LATARNICA

Latarnie morskie, koty, słowo drukowane i coś więcej…

Archive for Sierpień, 2010

Koniec miesiąca z poezją

Posted by kotmonika under Blog

Wróciłam… Dwa wspaniałe miejsca na naszym wybrzeżu, dwa doświadczenia, różne zachwyty, inne emocje i wspomnienia. Ale ostatni dzień wakacji poświęcę poezji, choć tak zupełnie daleka od morza  nie będzie. Ze smutkiem żegnam wakacyjny czas, pogoda nie daje złudzień, jesień idzie pełną parą… Szkoda, że tak szybko minęło lato. Jak jedno tchnienie, jak krótki oddech.

Jedna z dzisiejszych e-mailowych rozmów przypomniała mi o postaci wielkiej, ale chyba nie do końca docenianej amerykańskiej poetki Emily Dickinson (1830-1886). Jej poezja zawiera między innymi osobiste rozważania nad przeznaczeniem czy też powracające wątki zawiedzionych uczuć i cierpienia. Te wiersze są bardzo uniwersalne i można się z nimi identyfikować. Może dlatego tak bardzo przemawia to jak pisała i o czym. Co cikawe, Emily zaczęła pisać dopiero po 30 roku życia i nigdy nie założyła rodziny. Opiekowała się rodzicami i domem, a za jej życia anonimowo opublikowano tylko 7 utworów.

Nie widziałam nigdy wrzosowiska –

Nie widziałam nigdy oceanu –

A wiem, jak wrzos wygląda – z bliska –

I czym jest grzmot bałwanów.

Nie rozmawiałam z Bogiem –

Nie bywałam w Zaświatach –

A przecież znam do Nieba droge,

Jakby istniała Mapa.

—————-

Stąpałam z deski na deskę

Powoli i ostrożnie –

Nad głową czułam gwiazdy –

Pod stopą – morze –

Nastepny krok mógł być ostatni –

To jedno wiedziałam z drżeniem –

Stąd ten niepewny chód – zwany

czasami Doświadczeniem.

[31.08.2010]

Dziś, na czas kolejnych (ale i ostatnich tego lata)  morskich wojaży, zamiast słów jedna z tych magicznych chwil uchwycona w kadrze, cudowny czas kiedy chciałoby się krzyknąć w iścioe faustowskim stylu: Chwilo jesteś piękna, trwaj! Mam nadzięję, że TEN bieżący wyjazd będzie obfitował w kolejne niezapomniane przeżycia, a widoki zatrzymane pod powiekami w morzu wspomnień wystarczą na kolejne miesiące, aby się nimi dokarmiać jak wysokokalorycznym jedzeniem.

[22.08.2010]

Czekając na wyjazd

Posted by kotmonika under Blog, Latarnie morskie

Uff… Dotrwałam, już zostało niewiele czasu i znowu odetchnę nadmorskim powietrzem. Jakże mi ono w tym roku potrzebne. Zaczynam właśnie pakowanie. Znacznie łatwiej ono przebiega, kiedy staje się niemal letnim nawykiem. Najważniejsze już wybrane: paszport miłośnika latarni Bliza,  lektury na wyjazd i gotowy do użycia aparat fotograficzny. Przede mną nieznany latarniany ląd: dwie wieże, w których murach jeszcze nie byłam. Wyobraźnia ma ostatnie szanse, aby imaginować sobie ich wygląd – wkrótce nie będą już tajemnicą. Nie udało mi się zdać relacji z ostatniego wyjazdu, a już po powrocie czekać będzie do obróbki kolejny materiał. Ale nic straconego, długa jesień i zima przed nami, a ja chętnie w takie szare dni będę sięgać po letnie wspomnienia. Zatem witajcie Niechorze i Kołobrzeg! Już wkrótce przybywam!

[21.08.2010]

Gdańsk – dzień, noc i pora niczyja

Posted by kotmonika under Blog

Dziś robię sobie przerwę od tematów latarnianych (co za dużo to nie zdrowo, wystarczy, że moją lekturą do poduszki jest obecnie monografia o latarni Jarosławiec autorstwa p. Pietkiewicz), ale zostaję w Trójmieście, a konkretnie w Gdańsku. Bywamy w tym mieście kilka razy do roku – musowo latem i zimą. Ogromnym udogodnieniem dla turysty z głębi kraju są usługi świadczone przez biuro zakwaterowań Grand- Tourist przy Podwalu Grodzkim (naprzeciwko PKP). Oferuje ono nie tylko całe apartamenty ale i pokoje przy rodzinach – co daje możliwośc tańszego zakwaterowania, ale zawsze w samym centrum Gdańska, na Starówce.

W naszym przypadku od lat się to sprawdza (jak na razie za każdym razem wybieraliśmy inną lokalizację), bo praktycznie zjawiamy się na kwaterze na noc, a za dnia korzystamy maksymalnie z okazji zwiedzania okolicy. Taka lokalizacja kwatery  umożliwia spacerowanie po uroczych uliczkach nad Motławą o różnej porze dnia i nocy. Po prostu one są na wyciągnięcie ręki i nie trzeba się specjalnie szykować do takiej eskapady. Dlatego obiektyw mojego apartu łapach gdańskie impresje zarowno w świetle słonecznym i jak mroku sierpniowej nocy. Poniżej kilka uchwyconych kadrów. W świetle dnia m.in. widok na górne kondygnacje kamieniczek oraz remontowaną wieżę kościoła z okna naszej kwatery. Z niekłamaną radością przywitałam powrót saturatora! Ostatni kadr to urokliwe otoczenie przy Muzeum Pomorza Środkowego w Słupsku.

Nocne zdjęcia to późny środowy spacer po powrocie z wycieczki do Ustki. Akurat trafiliśmy na czas Jarmarku św. Dominka. To taki czas, kiedy Gdańsk dodatkowo zyskuje dzięki licznym straganom z rzemiosłem i imprezom kulturalnym. Nie mogliśmy trafić w lepszy czas! Ech, poszłoby się teraz nad Motławę…

[17.08.2010]

Minęło już kilka dni od powrotu z Trójmiasta – najwyższy czas spojrzeć troszkę wstecz i wrócić do emocji towarzyszących tym trzem niezwykłym i jakże latarnianym dniom. Nie mogło przecież w moim przypadku być inaczej! Cztery blizy w 3 dni! Oto program wyjazdowy jaki mnie satysfakcjonuje!  Ale zacznę od początku. Dziś będzie o pierwszej wieży, którą odwiedziliśmy zaraz po przyjeździe. A wszystko zaczęło się jeszcze w stolicy Wielkopolski, w mglisty wtorkowy poranek. Pusty niemal peron, puste przedziały w wagonach, nisko buszujące opary mgły.

Po piątej rano wyruszyliśmy pociągiem z sennego miasta, by przybyć do skąpanego w słońcu Gdańsku już po godzinie 11. Szybciutko ulokowaliśmy się na kwaterze na gdańskiej Starówce, bo wkrótce mieliśmy już umówione spotkanie i transport w kierunku Wisłoujścia. Jeszcze w trakcie wakacji, podczas rejsu statkiem na trasie Hel-Gdańsk zauważyliśmy tłumy ludzi na wieży pośrodku Twierdzy Wisłoujście, a to oznaczało tylko jedno:  jest otwarta dla ruchu turystycznego! Całe lata na to czekaliśmy. Choć… ciii… byliśmy już nieoficajlnie na jej terenie  jakiś czas temu – jednak bez przewodnika i kiedy cały obiek był na wcześniejszym etapie prac renowacyjno-konserwatorskich.

Kto nie wie – to szybko dodam – że Twierdza Wisłoujście to najstarsza wciąż istniejąca rodzima latarnia morska, choć już od XVIII wieku nie pełni tej nawigacyjnej funkcji (wygaszona ostatecznie w 1758 roku). To unikalny zabytek sztuki fortyfikacyjnej – stulecia temu ujście Wisły znajdowało się właśnie bezpośrednio na północ od Twierdzy. W XV wieku wzniesiono w jej centrum wieżę – pełniącą funkcję latarni, która później miała różne zadaszenia – najczęściej zniszczone wskutek pożarów. Obecnie zabytek podlega Muzeum Historycznemu Miasta Gdańska i z tej placówki są przewodnicy, którzy naprawdę ciekawie opowiadają o jego losach i mają szeroką wiedzę historyczną. Zapewne żadne pytanie ze strony zwiedzających nie będzie dla nich zaskakujące.  Tak więc po przejechaniu urokliwego mostu zwodzonego wiodącego ku Twierdzy zaparkowaliśmy tuż pod zabytkiem i ruszyliśmy na zwiedzanie.

Chodzenie na terenie Twierdzy odbywa się wyłącznie w grupach zorganizowanych. Punktem kluczowym dla każdego turysty jest wspięcie się na obecnie niezadaszoną wieżę dawnej latarni morskiej. Na jej różnych kondygnacjach znajdują się ciekawe ekspozycje – fotografie, ryciny i plany przedstawiające losy tego obiektu na przestrzeni wieków. Można również obejrzeć unikalne zdjęcia wieży z okresu zniszczeń po II wojnie światowej. Zabytek z każdym rokiem całkowicie podupadał. W pobliżu uruchomiono bazę przeładunkową substancji chemicznych , które niszczyły fortecę. Na szczęście nie doszło do całkowitego upadku Twierdzy. W porę została wciągnięta jako obiekt klasy „0” na światową listę dziedzictwa kulturowego UNESCO. Oprócz wieży zwiedza się również lochy. Kilka poniższych zdjęć powstało właśnie w kazamatach, a kilka pokazuje widok z górnej platformny widokowej na czterobastionowy Fort carre. Cała Twierdza otoczona jest tzw. Szańcem Wschodnim (analogiczny – niezachowany – Szaniec Zachodni znajdował się na drugim brzegu Wisły; w okresie napoleońskim został znacznie rozbudowany i otrzymał nazwę Fort Montebello).  Prezentowane dwa plany przedstawiają Twierdzę  w XVII wieku. Kiedyś Wisłoujście było zamieszkałą dzielnicą Gdańska. Dziś w pobliżu nie ma już osad mieszkalnych. W bliskich zabudowaniach mieszczą się jedynie siedziby klubów żeglarskich. Po przejechaniu w drodze powrotnej mostu zwodzonego można skrócić sobie drogę do centrum odbywając krótki rejs promem samochodowym  Wisłoujście  (Uwaga! pływa tylko w dni robocze pon-pt a w soboty jedynie w sezonie letnim, rozkład i ceny biletów tutaj ), który przeprawia do dzielnicy Nowy Port. A tam już niedaleko do kolejnej latarni. Ale o niej już pisałam przy okazji lipcowego pobytu w Gdańsku, kiedy umówiliśmy się na tradycyjną kawę pod latarnią  z jej właścicielem Jackiem Michalakiem.

[16.08.2010]

When You’re Strange

Posted by kotmonika under Blog

Miałam w pierwszej kolejności po powrocie z cudownego trzydniowego pobytu w Trójmieście wrzucić moje wrażenia, zdjęcia i latarniane historie, ale… No właśnie. Pierwszą sobotę po przyjeździe zdominował dzisiejszy seans filmowy w kinie. W piątek w radiowej Trójce usłyszałam o jego premierze i wiedziałam, że jak najszybciej muszę go obejrzeć. Choć to obraz dokumentalny i nie trafił do masowej dystrybucji warto go zobaczyć, a wszystkim miłośnikom tego zespołu w ogóle nie trzeba go polecać, bo pójdą na pewno. Mam na myśli The Doors – Historia nieopowiedziana ( w oryginale When You’re Strange – a film about The Doors) w reżyserii Toma DiCillo. Kultowy, ale fabularyzowany The Doors Oliviera Stone’a powstał 20 lat temu, za rok jest okrągła rocznica śmierci Jima Morrisona, wszystko zatem zmierzało ku temu, że jakiś film się pojawi. Nie żałuję, że TEN i że TAKI. Narratorem obrazu jest Johnny Depp – prywatnie wielki miłośnik Doorsów. Film zawiera mnóstwo wcześniej nie publikowanych zdjęć, dokumentów i jest świetnie skomponowany. Otwiera go scena z filmu z udziałem Morrisona HWY (każdy fan zapewnie to widział) i kadry z tego filmu przewijają się cały czas. Jest to bardziej portret Jima niż zespołu i opowiada o jego fenomenie, o tym jak się stał postacią kultową i jak z nieśmiałego chłopaka przeobraził w gwiazdę rocka i symbol seksu. Mamy skrótowo pokazny proces powstawania wszystkich nagrań albumów studyjnych i sporo fragmentów koncertów. Wrażenie robi też to, że film oglądamy w wielkich multipleksach w super systemie nagłośnień dźwięku przez co ta muzyka wypełnia widza od początku do końca. Na filmowym portalu filmweb Agnieszka Jakimiak tak pisze m.in. o tym dokumencie :

Najnowszy film o  The Doors (w oryginale jego tytuł brzmi When you’re strange”, co naprowadza na linię przewodnią – Jim Morrison jako outsider, obcy, niedopasowany) realizuje dość tradycyjny model dokumentu. Niewiele tu z eksperymentu formalnego czy narracyjnego, DiCillo konsekwentnie i linearnie rekonstruuje historię legendarnego zespołu. Poświęca szczególną uwagę tym elementom, które doprowadziły do narodzin kultu – przygląda się skandalom, które, jak się okazuje, zapisały się najsilniej w pamięci świadków, niezbyt wyraźnie natomiast na jakichkolwiek materiałach (nie istnieje żadne zdjęcie, dowodzące, że Morrison pokazywał w trakcie koncertów swoje przyrodzenie). Spokojny, głęboki głos Johnnego Deppa opowiada o losach grupy, zrekonstruowanych na podstawie wszelkich dostępnych źródeł, przeplatanych piosenkami zespołu (oczywiście pojawiającymi się według chronologii powstawania), zdjęciami z trasy, wycinkami z koncertów i fragmentami filmu Morrisona (można je zobaczyć po raz pierwszy).

Zamiast wizualnych fajerwerków i chęci podbicia gustów publiczności, otrzymujemy zatem niezwykle rzetelny dokument. Zamiast zachwytu nad fenomenem, mamy do czynienia z analizą pewnego zjawiska, które w pewnym czasie i w pewnym miejscu stało się kultowe. I właśnie to podejście okazuje się nowatorskie wobec zalewu fabularyzowanych biografii i barwnych historii tworzonych „w oparciu o”. DiCillo zdecydował się na zabieg ryzykowny, bo stworzył film pozornie nieatrakcyjny – i w swojej nieatrakcyjności magnetycznie hipnotyzujący.

Najbardziej zgadzam się z końcowym wnioskiem o hipnotyzującym i magnetyzującym obrazie. Można by jak zawsze mieć zarzuty, że powstał kolejny obraz o micie Morrisona,  a nie zespole choć tytuł na to wskazuje. Można by się dopatrywać innych usterek tej opowieści, ale jest idealnym dopełnieniem wybitnego obrazu Stone’a sprzed lat i więcej dopowiada w niektórych kwestiach oraz tworzy własną opowieść. Zaletą z pewnością jest to, że nie jest  kontynuacją Stone’owskiej wizji. Jak dla mnie (a jestem od lat fanką muzyki zespołu, a nie wyłącznie postaci Jima) seans wart każdych pieniędzy! Na pewno zakupię płytę dvd jak tylko się ukaże.

[14.08.2010]

Nie ma konkretnego powodu, z powodu którego ważnym elementem tego dnia było Niechorze. Ot tak, jakoś mnie naszło. Na pewno po części dlatego, że stoi tam piękna latarnia morska, którą w tym roku po raz pierwszy odwiedzę. Aż trudno uwierzyć, ale jak dotąd ogladałam ją tylko z zewnątrz i to dość z daleka, nie było mi jakoś w podróżach po drodze. Może nawet i lepiej, że są takie miejsca z latarniami, na których eksplorację wciąż muszę czekać. Jest ich jednak coraz mniej i wkrótce nie będzie już takiej wieży z istniejących współcześnie, której bym nie odwiedziła osobiście.

Niechorze – urocza wieś licząca ok. 1000 stałych mieszkańców,  latem przeobraża się w barwny tłum letników. Jak każda atrakcyjna miejscowość na wybrzeżu także i ta ma swój magnes którym wabi turystów. W tym przypadku jest to zbudowana pod koniec XIX wieku latarnia morska. Po czterech latach prac budowlanych uruchomiono ją zimą, a dokładnie  1 grudnia 1866 roku. Podczas II wojny światowej była w 1945 roku ostrzelana. Mimo wcześniejszego zaminowania budowla na szczęście nie została wysadzona. Stała nieczynna do 1948 roku. Pierwszym latarnikiem, który przybył tam do pracy był Alfons Śmigielski z Gdyni (już w 1947 r.). Podróż w powojennej Polsce, pośród zniszczeń i bez działającej sprawnie komunikacji trwała bardzo długo… Źródła mówią nawet o czasie przekraczającym 2,5 miesiąca. Na szczęście już latem (czerwiec 1948) światło na laternie rozbrysło. I pali się tak do dziś, choć wieża wraz z zabudowaniami wygląda już trochę inaczej tzn. jest po gruntownym remoncie (rok 2000), podczas którego przywrocono wieży pierwotny kolor. W roku 2009 (czemu poświęciłam osobny wpis) kompleks zyskał nowe oświetlenie , dzięki któremu po zmierzchu wieża jest spowita iluminacją kolorowych świateł. Temu wydarzeniu towarzyszyła specjalna konferencja Bliza- New Light. Efekt można cały czas ogladać w Niechorzu – bowiem system świateł jest przeznaczony właśnie do oświetlania obiektów zabytkowych.

Jak każde letnisko tak i Niechorze z roku na rok się zmienia. Nie ma już klimatu dawnej rybackiej wsi – takiej, która była rozciągnięta wzdłuż wysokiego klifu w okresie budowy latarni i tuż potem. Dawne Niechorze zachowało się na archiwalnych zdjęciach i staych kartach pocztowych. Zagłębmy się na chwilę w odmętach historii… Poniżej kilka ujęć z początku XX wieku.

[09.08.2010]

Miasto z morza i marzeń

Posted by kotmonika under Blog

GDYNIA. Dla miłośnika tego miasta TA publikacja to jazda obowiązkowa wśród lektur. Książka-album Gdynia. Miasto z morza i marzeń Sławomira Kitowskiego to niezastąpione kompendium wiedzy o wiosce, która przebyła drogę przemian by stać się morską stolicą Polski. Publikacja liczy  prawie 400 stron, a jej ogromnym atutem jest ponad 1300 starannie dobranych, archiwalnych i unikalnych zdjęć z lat 1900-1939. Zawiera wspomnienia, cytaty z prasy i literatury. Minusem jest wysoka cena – grubo ponad 100 zł, ale za twardą oprawę, specjalny papier i zawartość można ten fakt jakoś przełknąć.

Dla mnie Gdynia, ta współczesna, ma w sobie zawsze ducha przeszłości. Spacerując szerokimi arteriami ulic myślę o Gdyni z okresu małej wioski, o kilku chatach rybackich, piaszczystych „ulicach” i nielicznych podróżnych którzy zatrzymywali się tam, bo już wtedy czuć było potencjał tego uroczego miejsca.  Cudownie pisze o dawnej Gdyni Franciszek Fenikowski w Oddech wieków.Sagi srebrzystej Gdyni, Mirosława Walicka Gdynia pejzaż sprzed wojny i Edward Obertyński Gawędy o dawnej Gdyni. Te cztery pozycje to cudowny przeskok do Gdyni z czasów, które już nie powrócą, ale które warto zachować dla przyszłych pokoleń. Magiczny wehikuł czasu, do podróży którym zachęcam wszystkich zakochanych w tym mieście.

[08.08.2010]

Pada, pada…

Posted by kotmonika under Blog, Latarnie morskie

I przyszedł tak wyczekiwany weekend i jak zwykle pogoda totalnie się zepsuła. Od wczorajszego wieczoru pada, chwilami leje, potem znowu pada i tak na okrągło. Media podają już o zalanych wsiach i miasteczkach na południu Polski. Niewiele trzeba, aby dochodziło do kolejnych tragedii. Mnie przypomina się od razu ulewny deszcz w lipcu w Kuźnicy na Półwyspie Helskim. Tam również opady wystąpiły w obydwa weekendy  naszych wakacji. Wtedy na darmo można szukać wolnego stolika w tawernach, maszopach czy kawiarniach. Tego doświadczyliśmy także osobiście. Nagle wszyscy chcą jeść, pić, kupować czy zwiedzać muzea i inne obiekty w pomieszczeniach chroniących przed deszczem. Jedynie ruch turystyczny w helskiej latarni czy fokarium nie był zależny od pogody. Tam zawsze stał ogonek chętnych do zwiedzania. Nie straszna była nawet obowiązkowa – w przypadku latarni – przerwa w środku dnia na obiad dla latarnika. Ludzie chcieli wejść na wieżę i zobaczyć niezwykły widok na  zatokę, otwarte morze i wijący się w nieskończoność półwysep. Kiedy widoczność jest doskonała widać pięknie Trójmiasto  (podobnie jak z wieży latarni w gdańskim Nowym Porcie można rozróżnić sylwetkę lądu mierzei helskiej). Ale nie co dzień jest taka klarowność powietrza. Przy deszczowej pogodzie panorama z laterny będzie najmniej efektowna. Trochę śmieszy mnie nowy zwyczaj, że turyści przybywają pod latarnię nie pieszo (w końcu od dworca PKP jest to cudowny spacer przez zabytkową ulicę Wiejską i zalesiony teren na wprost wieży) ale meleksem.  Kierowcy oferują nawet taki maksymalny plan zwiedzania Helu – jeżdźą do najatrakcyjniejszych miejsc miasteczka, ale przykre kiedy turystom wystarcza już sam widok z pojazdu i nie chcą nawet z niego wyjść. Kiedyś opowiedzą, że wszystko widzieli, wszędzie byli. Ale, że był to kilkusekundowy rzut oka na atrakcję Helu to już inna sprawa. Cóż każdy odpoczywa i zwiedza jak chce. Mnie chyba nigdy nie przyjdzie się pogodzić z takim stylem obejrzenia wszystkiego w 5 minut. Ani to przyjemne, ani nie odczuje się charakteru danego miejsca czy obiektu. Jednak trudno zmuszać kogoś do czegoś wbrew jego woli. Odpoczywamy jak chcemy, byle było to zgodne z naszym zapotrzebowaniem na wypełnienia wolnego czasu. Mnie prędkość w turystyce zupełnie nie pociąga. Lubię chwilę zadumy, zatrzymania, poczucia zapachu czy smaku. Już dziś nastawiam i nastrajam się  na nowe bodźce i atrakcje, bo wyjazd do Trójmiasta i Ustki już tuż, tuż…

[07.08.2010]


100-letni przewodnik

Posted by kotmonika under Blog, Latarnie morskie

W tym roku przypada 100 rocznica wydania genialnego na swoje czasy przewodnika zachwalającego piękno Kaszub i rodzimego wybrzeża – Na Kaszubskim Brzegu Bernarda Chrzanowskiego – wydanego w roku 1910 w Poznaniu nakładem autora. Publikacja wciąż cieszy się ogromną popularnością i jeśli tylko pojawia się na portalach aukcyjnych natychmiast jest mnóstwo chętnych do jej nabycia. Książeczka liczy sobie 112 stron i kilka zdjęć oraz mapę regionu, który autor przemierzył osobiście – przez co cały tekst jest tak wiarygodny i dobrze się go czyta. 14 maja br. w Gdyni Klub Krajoznawców „BLIZA” OM PTTK Gdynia zorganizował sesję z tej okazji, która obejmowała kilka wystąpień powiązanych z tą okrągłą rocznicą (Alicja Wrzosek – „B.Chrzanowski – Wielkopolanin”; Czesław Skonka – „Zasługi Chrzanowskiego dla Pomorza”; Roman Repeć – „Chrzanowski w legendach gdyńskich”; Alicja Wrzosek  – „Miejsca pamięci B.Chrzanowskiego w Gdyni”; Ryszard Wrzosek –  „60 lat PTTK”). W 2005 roku w Poznaniu ukazała się również ciekawa publikacja o B. Chrzanowskim autorstwa Grzegorza Łukomskiego pt. Bernard Chrzanowski (1861-1944) Biografia Polaka zachodniokresowego.

Chrzanowski spopularyzował naszym rodakom rejon Kaszub. Jego relacja z podróży jest tak przekonywująca i zachęcająca, że nie dziwię się iż ten przewodnik mógł zachęcić do masowego wyruszenia na wybrzeże. Mnie oczywiście zawsze interesowało czy pisarz wspomniał choćby krótko o istniejących wtedy latarniach morskich. W rozdziale o Oksywiu mamy wzmiankę o latarni stojącej na przylądku i bardzo stromym brzegu wzmocnionym kamiennym wałem. Opisuje trasę jak do niej dotrzeć zaliczając przy okazji najpiękniejszy cmentarz w Polsce i najstarszy kościół na kaszubskim brzegu (oksywski). Chrzanowskiego zachwyciło Rozewie i jego okolica. Pisze o dwóch latarniach i spacerze do wąwozu w Chłapowie oraz płaskowyżu, z którego spoglądał na „jastrzębią górę” (66 m). Poruszył go widok na oddaloną Wielką Wieś (obecnie Władysławowo) i  wąziutki Półwysep Helski. Rozewie nie było wtedy tak zarośnięte i widoki na polach i pastwiskach, na których kiedyś wypasano owce, rozpościerały się otwarcie eksponując odległe wsie. Intryguje opis samotnej chaty (pewnie nie istniejącej, choć trzeba by to sprawdzić w terenie) z widokiem na obie latarnie. Mijał ją idąc od Lisiego Jaru.

[…] Dochodzimy do szerokiego ujścia jaru nazywanego przez rybaków tupadelskich jarem lisim. Wchodzimy weń, a w nim w odnogę lewą i pniemy się ścieżeczką w górę. Wychodzimy na równe pole na wyżynie. Oglądamy się, widok na dalekie morze. Idziemy przze pole ścieżeczką koło pobliskiej samotnej chaty – jednej z najpiękniej w Polsce położonych – wprost na obydwie latarnie ryzewskiego przylądku. (str. 74)

Stara kartka pocztowa doskonale oddaje jak różne od współczesnego pejzażu przylądka było przedwojenne Rozewie. Rozlegle pola, szeroki widok na morze, a dziś? Schodząc stromymi schodami za latarnią ku plaży, właściwie między gałęziami drzew porastającymi klif, ledwie co widać morze. Bardziej je słychać jeśli jest wietrznie, ale widok na fale mamy dopiero na samej plaży. W czasie tegorocznych wakacji posiedzieliśmy tam dłuższą chwilę. Brzeg wciąż jest wzmocniony (dziś już betoniową opaską), ale bez niego dawno by pewnie klif już podmyło i kto wie jaki byłby los latarni, która jest przecież tak bliziutko morza. Aktualne zdjęcia umocnień oraz ścieżkę ku plaży prezentowałam na fotografiach we wpisie z 19 lipca br.  O podobnie odsłoniętym , nieporośniętym brzegu wspomina Chrzanowski opisując Orłowo. Kiedy tam spacerował widok rozpozcierał się na bardzo odlegle tereny. Tego z pewnością mu po 100 latach zazdroszczę. Chciałabym zobaczyć wybrzeże nie porośnięte i tak pięknie ukazujące morze.

Bardzo zachęcam do sięgania po przewodnik Chrzanowskiego – ten tekst uratował dla współczesnego pokolenia od zapomnienia dawne Kaszuby. Niby to wszystko o czym pisał wciąż mamy, ale jakże już inne, jak czasami nierozpoznawalne. Warto przeczytać jak było kiedyś, warto puścić wodzę fantazji. I nawet bazując na informacjach sprzed 100 lat udać się  polecanymi trasami . Dlatego że warto, bo oddech minionych lat czuć w każdym zakątku tego urokliwego regionu. A jeśli szczęście będzie sprzyjać udaje się czasami poczuć klimat wybrzeża, które przemierzał pieszo czy też pojazdem ciągnionym przez konie, autor publikacji.

Poniżej: pomnik na Rozewiu, widok na cypel helski z laterny czynnej latarni i chwila odpoczynku na rozewskiej plaży.

[06.08.2010]

Lato szybko i płynnie  z lipca wkroczyło w kolejny wakacyjny miesiąc – sierpień. Niestety wieczorami i rankami widać już nieśmiałe, pierwsze objawy nieubłaganie nadciągającej jesieni. Jest nie tylko szybciej ciemno, ale i powietrze wieczorem staje się gwałtownie chłodne, a samochody pokrywa wilgoć. Ech… Już tęsknię do majowych i czerwcowych wieczorów! Na szczęście okres wzmożonego podróżowania wciąż trwa, a to oznacza dla mnie wyjazd do Trójmiasta i Ustki już za kilka dni. Będą kolejne latarniane przeżycia i mam nadzieję, że relacje oraz zdjęcia.

Sierpień przynósł mi też jakieś wewnętrzne spowolnienie. Objawiło się to również brakiem regularnych wpisów na blogu, bo nie tyle pomysłów brak, co zdania nie chcą się jakoś gładko formować i skupienie nie takie jak zawsze. Myślami wciąż żyję jeszcze urlopem na Mierzei Helskiej i wydarzeniami latarnianymi, które zawsze najmocniej zapadają mi w pamięć. A kiedy myślę o latarniach, to zaraz na myśl przychodzą obiekty, które chciałoby się zwiedzić i zobaczyć od środka, ale nie są ogólnie dostępne. Tak dzieje się zawsze jak tylko odwiedzam Rozewie, gdzie obok najsłynniejszej polskiej latarni stoi też wciąż ta druga, już dawno wyłączona, ale przecież jako budynek istniejąca. Ilekroć patrzę na jej wieżę i laternę wyobraźnia podsuwa obrazy: jak też mogłoby być w jej wnętrzu, co się zachowało, w jakim jest stanie, czy obecnie ktoś przemierza te schody ku laternie, gdzie jest aparat kiedyś ją zasilający, jaki rozpościerał się z góry widok kiedy była czynna i nawiedzali ją nieliczni wtedy na Przylądku turyści itp. itd. Mogłabym tak bez końca. Ale marzenia tego typu są jednocześnie siłą napędową i raźniej z nimi przechodzić przez kolejne jesienie i zimy, bo wciąż w sercu tli się nadzieja, że kiedyś tam będę i wszystko uwiecznię na zdjęciach. Póki co, po raz kolejny popatrzę na „tajemniczą” i niepoznaną wieżę z zewnątrz. Na Rozewiu jest przecież tak pięknie, bez względu na porę roku. Zimowe ujęcie dzięki uprzejmości Romana Kużela.Dziękuję!

[05.08.2010]

Subscribe to LATARNICA