LATARNICA

Latarnie morskie, koty, słowo drukowane i coś więcej…

Archive for Październik, 2010

Czekoladowe Tour po Londynie

Posted by kotmonika under Blog

Kończy się miesiąc październik. A kończy pięknie, bo ciepłą temperaturą, słońcem i kolorowymi liśćmi. Jesień i zima sprzyja różnym apetytom i smakom (przynajmniej ja tak mam), o których zapominamy latem i nie poszukujemy ich. A kiedy tylko robi się chłodniej, przychodzą jesienne słoty i zmrok króluje za oknem jakoś tak kubki smakowe zaczynają łaknąć pewne smaki. Przeglądając jakiś czas temu zaległą i nieprzeczytaną prasę trafiłam na ciekawy artykuł z branży turystycznej, który jest mocno powiązany z degustowaniem smakowitości i hormonami szczęścia. A wszystko zaczyna się od pani Jennifer Earl, która kilka lat temu przybyła do Londynu i postanowiła w specyficzny sposób promować czekoladę i jej wielowiekową historię. Jennifer wyszukała w stolicy Anglii kilkanaście miejsc, w których można zakosztować naturanych wyrobów z kakao. To one stały się podstawą jej nowego przedsięwzęcia i sposobu na życie – Chocolate Extasy Tours. Wycieczki przez nią organizowane proponują przejazd przez Londyn szlakiem czekoladowych pyszności. Za 30 fntów można nie tylko skosztować najlepszych wyrobów z czekolady, ale przy okazji poznamy jej tajniki i spędzimy ten czas w biesiadnej atmosferze. Wycieczki występują w opcjach bardziej i mniej rozbudowanych, najkrótsze trwają 3 godziny i są włączane w program typowych eskapad z przewodnikiem po stolicy. Najlepiej jest wybrać się na taką wyprawę w połowie października, bowiem wtedy odbywa się również Londyński Tydzień Czekolady. Podczas przechadzek po kawiarniach można zakosztować mniej znanych połączeń smakowych, ale wywodzących się z długoletniej historii czekolady (drzewa kakaowca uprawiano w Meksyku już 3 tys. lat temu, Aztekowie nazywali płynną czekoladę – xocolatl czyli gorzka woda). Uczestnicząc w czekoladowym tour możemy spróbować m.in. praliny o smaku czarnej bazylii i kardamonu, rozgrzewającą aztecką czekoladę z chilli, napój czekoladowy z syropem kolonym, sokiem z granatów i olejkiem różanym, ciasteczka nadziewane czekoladą i owocem pigwy, cynamonem i lubczykiem. Niektóre lokale preferują przyprawianie czekolady przyprawami azjatyckiemi np. czarnym octem japonskim. Jennifer wręcza uczestnikom swych eskapad własny przepis na pyszne czekoladowe ciasteczka, które piecze się tylko 12 minut. Pomysł na wlasny biznes, ktory wymyśliła sobie brytyjka  jest prosty, ale bardzio skuteczny bo bazuje na naszym przywiązaniu, a czasami i czekoladowym nałogu. U mnie taki nałog przypada na miesiące chłodów i zupełnie opuszcza mnie na wiosnę i lato. Jako miłośniczka wyłącznie gorzkiej czekolady preferuję wszelkie dodatki do nije – ostatnio zachwyciła mnie czekolada z chilli czy wiśniami oraz ziarnami kakowca. Może niezbyt to wyszukane smaki, ale jednak wiele osób nie skosztowałó dotychczas nawet tych odmian naziewanych tabliczek. Zachęcam, aby zimą pobawić się smakami i poeksperymentować. Warto odnależć rozgrzewającą moc czekolady i oddać się jej na kilka minut, bo spożywanie czeklady automatycznie wiążę się z produkcją hormonów szczęścia – tzw. endorfin. A te w żadnej ilości nam nie zaszkodzą. (zdjęcia czekolad z internetu)

[31.10.2010]

PS. A my zakończyliśmy październik teatralnie – Mistrzem i Małgorzatą na deskach Teatu Polskiego. Wizualnie, kostiumowo i muzycznie – rewelacyjnie! Już dawno nie widziałam tak świetnej oprawy sztuki. (fot. Anna Tomczyńska)

Świnoujska stawa

Posted by kotmonika under Blog, Latarnie morskie

Stawa – z samej swej definicji – to stały znak nawigacyjny lądowy lub na wodzie (trwale przymocowany do dna). W Polsce mamy wiele charakterystycznych staw. Ich pełen przegląd można znaleźć w locjach dla żeglarzy, w których opisano dokładnie podejścia do portów i ich pełne oznakowanie. Jako dziecko nie odróżniałam staw od latarni morskich. Bo bardzo często również stawy emitują sygnały świetlne. Dla laika nie ma między nimi zbytniej różnicy toteż na aukcjach kolekcjonerskich pocztówki ze stawami nawigacyjnymi bardzo często opisywane są jako kartki z latarniami. Do najbardziej znanych staw należy świnoujski wiatrak umiejscowiony na końcówce falochronu zachodniego. On również w swej górnej partii ma niewielkie mrugające światło. Widok na tą konstrukcję (do dziś wielką atrakcję turystyczną Świnoujścia) pokazuje poniższa stara kartka pocztowa.

Mnie natomiast dziś interesuje bardziej falochron wschodni Świnoujścia. Przez dziesięciolecia niedostępny był pożywką dla wyobraźni i wymarzonym spacerem. O wiele dłuższy od wschodniego kusił swą tajemniczością i interesującą konstrukcją widoczną spod Młyna. W XIX wieku po falochornie wschodnim chętnie spacerowano. I to całymi rodzinami  – co często ukazują stare pocztówki. Na jego długości było kilka charakterystycznych wież. Mniej więcej w połowie biała wieżyczka stacji meteorologicznej i na koncówce (przez jakiś czas) pozostałość pierwszej latarni morskiej oraz kawałek dalej stawa wschodnia – lekko z czasem modyfikowana i przerabiana, ale bardzo zbliżona sylwetką do małej latarni morskiej. Na poniższej kartce z widokiem na cały falochron widać te trzy charakterystyczne punkty.

Jak wygląda po krótce idea zbudowania obu falochronów? Interesujący artykuł dr Józefa Plucińskiego podaje na ten temat:

W początkach XIX wieku warunki żeglugi przez port w Świnoujściu były wyjątkowo złe. Ponieważ dłuższy czas nie robiono nic dla poprawienia żeglugi więc wiosną 1804 r. wejście do portu na dłuższy czas zablokowała potężna piaszczysta łacha. Liczba statków wchodzących i wychodzących z portu drastycznie zatem zmalała. A lata następne nie były pomyślniejsze. A lata następne nie były pomyślniejsze. W 1808 r. przez długie miesiąca port ponownie blokowali Szwedzi. Żegludze nie sprzyjała też obecność w mieście i porcie garnizonu francuskiego. Kiedy wreszcie zakończyły się wojny napoleońskie, port świnoujski był praktycznie nie do użytku. Zdewastowane, zapuszczone nabrzeża, nie były w stanie przyjąć nawet małych statków. W 1815 r. podjęto ponowną rozbudowę portu w Świnoujściu według koncepcji i pod kierunkiem znakomitego inżyniera budownictwa morskiego J. Güntera. Istotą koncepcji było zbudowanie daleko w morze wychodzących falochronów, powodujących samoczynne pogłębienie ujścia Świny. Falochrony miały też zapewnić spokojne wchodzenia statków do portu, nawet w warunkach sztormowych. I efekt dodatkowy to zatrzymywanie nanoszonych prądami tak ze wschodu, jak i zachodu, mas piasku. […] Do realizacji projektu przystąpiono wiosną 1818 r., a główne konstrukcje zakończono w pięć lat potem. Zbudowanie świnoujskich falochronów było znakomitym przykładem inżynierii morskiej. […] Prace przy budowie falochronów ostatecznie zostały zakończone w 1829 r., chociaż gotowość eksploatacyjną osiągnięto już w 1824 r. Falochron wschodni miał długość 1387 m., zaś zachodni 1030 m. Zwieńczeniem dzieła było osadzenie na końcu wschodniego falochronu tablicy informującej o czasie i okolicznościach budowy falochronu. Przetrwała ona dziejowe zawieruchy, aliści została przykryta warstwą betonu w czasie prac remontowych prowadzonych na falochronach bodajże w 1991 r. A szkoda bo świnoujskie falochrony to zabytek budownictwa wodnego wyjątkowej wartości. Już w trakcie jego budowy i pierwszych latach po oddaniu do użytku, przybywali tu zainteresowani nawet z dalekich stron, by podziwiać kunszt budowniczych. Zabytkowych murów, domów i kościołów mimo zniszczeń jest sporo, ale taka budowla jest tylko w Świnoujściu.

Poniżej plan świnoujskiego portu z 1828 r. (fot. Archwium www.iswinoujscie.pl)

Falochron po wschodniej stronie kanału Świny udostępniono turystycznie dopiero w latach 90-tych, kiedy przywrócono możliwość zwiedzania wieży latarni morskiej. Wyprawa statkiem do jej podnoża bardzo czesto kończyła się nie tylko wspięciem na laternę, ale i spacerkiem do końca falochronu. Sama z siostrą odbywałam kilkakrotnie takie eskapady i było to niezwykle ekscytujące, bowiem mogłyśmy wreszcie zestawić rzeczywistość z naszym wyobrażeniem o tym miejscu. Poniżej widoki na stawę wschodnią, uwiecznioną na przedwojennych kartkach. Wszystkie pochodzą z portalu aukcyjnego.

[30.10.2010]

1500 wydanie LP Programu 3 !

Posted by kotmonika under Blog

Wczoraj było „Trójkowo” – dziś jeszcze raz nawiążę do tej stacji radiowej. Bowiem dla każdego miłośnika muzyki i fana tej starcji jest dziś wielkie święto. Właściwie świętowanie trwa już od jakiego czasu a cały tydzień na antenie pojawiały się specjalne wspomnieniowe audycje. Za to wieczorem od godz. 19 odbędzie się 1500 notowanie Listy Przebojów programu III. Program uroczystości jest na stronie polskiego radia, można tam przeczytać m.in. że:

Już w najbliższy piątek na antenie Programu 3 będzie można usłyszeć wyjątkową Listę Przebojów Trójki.Marek NiedźwieckiPiotr Baron zaproszą do audycji wielu zaskakujących gości, wszystkich dotychczasowych prowadzących oraz wielu artystów, związanych z Listą. Na Słuchaczy czeka wiele niespodzianek i ciekawych wspomnień. Muzyczna uczta rozpocznie się o godz. 19.05 i potrwa do godz. 22.00.

A przed audycją, o godzinie 18.05, Słuchacze będą mogli poczuć jubileuszową atmosferę przy odbiornikach i wysłuchać wyjątkowego koncertu w Studiu Muzycznym Polskiego Radia im. Agnieszki Osieckiej. Zagrają Wojciech WaglewskiGrzegorz Turnau oraz Strachy na Lachy, a imprezę poprowadzi Artur Andrus.

Tego dnia o godzinie 15.05 Trójka nada również specjalną, godzinną audycję Michała Margańskiego poświęconą historii Listy Przebojów.

Moje najlepsze wspomnienia Listy Przebojów przypadają na lata 1982-1986 – to był okres kiedy chłonęłam muzykę z radiowej Trókji jak gąbka i wtedy już kształtowały się moje gusta muzyczne. Tak naprawdę Marek Niedzwiecki wychował na „swojej” muzyce całe pokolenia. I ja też bardzo wiele mu zawdzięczam. Dzięki Trójce można było nagrywać całe płyty na kasety magnetofonowe, to było okienko na muzyczny świat naszego pokolenia. Marku! Wszystkiego NAJ z okazji 1500 wydania Listy – dziękuję za wszystkie muzyczne i okołomuzyczne  wspomnienia! Nawet w wakacje słuchało się Listy – bo opuszczenie sobotniego wydania było nie do pomyślenia. Dziś listę prowadzi Marek na zmianę z Piotrem Baronem. Staram się systematycznie słuchać, bo klimat audycji jest niezmienny od lat, choć zmienił się dostęp do muzyki. Mimo, że wszystko jest w zasięgu ręki wolałam te zabiegania o płyty, utwory, nazwy i tytuły. To były często całe dochodzenia i mini śledztwa muzyczne. Cóż, czasy się zmieniają, na szczęście Lista jest ciągle z nami.

[29.10.2010]

Wspomnienia Rock Manna

Posted by kotmonika under Blog

Dzięki codziennemu słuchaniu w pracy radiowej Trójki – która jako ulubiona stacja towarzyszy mi już prawie 30 lat (kiedy ten czas minął, nie mam pojęcia) – dowiedziałam się o autobiografii człowieka nierozerwalnie związanego z tą stacją – Wojciecha Manna. Czymże byłyby piątkowe ranki bez jego audycji i piosenek z Draculą i japońskimi czy skandynawskimi naśladowacmi Elvisa w tle:)  Wojciech Mann poza Trójką kojarzy mi się również z programami w telewizji, a w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątcy doskonale wprowadzał do koncertów prezentowanych późno w nocy najczęściej dzięki uprzejmośći telewizji Szczecin. Wiele z nich nagrywałam na VHS, wiele dostarczyło niezapomnianych emocji  a dziś można je już nabyć na nośnikach dvd. Fragmenty biografii były prezentowane na antenie. To mnie od razu przekonało do tej lektury Dla każdego miłośnika Trójki, pana Manna, historii muzyki oraz przeglądu w pigułce przemian muzyczno-obyczajowych  ostatnich dekad,  będzie to jazda obowiazkowa. Zapewne wiele osób znajdzie tą książkę w tym roku pod choinką. Ja również bym się nie pogniewała, gdyby się tam znalazła. Jutro znów piątek, zatem liczę na miłą atmosferę pracy w rytm kawałków wybranych przze Szanownego Pana redaktora Manna. A do zakupu tej bezcennej pozycji zachęcam. Warto też poczytać w internecie wywiady z autorem o tym dlaczego spisał swoją historię i co w niej znajdziemy. Jest tam przed wszystkim poza bogatą wiedzą dużo humoru i świetnych zakulisowych historii z wielkimi gwiazdami światowego formatu w roli głównej.

[28.10.2010]

Bardzo poranne kolory jesieni

Posted by kotmonika under Blog

Jeszcze tydzień temu jadąc do pracy było na tyle widno, że mogłam rano zrobić zdjęcia. Te kilka fotek przelażało na moim telefonie parę dni, a dziś rano zauważyłam, że wstaję w ciemnościach i niemal w mroku docieram na firmowy parking. O słońcu o tej godzinie mogę już tylko pomarzyć. Coraz częściej trawniki i krzewy pokrywa szron, mgła wisi nisko nad ulicami a przejmujący ziąb powoduje, że marzy mi się gorąca kawa już w chwili, kiedy zaczynam oskrobywać lód na samochodzie. Rękawiczki i gruby szal stały się niezbędnym atrybutem, przechodnie czasami wyglądają jakby na zewnątrz panowały nieziemskie mrozy. A zima stulecia ponoć wciąż przed nami! Zatem wrzucam w ten krótki wpis skrawki tej jesieni, która jest już historią. Bo nie będzie już takiego oświetlenia o 7 rano, nie będzie już TYCH konkretnych liści – pofrunęły gdzieś z wiatrem i nie powrócą. Jesień ociężale staje się bardziej zimowa. Protestuję przeciwko takim przemianom pór roku. Nie oswoiłam się jeszcze z myślą o zakończonym lecie, więc nie potrafię już teraz przywyknąc do zimna i wizji śnieżnych zasp. Zimo! Oszczędź nas jeszcze na długo… Jesieni! Bądź barwna, jak z palety mistrzów i ciepła w dotyku. Taką jesień kochamy: z kasztanami, grzejącym dotykiem słońca i zapachem dymu z ognisk spalanych na działkach liści. Poniżej kilka zdjęć wykonanych wcześnie rano w środku tygodnia.

[27.10.2010]

Jesień już… Każde spojrzenie za okno niezbicie dowodzi, że lato się skończyło. Co gorsza mamy jeszcze październik, a ja już rankami ostro szoruję skrobaczką po szybach auta, na których mróz wymalowuje secensyjne kwiaty… Zdecydowanie za wcześnie na takie klimaty! Ale jeśli już myślę ciepło o jesieni i jej barwach, to nasuwa mi się od razu jedno rozlewające się mile po sercu skojarzenie – cudowny utwór Dzień w kolorze śliwkowym – lata temu popełniony przez Leszka Długosza, a który zaistniał dla mnie w wykonaniu Janusza Radka. I tekst, i muzyka to w moim mniemaniu kwintensancja jesieni – ale tej jej najlepszej odmiany, która kojarzy się z ciepłym kocykiem, dobrą lekturą, gorącą aromatyczną herbatą i przecudowną paletą barw liści, szeleszczęcyh pod nogami.  A więc poczytajmy i posłuchajmy (oczywiście wykonanie genialnego Janusza Radka!):

Dzień w kolorze śliwkowym

Po czerni jeżyny
Po liściu kaliny
– Jesień, jesień już
Po ciszy na stawie
Po krzyku żurawi
– Jesień, jesień już
Po astrach, po ostach
To widać, to proste że
– Jesień, jesień już
I po tym że wcześniej
Noc ciągnie ze zmierzchem
– Jesień, jesień już

Po pustym już polu
Po pełnej stodole
– Jesień, jesień już
Strachowi na wróble
Już nad czym sie trudzić?
– Jesień, jesień już
I po tym że w górze
Wiatr wróży kałuże, tak
– Jesień, jesień już
I po tym że przecież
Jak zwykle, po lecie
– Jesień, jesień już

Ach, ten dzień w kolorze śliwkowym!
– Berberysu i głogu ma smak…
Stawia drzewom pieczątki
– Żeby było w porządku
Że już pora
Że trzeba iść spać…
A my tak – po kieliszku, po troszeczku
Popijamy calutki ten dzień
– Próbujemy nalewki
Z dzikiej róży, z porzeczki
Żeby sprawdzić – czy zima
To wypić się da?…
– To się w głowie nie mieści
Że tak szumi szeleści
Tak bliziutko, o krok, prawie tuż
Głębokimi rzekami, pachnącymi szuwarami
Idzie jesień
I prosto w nasz próg…
– Ale co tam! przecież taka jesień złota
Nie jest zła!
– Ale co tam! Przecież taka jesień złota
Niechaj trwa…

[26.10.2010]

W 1909 roku w Kołobrzegu na forcie „Ujście” (Fort Münde) stanęła dokładnie w miejscu swojej poprzedniczki (budynku z wieżą o konstrukcji ryglowej) pierwsza zbudowana z cegły, murowana latarnia morska. Posiadała ona ośmiokątną wieżę i jej elewacja została pomalowana na kolor żółty. Wyposażona była w gazowe światło żarowe  umiejscowione na wysokości 25 m n.p.m. Miało ono wtedy zasięg 12 Mm i latarnia w takiej postaci trwała niezłomnie do ostatnich dni walk o miasto w 1945 roku. 13 marca została wysadzona wraz z całą stacją pilotów, gdyż stanowiła doskonały punkt orientacyjny dla polskiej artylerii ostrzeliwującej port i ujście Parsęty. W Forcie „Ujście” znajdowało się również stanowisko dowodzenia komendanta portu.

Latarnia morska Kołobrzeg, podobnie jak wcześniej i dziś, była atrakcją turystyczną. Jej sylwetka trafiała na liczne kartki pocztowe. Kuracjusze lubili się również fotografować na jej tle. Doskonale była widoczna z ogromnego hotelu Kaufmann znajdującego się tuż na tyłach fortu oraz z wieży domu kuracyjnego i molo. Dziś poza fortem, na którym znajduje się współczesna latarnia (trzecia już budowla zbudowana przy kanale portowym w celach nawigacyjnych), nie ma śladu po żółtym budynku z wieżą. Odeszła do historii. Na szczęście zachowała się w wielu publikacjach i na przedmiotach kolekcjonerskich.  Poniżej kilka ujęć fortu z latarnią na pocztówkach sprzed 1945 roku.

[17.10.2010]

Kołobrzeski bindaż

Posted by kotmonika under Blog

Pod koniec sierpnia – mam wrażenie jakby to było wczoraj – podczas pobytu w Kołobrzegu udało mi się odszukać na terenie miasta pozostałość po urokliwej alejce uwiecznianej kiedyś licznie na przedwojennych kartkach pocztowych. Tym miejscem jest tzw. bindaż czyli aleja zamknięta sklepieniem z kratownicy z rozpiętymi na niej gałęziami –  lip lub grabów. Bindaże znany już były w dobie renesansu, a bardzo często stosowane we wspaniałych ogrodach barokowych. Ten w Kołobrzegu to jeden z nielicznych zachowanych wciąż w Polsce tego typu obiekt. Pochodzi jeszcze z XIX wieku i ma długość 130 m. W okresie przedwojennym bywał nazywany aleją miłości, bowiem stanowił idealne miejsce na romantyczne spacery zakochanych par, w okresie powojennym zaniedbany i zrujnowany, w roku 2009 został poddany rewitalizacji wraz z całym otoczeniem. Obecnie jest pięknie oświetlony i pną się po jego konstrukcji nowe sadzonki drzew. Kołobrzeski zabytkowy grabowy tynel został uznany za pomnik przyrody. Nosi imię wybitnego, zmarłego w 2002 roku dendrologa, prof. Ryszarda Siweckiego (niegdyś szefa Instytutu Dendrologii PAN). Na łamach lokalnej prasy spierano się czy nowa konstrukcja z metalowych rur jest estetyczna, dlaczego użyto dość ciężkich w wyglądzie grubych rur, czy zaakceptowana została przez konserwatora zabytków. Sprawę ostatecznie  wjaśniono, a remont bindaża i otoczenia zabytkowego parku wzbogacił się o nowe obiekty takie jak fontanna, kwietniki i ławki. Cały park między ulicą Spacerową i Towarową zaliczono do miejsc zabytkowych, których przemiany muszą otrzeć się o działania i decyzje miejskiego konserwatora. Mnie rodzimy bindaż dość przypadł do gustu. Uradował mnie już sam fakt, że nie zmarnowano tego miejsca i uczyniono z niego jedną z atrakcji spacerowych Kołobrzegu. Tym samym na jego przemianę przekazano znaczną sumę pieniędzy i mam nadzieję, że długo będzie służył miastu i turystom. Gdzieś w internecie wyczytałam, ale nie wiem czy to sprawdzona wiadomość, że w Europie zachowały się ponoć tylko dwa takie obiekty architektury parkowej. Tym bardziej cieszmy oko tym kołobrzeskim. Poniżej bindaż w okresie przedwojennym (stare kartki pocztowe) i dziś (zdjęcie z końca sierpnia 2010).

[12.10.2010]

Przypadkowo uchwycona secesja

Posted by kotmonika under Blog

Secesja, zwłaszcza w architekturze w  architekturze , to mój ulubiony kierunek i epoka w historii sztuki. Mam to szczeście, że w Poznaniu są takie nie tylko pojedyncze domy ale i ulice, gdzie można nacieszyć oko pozostałościami po minionych trendach architektonicznych. W tym temacie polecam szczególnie wydane w ubiegłym roku nakładem Wydawnictwa Miejskiego opracowanie Małgorzaty Podgórnej pt.  Secesyjne domy przy ulicy Roosevelta. Pozycja niezbędna dla każdego miłośnika i poszukiwacza secesji w Poznaniu. O ile ulica Roosevelta jest takim kompleksem domów, w których zakochałam się będąc jeszcze małą dziewczyką, o tyle na poznańskich Jeżycach (ale nie tylko!) są jeszcze inne kompleksy bądź pojedyncze , ponad 100-letnie kamienice, w których zadziwiają zdobne, secesyjne detale zachowane przed zapomnieniem. Nie zawsze bywają dobrze zakonserwowane, nie zawsze – mimo odnowy – poświęcono im taką uwagę na jaką zasługują, ale mogą nas zaskoczyć swym istnieniem. Dziś osobiście doświadczyłam takie zadziwnienia, kiedy w bramie jednego z domów przy ulicy Słowackiego ujrzałam przy wejściu na klatkę schodową takie, całkiem niedawno odmalowane  twarze. Szkoda, że skrywają się pod grubą warstwą farby olejnej, ale dobrze, że jeszcze są, że ktoś przy okazji remontu kamienicy nie pomyślał, aby się ich pozbyć, bądź przykryć warstwą jakiejś zaprawy i tynku.  Miłe zaskoczenie i nadzieja na następne tego typu odkrycia.

[11.10.2010]

Sobotnie popołudnie z psinką

Posted by kotmonika under Blog

Ten październik pędzi jak rozpędzony ekspres donikąd… Ani się spostrzegłam a już na kartach kalendarza jest 10 dzień tego miesiąca. Ten weekend dopisał pogodowo pod względem ilości słońca – świeci nieustannie co pozwala balansować na skraju jesiennej depresji, ale nie przesuwa nas na jej mroczną stronę. Sobota sprzyjała spacerom, od samego rana zafundowaliśmy sobie sporą dawkę tlenu (niestety miejskiego), potem był chwilowy powrót do domu i niespodziewany długi spacer popołudniowo-wieczorny w towarzystwie siostry i jej psinki – spaniela bretońskiego.  Taka dawka świeżego, chłodnego powietrza uśpiła mnie niemal jak dziecko. Ale było miło, spokojnie, wręcz leniwie, w barwach jesiennej szaty liści… A w parku przy hali Arena udało nam się nawet wypatrzeć cudownego białego bullterriera. Dziś w Poznaniu ulicami miasta biegnie maraton. Życzę wszystkim uczetsnikom sił i dotarcia do mety – bez względu na czas!

[10.10.2010]

I znowu zmiana miesiąca

Posted by kotmonika under Blog, Latarnie morskie

Ledwo przywykłam, że to już wrzesień, a wraz z nim mogę pomału zapomnieć o wakacjach i letnich wojażach, a tu nieubłaganie nadszedł październik. I popołudniu powiało prawdziwie lodowatym, wręcz mroźnym powietrzem. Nawet nie dopuszczam do swoich myśli tego co podają niektóre media, że po połowie miesiąca może spaść pierwszy śnieg, a przed nami zima stulecia…

Żeby uchronić jeszcze letnie wspomnienia od odłożenia je na półkę z tematami nieodwracalnie minionymi, dziś króciutko powrócę do drugiej połowy sierpnia, kiedy to zlądowałam – dzięki wycieczce organizowanej przez Towarzystwo Przyjaciół Centralnego Muzeum Morskiego w  Gdańsku – na pomorzu środkowym, a konkretnie w Ustce. A co może być najciekawsze w tym portowym miasteczku? Oczywiście latarnia morska!  Położona u nasady falochronu wschodniego, przypominająca architektonicznie małą świątynię z wieżyczką, jest uroliwym obiektem nawigacyjnym z historią sięgającą roku 1892.

Pierwotnie funkcję latarni morskiej w Ustce pełniła wieża kościółka położonego przy obecnym Skwerze Jana Pawła II (ponoć jej zasięg wyznaczają rosnące tam lipy). Jest tam dziś z resztą tablica opisująca ten fakt. Już w 1871 roku przy stacji pilotów wciągano na wysoki maszt światła i wtedy było to całe urządzenie naprowadzające żeglarzy do portu. W wieku XIX Ustka świeciła światłem czerwonym, po 1904 zmieniono je na białe. I tak zostało do dziś. Jej światło widać na odległość 33 km. Latarnia jest w sezonie udostępniona dla turystów. Sama wieża jest dość wąska, trudno w niej o ruch wahadłowy.

Z laterny rozpościera się przepiękny widok na falochron, port, promenadę i plażę. W lecie wokół budynku są liczne stragany, bary i kawiarnie, tysiące letników. To taka miejsowość, w której jest co robić, kiedy pogoda nie dopisuje.

Ogromnym plusem jest również podejście lokalnych władz do sarych i czesto zrujnowanych budynków. Sporo z nich poddano już rewitalizacji, a kolejne czekają na odnowę pod czujnym okiem konserwatorów i odzyskują swą dawną świetność.

Latarnia ustecka ma też swoje duchy. Przez lata latarnicy uskarżali się na dziwne nocne stukoty, halasy, jęki i wycie. Tłumaczono te dźwięki duchami zmarłych na morzu żeglarzy. Ale po gruntownym remoncie wieży i wymianie okien na nowe wszystkie dziwne zjawiska ustały.

Pod koniec wakacji czułam już w ustce lekkie przerzedzenie i miasto jakby złapało nowy haust czystego powietrza. Ludzi było odrobinę mniej, wolne stoliki w cukierniach zapraszały i kusiły zapachem kawy. Do latarni była kolejnka i sporo się naczekałam (także już wewnątrz wieży) żeby górny taras na poziomie laterny. Ale opłacało się. Wszystko jest na zdjęciach poniżej. Oczywiście poza duchami:)

[01.10.2010]

Subscribe to LATARNICA