wieżą, która zawsze jesteśmy ugoszczeni, obserwacji opadającej co 2 godziny kuli czasu (uregulowałam wg niej mój zegarek, nie ma dokładnijeszego źrodła wg którego możnaby to zrobić lepiej)  oraz widokiem z górnego tarasu na zatokę miłośnik tej tamtyki może dużo znieść :) Niechaj o tym przemówią zdjęcia – z zewnątrz i wnętrza wieży oraz widoki z tarasu.

[20.07.2010]

W poniedziałkowe wczesne popołudnie wyruszyliśmy na Przylądek Rozewie, aby po 4 latach zobaczyć co zmieniło się w latarni  i czy oddano na potrzeby turystów nowe obiekty w ramach całego kompleksu zabudowań rozewskiej blizy. Po raz pierwszy obejrzeliśmy odrestaurowany budynek wędzarni, trwają prace nad oddaniem po remoncie budynku piekarni. Kiedyś Rozewie było samowystarczalne. Latarnicy i ich rodziny wszystko co potrzebne do życia mieli w obrębie zabudowań gospodarczych wokół latarni. W końcu pracowali na odludziu – nie tak jak teraz – na przedmieściach kurortu jakim jest Jastrzębia Góra.

Rozewie to moja ulubiona polska latarnia. Podoba mi się jej otoczenie, oczarowuje sam przylądek i jego klify, oszałamia zejście do wąziutkiej plaży umocnionej betonową opaską, gdzie od wieków jesienią i zimą szaleją sztormy. To także jedyne miejsce gdzie są obok siebie dwie latarnie, wprawdzie ta druga już nieczynna, z zdemointowaną optyką ale jako budynek z wieżą istnieje i dodatkowo stanowi atrakcje okolicy.

Poniżej zdjęcia nieczynnej drugiej latarni.

Sama wieża latarni jest świeżo odmalowana, pięknie prezentuje się w letnim słońcu. Przy zacienionej alei (ulica Leona Wzorka – legendarnego latarnika z Rozewia) mieści się dość klimatyczny lokal „Bar pod latarnią”, gdzie można znaleźć wytchnienie od skwaru dnia ale i obejrzeć obrazy olejne z wszystkimi rodzimymi latarniami jak i reprodukcje starych kartek pocztowych pokazujących jak wyglądała latarnia w ostatnich 100 latach oraz jak zmieniało się jej otoczenie.

Poniżej zdjęcia alei prowadzącej do latarni i widok na nieczynną wieżę z „Baru pod latarnią”  .

Wewnątrz latarni znajduje się jedyne na wybrzeżu Muzeum latarnictwa morskiego – można obejrzeć ewolucję wieży rozewskiej blizy jak i modele wszystkich latarni z charakterystyką świateł. Jest też sala poświęcona Stefanowi Żeromskiemu, którego imienia jest ta latarnia. Ale związki pisarza z tym obiektem to osobna historia. Rozewie jest najczęściej odwiedzaną z polskich latarni. Wiąże się to z faktem szerokiej ekspozycji muzealnej jak i możliwości zwiedzenia innych obiektów np. maszynowni. Dla mnie obecność w tym miejscu jest zawsze silnym przeżyciem. Również teraz były emocje i próba wyobrażenia sobie jak tutaj było dawno temu kiedy klify nie porastał las a były tu jedynie łąki, na które wypasano owce. Widać takie scenki na starych kartach pocztowych i trudno rozpoznać w okolicy jej obecny wygląd. Jedyny minus jaki możę zaskoczyć turystę na Rozewiu to fakt, że w godz. 14-15 jest obiekt zamknięty i jeśli przyjedziemy akurat o 14 to przyjdzie nam godzinę poczekać, ale warto bo jest co oglądać w jej otoczeniu i warto zejść na plażę,z której widać pięknie skąpane w słońcu Władysławowo – głównie charakterystyczną wieżę Domu Rybaka.

Poniżej zdjęcia latarni Rozewie, opaska betonowa wzmacniająca klif przy plaży oraz urokliwe zejście w lesie ku morzu.

[19.07.2010]

Dziennik z podróży – dzień 8

Posted by kotmonika under Blog

Dziś krótko o kocim raju. Bo tak można nazwać Kuźnicę, ale i każdą inną nadmorską miejscowość obfitą w ryby i koty. Jeśli koty mają marzenia o jakimś idealnym bycie to takie codzienne życie we wsi rybackiej jest na pewno jego spełnieniem. Bo każdy mieszkaniec ma ryby – albo sam je łowi, albo dostaje czy kupuje i potem smaży, gotuje, wędzi… A odpadki i resztki trafiają do pałętających się po podwórkach kotów. One tylko czekają, zbyt leniwe aby spełniać swe naturalne zadanie łowcy – bo i po co? Mają pod dostatkiem wszytskiego i jedzenie samo przychodzi pod pyszczek. Ponieważ te liczne , wylegujące się, zmęczne jedzeniem koty rzuciły mi się w oczy – poniżej przykłady takich futrzanych tubylców. A to tylko mała część ich populacji.

Pogoda trochę się zepsuła, słońce wciąż świeci ale jest zdecydowanie chłodniej i większe fale przecinają powierzchnię Bałtyku. Wczoraj wieczorem przespacerowałam się uliczkami Kuźnicy by na sam koniec trafić na plażę. Oj tam już porządnie wiało i było wiadome, żę te upały raczej od razu nie wrócą. Na jutro planujemy rejs statkiem z Helu do Gdańska.

[19.07.2010]

Sobotni wieczór przyniósł zmianę pogody (przyszła upragniona burza i po niej długotrwały intensywny deszcz). Taka aura trwa nadal dziś, choć pomału słońce zaczyna przebijać się zza chmur. Póki co jest ciemno, witrznie i raz po raz pada drobny deszczyk. A skoro nie widać zmiany pogody to ruszyliśmy na spacer do Jastarni i na Hel. Tylko przy niższych temperaturach da się przejść w wąskich uliczkach gęstej zabudowy miasteczek Półwyspu. W Jastarni wylądowaliśmy po raz drugi w sympatycznej kafejce „Vernisage”. Już przy pierwszym pobycie wiedziałam, że stanie się moim ulubionym miejscem – za klimat i widoki za oknem. Po kawie przeszliśmy się uliczkami Jastarnii (widać niepogoda skłoniła wszystkich do takich przechadzek bo było gęsto od ludzi). Niestety mocno się rozpadało i ruszyliśmy na Hel. Tam odbyliśmy zdecydowanie dłuższy spacer obejmujący cały deptak zabytkowej ulicy Wiejskiej, port, bulwar nad zatoką, okolice fokarium i tzw . dawnej kolonii rybackiej oraz oczywiście zaliczyłam latarnię morską. Tym razem tylko chodząc u jej podstawy, bo ogonek do wejścia na wieżę był baaardzo długi.  Wreszcie cały cypel jest otwarty dla turystów toteż odkryłam, że za samą wieżą latarni są ciekawe bunkry i stanowiska obronne z okresu II wojny światowej. Na samej latarni przybyła tabliczka prezentująca dzieje tej strażniczki wybrzeża oraz wygląd wieży przed wojną z dwoch etapów malowania  jej murów, a przy wejściu jest też potykacz z kilkoma archiwalnymi zdjęciami i historią w datach. Martwi tylko, że domek latarnika -obiekt zabytkowy tuż obok – wygląda coraz marniej choć jest tak urokliwy.

Niestety i na Helu pogoda była marna. Dlatego zdjęcia nie oddają pełni uroku tych miejsc, bo oświetlenie jest kiepskie. Zaliczyliśmy też ciekawy wystrojem lokal naprzeciwko pubu Captain Morgan – miejsce z duszą i atmosferą. Dla każdego miłośnika dobrej kawy czy herbaty (skosztowałam herbaty organicznej)  to musowo przystanek na Helu. Na pewno warto będzie do niego powracać.

[18.07.2010]

Sobota… patrząc na minione dni dzisiaj dopiero można powiedzieć, że upał jest nie do zniesienia, w powietrzu zdecydowanie ponad 30 stopni, żar leje się z nieba.

Na słońcu nie da się wysiedzieć, choć na plaży tłumy – na które składają się wczasowicze i ludzie przyjezdni na weekend. Co chwilę głowna droga przez Półwysep się korkuje… Ponieważ wciąż wahamy się jak spędzić ten dzień wrócę do wczorajszej wycieczki na Górę Szwedów. Ta nazwa już kilkakrotnie przewijała się przez mój blog, bo uwielbiam to miejsce. Nie będę powtarzać historii tego wzniesienia. Każdy miłośnik latarni wie, że stoi tam nieczynna – wyłączona w 1990 roku – latarnia morska o ażurowej konstrukcji. Obecnie do samej latarni wiedzeie z Muzeum Obrony Wybrzeża zielony szlak – o to chyba najwygodniejsza droga na tą wysoką wydmę. Bo plażą z Helku jest dość daleko i jeśli akurat wybieramy się tam w ciepły dzień droga jest bardzo uciążliwa. A z Muzeum idzie się wygodnie ok. 30 minut lasem. Widoki leśnych duktów są bardzo urokliwe, po drodze przechodzi się pod głównymi torami kolejowymi na Hel. Nie sposób przed samą plażą przeoczyć Szwedzkiej Góry. Mimo, że latarnia jest w marnej kondycji to wciąż stoi i ma się dość dobrze.

Nam udało się również wylegiwać pod nią na cudownie pustej plaży. Nie obyło się bez  kilkukrotnej kąpieli morskiej – woda cudowna i w taki dzień tylko tak można było zwieńczyć tą wędrówkę. Na samej w pełni nasłonecznionej wydmie temperatura w południe jak w garnku z wrzącą wodą. Mimo wszystko polecam wycieczkę do latarni. A chętni są o czym świadczą mijane na szlaku osoby z plecakami i mapami. Podczas tej wyprawy zrobiłam kilkadziesiąt zdjęć. Musiałam dokonać trudnej selekcji i tylko kilka prezentuje poniżej. Resztę warto zobaczyć na własne oczy.

Kuźnica jak każa mała letniskowa miejsowość ma swój urok rybaciej wioski w sezonie pretendującej do większego miasteczka niż jest w rzeczywistości. Ale nawet w letni miesiąc można odnaleźć w niej czar tego miejsca. Poniżej kilka ujęć z spaceru brzegiem zatoki. W Przystani Kużnica zazwyczaj oczekuję na miejsce do kawiarneki internetowej, w drewnianym budynku mariny stukam codziennie te słowa. Przy chatach w wąziutkich uliczkach rosną wspaniałe okazy malw – kwiatów, które od dzieciństwa kojarzą mi się ze skwarem lata i wakacjami. Złapałam obiektywem równeiż widok na port z Maszopa – jadłodajni która z drewnianej prowizorycznej budki przeistoczyła się w całoroczny murowany obiekt z kominkiem (ech zimą musi tu być uroczo) – w której jedliśmy wczoraj pyszną obiadokolację.

[17.07.2010]

Dziennik z podróży – dzień 5

Posted by kotmonika under Blog

Dziś na kótko powrócę do wczorajszej popołudniowej eskapady. Jak wspomniałam w ramach Muzeum Obrony Wybrzeża w Helu są dwa obiekty. Tym drugim jest bateria >Schleswig-Holstein<, w czasie II wojny światowej ogromne działo, które dziś się już nie zachowało (kompletny obiekt tego typu można oglądać np. w Norwegii), ale to co zostało (jego podstawa i kompleks przylegających pomieszczeń) robi ogrooooomne wrażenie. Ludzie tworzący to muzeum żyją głównie z dotacji firm i osób prywatnych. To zdecydowanie zapaleńcy ( a takim jakby nie było najbardziej zależy), którzy chcą zachować obiekt stanowiący ważny element obrony Helu w 1939 roku. Dbałość o detale i sposób aranżacji wystawy jest dopracowany i na miarę naszych czasów. Mamy więc poza eksponatami także wyświetlane na płaskich monitoarch filmy archiwalne i lektora , którego głos z głośników informuje o kolejnych ekspozycjach w mijanych przez zwiedzających pomieszczeniach. Nowością jest uruchomienie helskiej wąskotorówki (niestety byłam już chyba za późno i taka przejażdżka nie odbyłaby sie z braku chętnych). Ale kolejka jest, ma kilka odkrytych wagonów z ławkami dla pasażerów. Dokąd jedzie i co można po drodze zobaczyć – tego się jeszcze nie dowiedziałam. Tak czy inaczej stanowisko warto odwiedzić, a drobną zachętą niechaj będą zdjęcia poniżej. Jak zaobserwowałam, sposób prezentacji eksponatów robi wrażenie nawet na tych, którzy wychowali się głównie na komputerach i efektach specjalnych. Całe rodziny odwiedzają to stanowisko i w tym przypadku nie widać nudy wśród dzieci.  Zaletą tego miejsca jest też doskonale wyposażony sklepik z liczną literaturą, mapami i opracowaniami na ten temat. Dla maniaków tematu miejsce wymarzone!

[16.07.2010]

Subscribe to LATARNICA