LATARNICA

Latarnie morskie, koty, słowo drukowane i coś więcej…

Archive for Wrzesień, 2010

[…] Czasami ma się ochotę opowiedzieć innym swoje wspomnienia, oni słuchają twojej opowieści i może nawet rozumieją wszystkie jej subtelności, ale to wspomnienie pozostaje twoje i tylko twoje, nie staje się cudzym wspomnieniem tylko dlatego, że opowiedziałeś je innym, wspomnienia się opowiada, lecz się ich nie przekazuje. [Antonio TabucchiCzas szybko się starzeje]

Nie możesz zmienić przeszłości, ale przeszłość zawsze powraca, żeby zmienić Ciebie. Zarówno twoją teraźniejszość jak i przyszłość. [Jonathan CarrollBiałe jabłka]

Niektóre wspomnienia odciskają się w w nas tak mocno, że stają się bardziej doniosłe dopiero długi czas później. Takie chwile jątrzą przeszłość, a przez to są zawsze obecne w naszych wciąż bijących sercach. Niektórych wydarzeń się nie wspomina, lecz przeżywa je od nowa. [R. Scott Bakker]

Przeszłość to nic innego jak początek początku i wszystko, co jest i było, stanowi tylko brzask światła. [Herbert George Wells]

Serce obawia się cierpień […] Powiedz mu, że strach przed cierpieniem jest straszniejszy niż samo cierpienie. I że żadne serce nie cierpiało nigdy, gdy sięgało po swoje marzenia… [Paulo Coelho ]

[29.09.2010]

O geniuszu…

Posted by kotmonika under Blog

Geniusz przypomina […] w swym działaniu latarnię morską, która posyła jeden promień, po czym na czas jakiś gaśnie, tyle że geniusz objawia się bardziej kapryśnie i może raz po raz zabłysnąć sześcioma czy siedmioma promieniami […], a potem zapaść w ciemność na cały rok bądź na zawsze. Kierować się zatem jego promieniami jest niemożebne, a kiedy najdzie ich mrok, ludzie obdarzeni geniuszem w niczym nie różnią się od innych. [Virginia Woolf, Orlando]

[28.09.2010]

Pomóżmy bullterrierom!

Posted by kotmonika under Blog

Dziś – zamiast osobistego wpisu – chciałabym  zaapelować i zachęcić do działań na rzecz psiaków tej cudownej rasy. W sieci znalazłam wspaniałą inicjatywę, jaką jest Fundacja S.O.S. Bullterrier. Dzięki ludziom, związanym z tą inicjatywą – możemy pomóc psom porzuconym, chorym, niechcianym… Formą pomocy może być nie tylko prawdziwa formalna  adopcja – co jest najlepszym rozwiązaniem dla psiaka – ale i dla osób nie mogących mieć w domu psa – adopcja wirtualna, która da również dużo satysfakcji, bo jej celem jest pomoc dla konkretnego zwierzaka. Takie adopcje są coraz popularniejsze. Na jednej ze stron z kotami widziałam, że naprawdę sporo osób wzięło je pod opiekę nie biorąc do swoich domów, ale zapewniając fundusze na polepszenie ich bytu. To już naprawdę wiele, bo duża część schronisk nie ma stałych pieniędzy na utrzymanie dużej ilości zwierząt, a ich liczebność w przytułkach wciąż niestety wzrasta.

Wracając do fundacji S.O.S. Bullterier tak piszą o swoich celach i zadaniach:

Naszym celem jest jak najszybsze reagowanie na buliki w potrzebie. Jesteśmy dosłownie w całej Polsce- działamy więc szybko i z sukcesami. Wspólnymi siłami staramy się zapobiegać pobytom bull terrierów w schroniskach, przytuliskach, jesteśmy wyczuleni na alarmy o złym traktowaniu zwierząt, na sygnały o skandalicznych warunkach urągających godności psa oraz na psich więźniów pseudo hodowli i ich produkcje. Oferujemy pomoc ludziom, którzy szukają psa tej rasy do adopcji i takim, którzy muszą swoją pociechę oddać i szukają jej dobrego domu. Posiadamy wysokiej jakości zaplecze hotelowe i szkoleniowe. Wspaniali ludzie o wielkim sercu oferują naszym psom domy tymczasowe otwierając swoje drzwi przed psim nieszczęściem- tam w cieple i miłości czekają na swój nowy dom.

Dzięki ludziom dobrego serca, z nadzorem i wsparciem finansowym fundacji, zajmujemy się całym procesem adopcyjnym. Od „wypatrzenia” bulika w potrzebie, reakcji na psią krzywdę, wizyt w schroniskach, umieszczenia psa w bezpiecznym miejscu, ocenę stanu zdrowia i konieczne leczenie; poprzez ocenę jego charakteru, potrzebne szkolenia i korekcję zachowań, stałą opiekę nad zwierzęciem w hotelu bądź też w domu tymczasowym, ogłaszanie psów szukających domu, weryfikację osób chętnych na adopcję psa, wizyty przedadopcyjne u zdecydowanych na przygarnięcie bulika, transport czworonogów; aż do wizyty poadopcyjnej i zwyczajnego trzymania kciuków i kibicowania kiedy znajdują swoje wymarzone cztery kąty i człowieka do kochania. Służymy też radą i wsparciem „świeżakom” w temacie oraz każdemu, kto potrzebuje pomocy z nowo adoptowanym/nabytym przyjacielem. Naszą nagrodą jest odmiana psiego losu i szeroki bullkowy uśmiech w nowym domu.

Mnie wypada tutaj tylko podpisać się pod tymi ideami i działaniami całym sercem. Wspaniała inicjatywa, a psy tej rasy są cudowne i rodzinne oraz doskonale przywiązują się do zwierząt innych ras i gatunków.

Poniższe zdjęcia pochodzą ze strony fundacji.

[26.09.2010]

Podwójnie uroczysty dzień

Posted by kotmonika under Blog

Z dzisiejszym dniem, w którym w tym roku przeplatają się u mnie skrajne emocje radości i smutku, skojarzyła mi się piosenka Jacka Kaczmarskiego Dwie Skały :
Po sztormach, burzach, nawałnicach, szkwałach
Na dwóch bliźniaczych zamieszkałem skałach.
Trzymam się obu w ciszy i zawiei –
Skały rozpaczy i skały nadziei.
Obie prastare i obie rzeźbione
Siłą żywiołów nieświadomych znaczeń;
Skałą rozpaczy – nadzieje stracone,
Skałą nadziei – przetrwane rozpacze. […]

Nie jest łatwo iść mężnie przez dzień, w którym z jednej strony raduje się serce przepełniane radością, miłością i ogromną przyjemnością obdarowywania, a z drugiej zapada w czarną czeluść smutku i tęsknoty. Pozytywne  emocje dają siłę, uśmiech, jasne spojrzenie w każdą następną godzinę. Niestety przerywa je raz na jakiś czas ponura myśl o tym jakże inny był ten 22 dzień września jeszcze rok temu. Choć dziś zupełnie nie potrafię z odmętów pamięci przywołać choćby skrawka wspomnień o tym jaki był… Jedno jest pewne – już nigdy nie będzie taki jak był rok temu, dwa lata czy jeszcze wcześniej. Bo kiedy ktoś odchodzi z tego ziemskiego wędrowania zmienia się automatycznie cała przyszłość. Więc dziś jest mi niestety i smutnie, i radośnie. I zmienia się to jak w kalejdoskopie.

22 września – imieniny Tomasza. Tomasz – imię pochodzenia aramejskiego, oznacza >bliźniak<. Związki ze znakiem Bliźniąt przejawiają się w ten sposób, że Tomaszowie są zwykle bardziej od innych ciekawi świata, chętnie i stale się uczą, a także wiążą swój zawód lub zainteresowania z takimi miejscami, gdzie spotykają się ludzie, idee i wpływy z różnych krajów, gdzie mówi się różnymi językami i trzeba stale nadążać za zmieniającą się rzeczywistością. Pewną wadą Tomaszów jest to, że osoby, które związały z nimi swój los, muszą także towarzyszyć im w ich wątpliwościach, wahaniach i podejmowaniu decyzji – co ludzie o tym imieniu lubią czynić w sposób przesadny i teatralny.

Liczba imienia Tomasz równa jest osiem. Oznacza to, że przy wszystkich swoich zdolnościach Tomaszowie są ludźmi praktycznymi, chętnie angażują się we wszelkie materialne przedsięwzięcia, lubią zarabiać pieniądze i mają żyłkę do interesów. A ponadto są ruchliwi i prowadzą życie aktywne; nie boją się ryzyka, lubią wystawiać swój los na wielkie próby. Uda się czy nie uda, wygram albo stracę – rasowy Tomasz lubi takie emocje, a gra o wysokie stawki dodaje mu sił. Jak wszystkie numerologiczne ósemki, Tomasz nie ceni sobie życia zbyt łatwego, wygodnego czy bezpiecznego. Według niego prawdziwy sukces jest tam, gdzie trzeba się zdrowo namęczyć. Często świadomie wybiera sobie w życiu drogę „pod górkę”. Zgodnie z właściwościami liczby osiem nie poddaje się także losowi, nie rezygnuje ze swoich celów nawet w obliczu upadku. Potrafi stanąć od nowa na nogi po każdej stracie.

Tak mówi tłumaczenie imion i numerologia. A życie dodaje swoje trzy grosze. W powyższej charakterystyce sporo jest trafnych spostrzeżeń. Ale poza tymi uogólnieniami ja mam swojego Tomasza – w którym widzę samodzielny i nierozerwalny wszeschświat. Mój Tomasz to osoba wrażliwa, wspaniałomyślna, kreatywna, potrafiąca rozbroić i zauroczyć stwierdzeniem, gestem, tonacją głosu… Bywa ciepły i kojący jak plusz, daje bezpieczeństwo jak rzucone w samą porę koło ratunkowe.  Tomku – w Dniu Twoich Imienin chciałabym, aby naprostowały się wszystkie ścieżki, które czasami za długo wiodą do celu, ale nigdy nie powinny zniechęcać do podążaania za marzeniami i tym co daje szczęście. Bądź sobą, nie poddawaj się światu, który bywa coraz bardziej brutalny – bo przy wędrówce we dwoje nic nie może złamać i zepchnąć z wytyczonego toru.

Dzisiaj przypadłyby również 63 urodziny mojej Mamy. Ale nie doczekała tej chwili. Dotrwała tylko do wiosny i jej pierwszych nieśmiałych symptomów po długiej i ostrej zimie. Ponieważ  szczerze wierzę Mamo, że jest teraz Tobie o niebo lepiej od tego przez co  przechodziłaś w ostatnie tygodnie życia, chcę dziś tylko powiedzieć, że związek matki i córki może przetrwać ponad  czasem i przestrzenią i ja tutaj świętuje dziś Twoje wieczne oderwanie się od trosk jakimi obdarowuje nas los. Widzę Twój uśmiech, taki kiedy odbierałaś ode mnie co roku urodzinowe kwiaty , bo bez nich nie byłoby świętowania tego dnia. I  taką chcę Ciebie  zapamiętać.

[22.09.2010]

18 grudnia 2009 roku do światowej dystrybucji trafiła komedia Daniela Adamsa pt. Lightkeepers. W filmie w rolach głównych wystąpili Richard Dreyfuss i Blythe Danner. Rozbudowaną, ładną graficznie  stronę internetową tej produkcji (włącznie z trailerem) można obejrzeć tutaj. Niestety jeden z największych rodzimych portali filmowych filmweb nie posiada na temat tego obrazu żadnych danych. Film nie trafił na polskie ekrany. Czyżby dystrybutorzy obawiali się, że jest zbyt niszowy i dla wąskiego grona odbiorców ze względu na tematykę? Trudno ostatecznie osądzić, ale jeśli chcielibyśmy go zobaczyć możemy jedynie szukać płyt dvd. Lecz nie liczyłabym na to, że trafi się nam egzemplarz z polskimi napisami. Pozostaje zatem tylko wersja oryginalna. W filmie znaczącą rolę odgrywa latarnia morska. Jego twórcy kręcili sceny na Cape Cod (półwysep w kształcie ramienia w Massachusetts w Nowej Anglii), wykorzystując istniejący tam obiekt, jakim jest Race Point Lighthouse z 1876 roku. Ta zabytkowa już, urokiwa latarnia, stała się tłem dla romantycznej historii filmowej. Nie miałam okazji zobaczyć filmu, więc nie bedę go w żaden sposób oceniać. Dla mnie jedynym kryterium wyrobienia sobie opinii  jest, póki co, fakt, że przedstawiona historia ociera się o tematy latarniane, a to przyciąga mnie od razu jak światło ćmę. Pozostaje mi gruntowne przeglądnięcie oficjalnej strony filmu i nadzieja, że trafi się jakaś okazja, aby go zobaczyć.

[21.09.2010]

W latach 80. XX wieku, a konkretnie w 1984 roku, bywał na kultowej Liście Przebojów Trójki Marka Niedźwiedzckiego polski zespół Klincz. Pewnie niewiele osób go dziś jeszcze pamięta. Grupa miała kilka wielkich hitów, wsród tych bardziej znanych znalazł się nietypowy, bo instrumentalny utwór pt. „Latarnik”. Dziś można go sobie przypomnieć i obejrzećna serwisie youtube.com( tutaj). Piosenka nastrojowa, ponadczasowa, jak dla mnie dobrze brzmi nawet po tylu latach. Nigdy nie doczekała się teledysku, ale jeden z użytkowników zrobił specjalnie do niej teledysk, w którym wykorzystał piękne filmowe sceny ukazujące latarnię Portland Head Light. Zapraszam do obejrzenia i posłuchania, a poniżej kilka zdjęć tej strażniczki morza. Fotografie pochodzą z kilku stron z internetu.

[20.09.2010]

„Ogórkowa” sobota

Posted by kotmonika under Blog

I znowu szybciutko minął weekend. Niedzielny wieczór to już jakby start w nowy tydzień pracy – trzeba nastawić budzik i być mentalnie gotowym na wczesne wstanie, kiedy na zewnątrz jeszcze brrrr… zimno. Pogoda była w kratkę – w słońcu gorąco, bez niego czuć już przeszywający, jesienny chłód. To był ostatni weekend lata. Jaka szkoda…

Ale ja dziś powrócę do dnia wczorajszego – pięknie słonecznej soboty z zimnym, niemal morskim wiatrem przewracającym potykacze reklamowe przez sklepami i wystawione pod kawiarenkami menu. W Poznaniu był to dzień akcji „Na tropie poznańskich autobusów” – imprezy z okazji Europejskiego Dnia bez Samochodu w ramach kampanii Europejskiego Tygodnia Zrównoważonego Transportu. Już od godziny 10.00 dorośli i dzieci mogli poszukiwać rozlokowane po całym mieście autobusy Miejskiego Przedsiębiorstwa Komunikacyjnego (10 pojazdów z taboru historycznego i współczesnego). Były konkursy i zadania, zabawy plastyczne, a przede wszystkim możliwość obejrzenia taboru zabytkowego  – do którego zaliczają się już moje ulubione Jelcze  na czeskiej licencji, produkowane od lat 50. do 1985 roku (pamiętam je jeszcze z dzieciństwa). Te autobusy są popularnie nazywane „ogórkami” i w okresie swej świetności na drogach wypuszczane były na poznańskie ulice w wersji z przyczepką. Och jak lubiłam właśnie w niej podróżować!  I ta miniona już sobota umożliwiła mi spotkanie po latach oko w oko z takim reliketm przeszłości. Ogórek zaparkowany na Starym Rynku przed poznańskim ratuszem (właśnie w wersji przedłużonej z przyczepką – bo bywały w użyciu przecież też wersje tzw. przegubowe) cieszył się ogromnym zainteresowaniem przechodniów. Można było do niego wejść, obejrzeć oryginalne wyposażenie i posiedzieć na chwilę na pokrytych skajem siedzeniach. To była niesamowita podróż w czasie. Słońce za oknem przypominało, że jeszcze jest lato i aż miało się ochotę ruszyć na wakacyjną wyprawę takim zabytkowym jelczem. Pamiętam te autobusy jedynie w kolorze czerwonym, choć na polskich drogach spotykało się je pomalowane na różnorodne barwy, ale  także dwukolorowe. Na Stary Rynek dotarłam tuż przed godziną 12 w południe, więc załapałam się również na pokaz poznańskich koziołków. Wciąż wzbudza on wśród oglądających wielkie emocje i obecnie odbywa się również zbiorowe odliczanie ich wzajemnych tryknięć. To był drugi już tego dnia powrót do odległych w czasie lat – sympatyczny i wydobywające z pokładów pamięci zdarzenia, kiedy patrzyło się na świat oczami przedszkolaka mającego przed sobą całe życie. Nie mam pojęcia, kiedy ten czas zleciał…

Poniżej na zdjęciach: „ogórkowy” tabor miejski i ratusz.

[19.09.2010]

Rewal, do roku 1945 niem. Rewahl, od dziesięcioleci był popularnym kąpieliskiem i letniskiem. Już na dawnych, przedwojennych kartach pocztowych, prezentuje się dobrze i wydaje idealnym miejscem na wypoczynek. Od  lipca 1896 roku przez Rewal poprowadzono zachodnią linię Gryfickiej  Kolei Wąskotorowej. W roku 1913 wieś uzyskała kolejowe połączenie z  Trzebiatowem. Sięgając daleko wstecz zachowały się źródła z pierwotną niemiecką nazwą  Revahl – odnotowane w 1628 roku. Poniżej dawny Rewal – ten, którego nieliczne pozostałości wyszukiwałam wzrokiem w dzisiejszym wizerunku nadbałtyckiego kąpieliska.

[18.09.2010]

Stare kartki pocztowe pochodzą z serwisów aukcyjnych.

Rewal jest nadmorską wsią, która w sezonie urasta do rangi miasteczka, ze względu na liczbę turystów do niego przybywających. Leży na trasie między Trzęsaczem i Niechorzem. Ma swoją stację kolei wąskotorowej – dlatego najszybszy i najwygodniejszy dojazd z innego kąpieliska (poza pieszą wycieczką plażą, klifem lub szosą) to właśnie kolejka retro. Budynek stacyjny w Rewalu bardzo przypomina ten w Niechorzu. Oba są w złym stanie i wymagają sporych nakładów finansowych. Ale architektonicznie są to całkiem urokliwe obiekty.

Ja do Rewala dotarłam plażą z Trzęsacza. To krótki odcinek spacerowy, a jednak wybrałam widok na otwarte morze, bo  jest najpiękniejszy. A wedrówka szosą, na której odbywa się spory ruch, nie należy do miłych doświaczeń. Rewal to kąpielisko pełne kontrastów. Wchodząc do miasteczka po stromych schodach z plaży (wybrzeże wciąż jest tam wysokie) od razu dostrzegłam pozostałości dawnego , jak i nabytki nowego Rewala. Zabudowania stare są urokliwe, bardziej lub mniej zadbane, ale ładne , zdobne, z detalami, o świetnym położeniu w stosunku do morza i plaży. Nowe zabudowania to albo prymitywne straganiki i pawilony (ostatnio na naszym wybrzeżu dominują niestety namioty), albo nowobagackie pensjonaty i hotele – niekoniecznie estetyczne, raczej przedobrzone i trącające kiczem. Nie pomogą nawet coraz popularniejsze baseny odkryte udostępnione turystom, które w naszym klimacie są mało praktyczne.

W samym centrum miejsowości mimo sezonu trwają niestety prace budowlano-remontowe. To przykry widok na wakacjach i takie przedsięwzięcia powinno się realizować jednak wiosną i jesienią. Ciekawym natomiast nadbrzeżnym odcinkiem Rewala jest promenada górą klifu, wiodąca w kierunku Niechorza, ciągnąca się aż do wylotu z miejscowości. Raz idzie ona bliżej, raz dalej plaży, ale po drodze mamy ładne zabudowania, a po lewej często  otwartą przestrzeń na morze. Idzie się wysoko nad poziomem wody, toteż widoki są znakomite. Przy brzegu usytuowane są kafejki i mała gastronomia, jest też całkiem nowy taras widokowy oraz odcinek umocniony barierką, aby na spokojnie pokomplementować widoki. Domyślam się, że wieczorem o zachodzie słońca, panuje tam prawdziwe oblężenie wczasowiczów.

Rewal liczy sobie ok. 1000 stałych mieszkańców. Do roku 1998 należał do województwa szczecińskiego. Posiada swoją malutką bazę rybacką, na plaży znajdują się nieliczne kutry opisane jako RWL.

Zdjęcie kutrów nr 1 – autor Ambiento / portal digart.pl; zdjęcie kutrów nr 2 – z fotogalerii Adama na picasaweb.google.com

Jak dla mnie jest to sympatyczne miejsce na jednodniową wycieczkę. Nie zachwycił mnie tak jak Niechorze, choć jeśli chodzi o bazę wczasową jest zdecydowanie bardziej rozbudowany niż Trzęsacz. Ale każdy szuka co innego na urlopie, więc lubiący tłum poczują się dobrze w Rewalu, a ci pragnący spokoju znajdą go w Trzęsaczu – oczywiście wszędzie poza głównym deptakiem, wiodącym do ruin kościółka. Osobiście widzę w  Rewalu  potencjał. Pod warunkiem , że podda się rewitalizacji stare budynki i zadba o wizerunek całościowy miasteczka.

[17.09.2010]

Więc chodź, pomaluj mój świat…

Posted by kotmonika under Blog

Dziś taka spontaniczna refleksja fotograficzna z komentarzem. Nasunęła się sam podczas popołudniowego spaceru na pocztę. Już od jakiegoś czasu ze zgorozą obserwuję w dzielnicy, w której mieszkam, kolorystyczne szaleństwo przy okazji odnawiania tj. ocieplana i tynkownaia bloków. Chwalebne jest to, że budynki z lat 50. i 60. podlegają tym przemianom, ale ktoś (najlepiej jedna osoba) powinna mieć pieczę nad tym jaki kolor przybiera nasze miasto. Bo to barwy na lata. Nie nma chwilę. Zapewne miejski plastyk nie pozwoliłby na takie palety w ramach jednego osiedla. Podejrzewam, że w ogóle skrzywiłby się, gdyby ujrzał je jeszcze w sferze projektowej. A jednak budynki są tynkowane i zestawy barw  i form zestawiane kontrastującymi kolorami, bywają kontrowersyjne.

Niestety podczas letnich podróży zauważyłam, że te przykra tendencja czy też „moda” przeniosła się również na inne miasta naszego kraju. Bardzo się cieszę, że znajdują się pieniądze na remonty, ale czy farby używane do tynków są jakoś sprzedawane na siłę  czy też w ekstra promocji firmom budowlanym np. kolory które totalnie nie sprzedają się na rynku? Czy ktoś w ogóle pyta mieszkańców (najczęściej domami zarządzają wspólnoty mieszkaniowe) czy np. chcą mieć żółto-różowy blok? Ja chętnie bym przed tynkowaniem omówiła kolor, niż dostała zawału już po zakończeniu prac – patrząc jak moje okna otacza kłujący w oczy żółty jak żółtko jajka tynk. I te kolorowe dodatki! Czy pion klatki schodowej, kuchni czy łazienek jest tak ważny, aby zaznaczyć go osobnym kolorem? Nie sądzę… Poniżej przykłady z najbliższej okolicy, w ramach dosłownie kilku ulic. Pomału blok po bloku ociepla się je i tynkuje. Efekt zakończonych prac rzuca się  w oczy. Szkoda tylko, że zamiast zachwycać się czuję niesmak i wstyd. Ciekawe przez kogo decyzję muszę się tak czuć? A może właśnie nie ma nikogo zajmującego się tą sferą remontów miejskich? Może te barwy to efekt gustów ekipy pracującej? Może spontaniczna decyzja, kiedy trzeba już rozpocząć nakładanie tynku? Nie znam odpowiedzi na te pytania, ale znam efekty. Z resztą popatrzcie i oceńcie sami.

[16.09.2010]

15 Południk i tajemnica rybackiej wsi

Posted by kotmonika under Blog

Dziś powrócę do sierpniowego pobytu na ziemi gryfickiej. Jak pisałam we wpisie o kolei wąskotorowej – skład turystyczny pociągu retro dojeżdża w sezonie docelowo do Trzęsacza. Trzęsacz – nadmorska wieś w gminie Rewal, liczy sobie ponad 100 stałych mieszkanców. To naprawdę mała społeczność, ale i wieś mająca status kąpieliska i nadmorskiego letniska – tetniąca życiem tylko latem. Jedynym obiektem, który przyciąga do niej turystów są ruiny gotyckiego kościoła z przełomu XIV i XV wieku. Linia klejowa łączyła Trzęsacz z Niechorzem już w roku  1896 . Ciekawostką jest, że w Trzęsaczu przechodzi południk 15 stopni długości geograficznej wschodniej, który wyznacza czas środkowoeuropejski. I władze lokalne wykorzystały ten fakt, aby reklamować miejsowość i napędzać w niej ruch turstyczny. I to w zasadzie wszystkie atrakcje tej miejscowości. Jest naprawdę niewielka (ale urokliwa, aby dość do serca Trzęsacza trzeba od stacji pociągu retro przejść całą wieś), a jej centrum stanowi deptak gastronomiczno-handlowy prowadzący ku ruinom. We wsi można również zobaczyć zespół pałacowo-parkowy pochodzący z XIX wieku. Obecnie jest to hotel. Drzewostan jest stary i zabytkowy – jest to największe w kraju skupisko starych grabów. Idąc od stacji ulicą Dworcową, przechodzimy w Pałacową i docieramy do Klifowej (deptak ku plaży i ruinom).

Na tym deptaku (zatłoczony jak popularny Monciak w Sopocie) znajduje się multimedialne  muzeum Na 15. połudnku. Warto tam zajrzeć, aby przybliżyć sobie historię okolicy i poznać losy kościoła, którego ruiny zachowały się do dziś. Muzeum umożliwia odbycie podróży w czasie i zobaczymy mi.in. walkę żywiołów na klifie, będziemy uczestnikami ostatniej mszy odprawionej w kościele w 1874 roku przerywanej przez błyskawice, poznamy legendę o córce króla Bałtyku – Zielenicy.  Muzeum jest czynne od 1 maja do 30 października w godz. 9.00-16.00. Latem (lipiec-sierpień) od 9.00 do 20.00. Bilet normalny kosztuje 7,00 zł, a ulgowy 5,00. Każdy zwiedzajacy otrzymuje certyfikat imienny pobytu na 15 Południku. Przy Muzeum jest też kawiarnia oraz sklep z pamiątkami, książkami, mapami i przewodnikami.

Mijając Muzem, a kierując się ku plaży, natrafimy na stojące (dziś już za opłotowaniem) ruiny kościoła. Pierwotnie budowla znajdowała się ok. 2 km od linii brzegowej. W roku 1868 świątynię dzielił od klifu już tylko 1 metr. Wyliczono, że tempo cofania się brzegu morskiego na przestrzeni ostatnich 200 lat wynosiło ok. 0,4 m rocznie. Ostatni raz mszę odprawiono 2 sierpnia 1874 r., a następnego dnia świątynię zamknięto. W roku 1900 osunął się pierwszy jej fragment. Patrząc wstecz na ostatnie dziesięciolecia – w 1975 roku osunął się niewielki kawałek zachodniej ściany pd. , a efektem zimowych sztormów, 1 lutego 1994 roku do morza runęła połowa ściany południowej. Obecnie z kościoła pozostało niewiele: połowa ściany południowej i mały fragment prezbiterium. Od 2001 roku rozpoczęto systematyczne i intensywne  zabezpieczenia klifu i ruin. Przed świątynią rosną dwa stare jesiony – pomniki przyrody.

Na wąską plażę prowadzi nowoczesna konstrukcja platformy ze schodami – jest to doskonały punkt widokowy i miejsce, z którego można zrobić dobre zdjęcie kościółka. Klify w Trzęsaczu mają nietypową, ciemną barwę. Róxnią się zdecydowanie o jasnych zboczy urwisk Gdyni Orłowa czy Kawczej Góry w Międzyzdrojach. Wpływ na to mają podstawowe rodzaje występujących tam osadów m.in. glina szara i glina brązowa. Kiedy zejdziemy już na plażę najlepiej nie zawracać na stację kolejki wąskotorowej tylko przejść się pieszo do Rewala, albo i dalej do Niechorza. To tylko kilka kilometrów, a spacer jest naprawdę urokliwy. Ja się na niego zdecydowałam i nie żałuję, a o tym jak było w Rewalu i czy warto tam zajrzeć na nadmorskim szlaku  opowiem przy innej okazji.

[15.09.2010]

Moje ostatnie psie zauroczenie

Posted by kotmonika under Blog

Pisałam kiedyś, że moją ukochaną rasą psów są bulterriery. I pewnie zawsze tak już będzie. Ale poza nimi raz na jakiś czas zachwyca mnie zupełnie inna, dopiero co odkryta rasa. Jako mała dziewczynka byłam zakochana w bassetach (basset hound), oglądając wersje kinowe i serial TV „Star Trek” zauroczyły mnie beagle. Wtedy nie wiedziałam jeszcze , że to w ogóle jest jakaś rasa, a pieska z filmu brałam za kundelka. Widząc takiego na ulicy nazywałam startrekiem:)

Ostatnio, pewnie częściowo za sprawą sympatycznego cyklu reklam telewizyjnych marketów Real, zachwycił mnie występujący tam piesek, którego tak na wygląd klasyfikowałam do grupy terierów, a ostatnio postanowiłam poszukać na temat tej odmiany trochę informacji. I tak trafiłam w internecie na opis rasy Russell Terrier, która dzieli się na Parson Russell Terrier (wysokonożny) i Jack Russell Terrier (niskonożny). Pieski mają też troszkę różną sierść – bywają z krótszą i dłuższą, szorstką i miękką. Bardzo przypadły mi do gustu, choć to wymagający kompan jeśli chodzi o potrzębę ruchu – jest z natury myśliwym i np. w Irlandii używano je w charakterze norowców lub tropicieli szczurów. Nazwa rasy pochodzi od nazwiska – została wyhodowana przez zapalonego myśliwego – pastora Jacka Russella. Pieski są gabarytowo nieduże, najczęściej mają 25 cm wysokości i ważą ok. 5 kg. Mają charakterystyczną białą sierść ze znaczeniami brązowymi, rudobrązowymi lub czarnymi (najczęściej znaczone są głowa i grzbiet). W naszym kraju to dość popularna rasa, choć najwięcej spotkać ich można na zawodach jeździeckich lub w ośrodkach jeździeckich. Poniżej kilka zdjęć szczeniąt i osobników dorosłych, o zarówno gładkiej jak i ostrej sierści.

[14.09.2010]

Niedzielny poranek w Poznaniu od porannych godzin wróżył cudowny letni dzień. Pogoda sprzyjała spacerom, a ostre słońce przygrzewało na tyle mocno, że śmiało można było wyjść jeszcze w krótkim rękawie i bosych stopach. Widząc za oknem tak sprzyjającą aurę postanowiliśmy udać się nad pobliskie jezioro Rusałka, a potem dalej na Sołacz, aby w alejkach starego parku zobaczyć czy więcej jeszcze pejzaży letnich, czy też już jesień widać w otaczającej nas przyrodzie.

Najpierw doszliśmy do Rusałki. Dawno nieodwiedzany przez nas zakątek. Jezioro jest niemal w centrum miasta, ale kiedy już do niego dotrzemy czujemy się jak na letnisku, z daleka od cywilizacji. Brzegami i wytyczonymi ścieżkami spacerowały tłumy Poznaniaków. Było też mnóstwo rowerzystów oraz spacerowiczów ze swoimi czworonożnymi pupilami. Tafla jeziora przepięknie odbijała dziś nieskalany błękit nieba i białe chmury na jego tle. Stąd do Sołacza było już tuż, tuż.

O parku sołackim pisałam już nie raz, i pewnie nie raz wstawię zdjęćia jego urokliwych alejek i zabytkowych domów, które jego w pobliżu się znajdują. To taka enklawa niesamowitych widoków, które o każdej porze roku mnie poruszają. Pamiętam jeszcze tak świeżo zdjcia robione w parku podczas styczniowych i lutowych mrozów, kiedy dokarmiałam siedzące na zamarzniętych stawach kaczki, a tu uświadomiłam sobie z całą mocą, że kończy się już lato i zimna pora znowu przed nami. Udaliśmy się zacienioną, zieloną aleją wzdłuż parku, by udać się na pyszną niedzielną kawę do wyjątkowego miejsca. Mam na myśli kawiarnię specjalizującą się w tartach i pasztetach na słodko i ostro o wdzięcznej nazwie „Francuski łącznik”. Położona przy uliczce tuż przy parku, wypełniona była niemal po brzegi, na szczeście jeden stolik we wnętrzu jakby czekał na nas. Rozsmakowliśmy się w gorącej kawie z mleczną pianką i tartach smakowych -owocowej i serowej. Pycha! Polecam!

A żeby spalić kalorie udaliśmy się pieszo w drogę powrotną – tym razem zwiedzając drugą stronę parku – alejkę, którą dziś jeszcze nie szliśmy. Park Sołacki ma – poza stawami – urokliwe mostki drewniane i kamienne, które prowadzą spacerowicow w jego liczne , czesto ustronne zakątki. Ludzi było sporo: cale rodziny z dziećmi, osoby starsze, single czytające książki na skąpanych w słońcu ławkach. Atrakcją dla dzieci była możliwość przejażdzki konnej alejkami parku. Licznie z tego korzystały (na szczęście koni było kilka). Poniżej kilka miejsc uchwyconych aparatem. Jak widać zieleń jeszcze dominuje w pejzażu, jedynie w małej uliczce przy kawiarni dostrzegłam i uwieczniłam liczne żółte liście na chodniku. Zatem lato wciąż trwa i pogoda na najbliższe dwa tygodnie (właśnie ją oglądałam w TV) zapowiada się letnia. Uff… Jesień jeszcze chwilkę zaczeka.

[13.09.2010]

Na początku roku pisałam moje odczucia po kilku lekturach powieści tego francuskiego pisarza, dramaturga i eseisty. Schmitt jest z wykształcenia filozofem i myślę, że w tym tkwi sukces jego książek – że ma doskonałą bazę do pisania książek, które zmieniają ludzkie losy. Wielkrotnie czytałam, słyszał to też od czytelników sam pisarz, że ludzie traktują jego powieści jak terapię, lek i sposób na uzdrowienie cielesne lub duchowe. Kiedyś jedna z czytelniczk  na spotkaniu autorskim wyznała, że w chwilach smutku „schmittuje” się. Dla każdego kto choć raz spróbował jego prozy, będzie ta wypowiedź bardzo zrozumiała. Osobiście nie znam całej jego twórczości wydanej po polsku, przeczytałam zaledwie 3 czy 4 książki, ale każda zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Kiedy stał się popularny i znany jest oceniany przez krytyków (nota bene oni sami odkryli Schmitta dla świata literatury) jak Coelho – przestali go traktować poważnie i nazywają filozofem dla ubogich, pisarzem dla gospodyń domowych, które szukają ucieczki od problemów w przyjemnie skonstruowancyh opowiastkach z morałem. A wcale tak nie jest. Sam Schmitt powiedział o tym zjawisku w wywiadzie udzielonym dla „Wysokich Obcasów” tak:

Kiedy sprzedawałem 400 egzemplarzy byłem geniuszem, przy 40 tysiącach – beztalenciem. Powyżej 400 tysięcy stalem się hochsztaplerem. Nie wspomnę o zwykłej ludzkiej zazdrości. A przecież to nie ja sam jestem autorem mojego sukcesu, Czytelnicy do niego doprowadzili.

Często zarzucało się pisarzowi, że podejmuje ciężkie i kontrowerseyjne tematy tabu, aby nakręcić sprzedaż i być na ustach mediów. Ale Schmitt widzi to inaczej:

Nie szukam tematów pod kątem wzbudzania kontrowersji. Pisałem o umieraniu dziecka („Oskar i panna Róża”), przecież to był bardzo zły temat na bestseller! […] Szukam takich, które zainteresują innych, włączając mnie. Chcę odkryć coś, o czym zapomniano lub jeszcze nie mówiono. Rozglądam się, rozmyślam. A tematy jak ptaki przylatują na moje drzewo. Mam wrażenie, że to raczej tematy wybierają mnie. Każda książka staje się dla mnie drogą prowadzącą do jakiegoś intelektualnego i duchowego przeżycia. Ja je tworzę, ale one mnie konstruują.

Tyle sam pisarz o szukaniu tematyki dla swoich książek. Ja zdecydowanie polecam zapoznanie się z jego twórczością. Nie bywa ona łatwą lekturą, ale jeśli poszukujemy w literaturze i życiu czegoś głębszego, analizujemy, dociekamy, próbujemy uchwycić i zanalizować nieuchwyte zjawiska Schmitt może stać się dla nas idelanym partnerem do rozmyślań egzystencjalnych.

[12.09.2010]

Zdjęcie pisarza: armuri.wordpress.com

Dwa niezwykłe brytyjskie domy

Posted by kotmonika under Blog

Zdaję sobie sprawę, że ostatnio bywam bardzo monotematyczna. I nie chciałabym nikogo  zanudzić Niechorzem, ale ilość wpisów chyba jawnie dowodzi jak bardzo urzekło mnie to miejsce. Ale ponieważ w opisie tgeo blogu jest poza latarniami słowo drukowane dziś na krotko wrócę do książek i literackich fascynacji. Ale trochę inaczej , bo poprzez dom-muzeum. A raczej dwa domy.

Virginia Woolf to znana brytyjska pisarka (1882-1942), ale mało kto łączy jej osobę automatycznie z jej siostrą Vanessą Bell – angielską malarką należącą do tzw. Bloomsbury Group. Obydwie panie były ze sobą bardzo blisko i wzajemnie na siebie wpływały -również twórczo. Bardzo ciekawie o ich wzajemnych relacjach pisze Jane Dunn w książce Virginia Woolf i Vanessa Bell. Sekretny układ (wydanie polskie Kraków 2004).

Siostry będąc już dojrzałymi kobietami mieszkały całkiem blisko siebie (dzieliła je odległość 18 km) i wzajemnie odwiedzały. Vanessa z mężem nabyła dom w Rodmell zwany Monk’s House, gdyż dawniej mieszkali w nim mnisi (hrabstwo Sussex), natomiast Vanessa osiedlila się w w pobliży Firle w w East Sussex w domostwie zwanym Charleston. Obydwa domy są dziś obiekatmi muzealnymi, ale już za życia artystek były niezwykłe i oddające ducha zamieszkujących je osób. Tak jak warto poznać twórczość pisarską Virginii i malarską Vanessy, tak oplaca się odwiedzić ich posiadłości i zobaczyć w jakich warunkach żyły i tworzyły.

Dom Virginii otacza spory ogród. Początkowo miał być tylko domem na weekendy i lato, ale szybko osiedlila się w nim na stałe. Okolicę i wiejskie klimaty Sussex wplatala potem w swoje powieści. Podobnie jak słynna autobigraficzna książka „Do latarni morskiej” (To the Lighthouse)  jest dygresją i wspomnieniami wakacji z lat dziecięcych. Monks House zachował wygląd zewnętrzny i wewnętrzny z czasów, gdy mieszkali w nim Woolfowie. Turystom udostępniony jest tylko parter, gdyż powyżej mieszkają normalni lokatorzy. Ogród również należy do części muzealnej. Tam znajdują się prochy pisarki, a miejsce to wskazuje stosowna tablica.

Monk’s House jest otwarty w okresie: kwiecień-październik, tylko  w środy i soboty, bilet kosztuje 3,80 funta, a zwiedzanie ogrodu jest darmowe.

Charleston ma inny klimat niż dom Virginni. Vanessa była malarką i bardzo dbała o detale i wystrój. ten dom również ma przepiękny i obszerny ogród. Dziś można w nim wypić herbatę i zjeść podwieczorek. Na ścianach domu wiszą obrazy wypożyczane na sezon turstyczny z Tate Britain oraz kolekcji prywatnych. Rzeźby i meble są oryginalne, materiały przykrywające fotele pochodzą z lat 20. XX wieku i są projekatmi Vanessy i  i jej partnera życiowego Duncana. W łazience można zobaczyć namalowane przez nich freski.  Meble również malowali i zdobili ręcznie. Natomiast drzwi to dzieła sztuki. Malowano na nich motywy kojarzone z osobą która zamieszkiwała za nimi. Domostwo ma swoją historię, bowiem pocodzi z XVII wieku. Przez 60 lat wynajmowała go Vanessa. Zwiedzanie odbywa się tylko z przewodnikiem i trwa godzinę. Muzeum założno po 1978 roku, pod czujnym okiem córki Vanessy.

Charleston Trust jest otwarte od końca marca. Zwiedzanie odbywa się tylko w środy i soboty, wyłącznie z przewodnikiem a bilet udostępniający oglądanie domu i ogrodu kosztuje 9 funtów.

[11.09.2010]

Subscribe to LATARNICA