LATARNICA

Latarnie morskie, koty, słowo drukowane i coś więcej…

Archive for Luty, 2011

Obchodząc teren Fortu Ujście, na którym stoi latarnia, możemy w pełni dostrzeć różne detale tej budowli. W zasadzie z każdej strony prezentuje się ona inaczej. Widać to również na zdjęciach umieszczonych wczoraj. O ile pokazują one latarnię w całej swej okazałości, dziś pokażę kadry, które  w dużym powiększeniu zaprezentują  tablice, płaskorzeźby i strukturę latarni. Jak już wspominałam, po wojnie obiekt był jednocześnie pomnikiem z silnymi akcentami radzieckimi. Nie tylko „zdobiąca” laternę czerwona gwiazda wskazywała na to.  Na murach umieszczono metaloplastykę z symbolami wojskowymi i datą wojny niemiecko-radzieckiej: 1941-1945, a poniżej na forcie znajdowały się również dwie tablice: jedna w języku polskim, druga w rosyjskim. Na forcie umieszczona była również pamiątkowa broń z II wojny światowej. Wokół latarni znajdował się cmentarz z mogiłami poległych żołnierzy radzieckich i polskich. Zmieniło się to dopiero 30 lat później, kiedy postanowono zorganizować cmentarz wojeny z prawdziwego zdarzenia. Akcenty radzieckie zaczęły stopniowo znikać z latarni. Na pierwszy ogień poszła słynna czerwona gwiazda. Ekshumowane szczątki żołnierzy trafiły na cmenatrz komunalny – do specjalnie przygotowanej kwatery wojennej. Mnie więcej w tym samym czasie zmienie uległ tekst na polskojęzycznej tablicy. Tablica w języku rosyjskim i resztki symboli radzieckich zniknęły z fortu w latach 90. XX wieku. Obecnie u podnóża Fortu znajduje się miejsce pamięci „Zaginęli na morzu”. Niektóre współczesne „ozdobniki” latarni widać na zamieszczonych poniżej fotografiach z sierpnia 2010.

[28.02.2011]

Festung Kolberg

Posted by kotmonika under Blog, Latarnie morskie

W lutym tego roku jedną z moich lektur była książka Hieronima Kroczyńskiego „Twierdza Kołobrzeg – Festung Kolberg”. Niestety książka na całej linii mnie zawiodła. Na szczęscie udało mi się ją kupić jakoś bardzo okazyjnie na Allegro, gdyż normalnie jest sprzedawana w cenie ok 40-50 zł, co zdecydowanie jest zbyt wygórowane jak na 120-stronicowe opracowanie. Ponieważ nie jestem historykiem zupełnie zbędne wydawały mi się szczegółowe wyliczenia w różnych okresach czasu  ilości broni, amunicji, armat itp. Podobnie jak ciągi nazwisk i dat. Podejrzewałam, że książka o takim tytule znacznie szerzej zajmie się również dziejami Fortu Münde (na terenie którego zlokalizowane były wszystkie 3 kołobrzeskie latarnie). Niestety o ile w warstwie ilustracyjnej autor pokazuje ich sylwetki to w treści znalazłam zaledwie 2 wzmianki o latarni i to wyłącznie w kontekście działań II wojny światowej. Więc jako fascynatka latarni poczułam się totalnie rozczarowana tą pozycją.

Latarnię kołobrzeską odwiedziłam po raz pierwszy wietrzną, sztormową jesienią, krótko po 2000 roku. Wtedy dane mi było jedynie być na terenie Fortu, do środka latarni nie wchodziłam. Toteż byłam bardzo zdziwiona jej obszernym wnętrzem (trochę niepasującym do zewnętrznych murów twierdzy), które poznałam dopiero w sierpniu 2010 roku. Współczesna wieża jest pierwszą w historii Twierdzy, położoną w centralnym jej punkcie, dwie poprzedniczki usytuowane były tuż przed Fortem w kierunku otwartego morza.

Latarnia Kołobrzeg z lat 1899-1909: [kartki z aukcji]

Latarnia Kołobrzeg z lat 1909-1945: [kartki z aukcji]

Jeśli chodzi o moją prywatną opinię – bardzo podobały mi się architektonicznie latarnie z roku 1899 i 1909 roku. Niestety obecną blizę uważam  za najbrzydszą polską latarnię. Tuż po II wojnie światowej jej laternę szpeciła ogromna, podświetlana czerwona gwiazda. W Narodowym Archiwum Cyfrowym można zobaczyć zdjęcie  z 1945 roku – polskie flagi zwieszone na terenie zrujnowanego Fortu (widać charakterystyczną, zdoną balustradę) wykonane po zakończeniu walk o Kołobrzeg oraz zaślubiny z morzem.

W roku 1979 odbył się powojenny kapitalny remont latarni. W tym czasie zapalono tymczasowe, zastępcze światło. Powstały wtedy nowe metalowe schody wewnętrzne i aktualna struktura laterny. Od środka wieża wydaje się bardzo obszerna. Na białych ścianach latarni (detale wnętrza pomalowo na kolor zielony) wyeksponowano na reprodukcjach historię twierdzy i pokazano kolejne latarnie morskie. Taras widokowy na poziomie laterny jest bardzo obszerny. Niestety pogoda w dniu, w którym zwiedzałam latarnię była beznadziejna: zacinający deszcz i porywisty wiatr. I tak było podczas całego kilkudniowego pobytu w Kołobrzegu. Zdjęcia w słońcu wykonałam tuż po przyjeździe. Przy zakupie biletu można otrzymać ładną pamiątkową pieczęć z pobytu w latarni. Kto ma paszport latarnika, na pewno tam sobie ją przybije. Na skwerku wokół latarni znajdują się tablice informacyjne o tym miejscu i również krótka, ilustrowana historia Fortu. Na pewno warto zobaczyć to miejsce. Jest z nim związane wiele historycznych bitew. Cały teren jest bardzo zadbany i czysty. Widok z tarasu ładny, głównie w kierunku główek falochronów i portu. Niestety jeszcze jesienią 2010 roku,  falochron wschodni był wciąż w remoncie.

Poniższe zdjęcia pochodzą z ostatnich dni sierpnia 2010. Wnętrza jej wieży, detale Fortu oraz laternę zaprezentuję w kolejnych wpisach.

[27.02.2011]

Uwaga! Gryzę…

Posted by kotmonika under Blog, Kot

Problem gryzących celowo lub przypadkowo kotów dotyka pewnie (choćby sporadycznie) każdego kociarza. Mój kocur nie robi tego nigdy ze złośliwości czy chęci gryzienia dla gryzienia, ale podczas zabaw szybko zamienia się w łowcę i jeśli natrafi w polu działania ludzką rękę – padnie ona jego ofiarą. Te podgryzania bywają różne – od w pełni kontrolowanych delikatnych przytrzymywań zębami dłoni , po ostrzejsze ataki drapieżnika – w końcu nim  jest –  i musi od czasu do czasu coś upolować. Staram się nie dawać mu okazji do takich zachowań i rzeczywiście podstawą w tym temacie jest obserwacja mowy ciała kota- wtedy wiadomo, co może przydażyć się podczas zabawy. Poniżej pozwalam sobie zacytować krótki, ale ważny pod kątem porad artykuł p. Katarzyny Pielak z portalu koty.pl.

Zapewne niejednokrotnie twój kot bez przyczyny zaczął cię gryźć po rękach i atakować dłonie. Radzimy, jak temu zapobiec.

Jeśli chcesz uniknąć niepożądanego zachowania kota, musisz przestrzegać trzech głównych zasad: zwracać uwagę na kocią mowę ciała, nie traktować dłoni jak zabawek i nie stosować kar fizycznych. Najczęstszym błędem popełnianym, gdy kot gryzie dłoń, jest próba jej odsunięcia. Zwierzak jeszcze mocniej wgryzie się wtedy w ciało – to naturalna reakcja, gdy czuje, że ofiara mu się wyrwa. Zamiast odsuwać rękę, przesuń ją w stronę kota (jego szczęki), wówczas rozluźni uścisk.

Gdy kot zaczyna gryźć rękę podczas zabawy i wydaje mu się, że gryzie zabawkę, natychmiast skieruj jego uwagę na jakiś przedmiot. Złe zachowanie możesz przerwać krzykiem albo spryskaniem go zraszaczem do kwiatów. Spowoduje to, że kot się speszy i przerwie niechciane zachowanie.

– Absolutnie nie wolno pozwalać kotu na podgryzanie. Zwierzaki, którym pozwalamy robić to w czasie wspólnych zabaw czy pieszczot, zaczynają przejawiać tego typu zachowania na co dzień, a to może okazać się na dłuższą metę kłopotliwe – mówi behawiorystka Dagmara Mieszkis-Święcikowska.

Agresywne zachowanie sugeruje wcześniej kocia mowę ciała. Do znaków ostrzegawczych należą: marszczenie skóry, uderzanie ogonem, zmiana postawy, położenie po sobie uszu, koniec miłego mruczenia.

Ważne jest również, aby nagradzać kota po każdym dobrym zachowaniu. Nie należy tylko zabraniać, kot dobrze zmotywowany będzie spokojniejszy i grzeczniejszy.

Pamiętaj, że bicie kota przynosi odwrotny efekt od zamierzonego i tylko nasili problem.

[26.02.2011]

Poniżej kilka sennych i aktywnych ujęć mojego kocura – kiedy śpi wydaje się kocim aniołkiem, ale jak zbudzi się w nim lew to bywa różnie…

Nagroda dla znalazcy!

Posted by kotmonika under Blog, Latarnie morskie

Jest taka malutka miejscowość letniskowa Wisełka (na terenie Wolińskiego Parku Narodowego), położona kilka kilometrów od brzegu morza. Z dala od jej zabudowań, w pasie nadbrzeżnym na wysokim klifie (obecnie wzniesienie nazywane  Strażnica) znajduje się jedna z najbardziej dziko położonych naszych latarni morskich. Kikut (nazwa pochodzi od niemieckiego Kieck czy też Kieckturm) ma najwyżej położone nad poziomem morza światło. Jego wysokość to 91,50 m, a zasięg wynosi 16 Mm (29,6 km). Kikut  to lekko zwężająca się ku górze wieża zbudowana z wyrzuconych przez morze kamieni (jeśliby liczyć wysokość samej wieży to jest ona najniższa obok latarni jastarnickiej). Na obiekt nawigacyjny została dostosowana dopiero w II połowie XX wieku. Wcześniej służyła turystom jako wieża widokowa – z zadaszoną, otwartą górną partią. Zbudowana została prawdopodobnie w II poł. XIX wieku tuż przy starym szlaku kurierskim. W tym czasie coraz bardziej popularne stawały się wyjazdy nad morze w celach wypoczynkowych, toteż na opustoszałych górzystych terenach klifów pojawili się pierwsi letnicy. Wychodząc im naprzeciw postanowiono uatrakcyjnić miejscowość budując platformę widokową. W końcu tereny były i są naprawdę urokliwe. Pierwotna konstrukcja miała 10 m wysokości.  Dopiero w 1962 roku dobudowano kolejne 2,6 metra. Kiedyś wspinając się po jej stopniach można było obserwować okolicę przez liczne okna, dziś już ich nie ma – zostały jedynie wstawione małe okna tuż pod metalową laterną (usytuowana w miejscu dawnego drewnianego tarasu widokowego). Dawniej w jej okolicy funkcjonowały kramy i punkty gastronomiczne – dzisiaj  jest tylko dziki las i żadnych zabudowań świadczących o jakiejkolwiek bliskości cywilizacji. Do wieży można trafić idąc czerwonym lub czarnym szlakiem, jednak ostrzegam – oznakowanie jest marne (byłam tam kilka lat temu – być może teraz się coś zmieniło). Od samego początku przemienienia wieży w obiekt nawigacyjny – uczyniono z niej latarnię w pełni zautomatyzowaną, bez możliwości wchodzenia do jej wnętrza przez turystów. Znajdujące się w najwyższej partii urządzenia optyczne przybyły ze Szwecji. Zmieniacz żarówek wyposażony jest w 6 sztuk. Gdy jedna się przepala automatycznie włącza się kolejna. Idąc przez las w kierunku latarni ma się wrażenie, że przebywamy w terenie górskim. Ostatnie metry podejścia są naprawdę strome. Szkoda, że po takim trudzie wędrówki nie można jednak nacieszyć wzorku widokami. Ponoć mury latarni są tak grube, że wewnątrz nie ma zbyt dużo miejsca. U jej postawy grubość ta wynosi aż 1,1 m. Nie wiem czy w środku znajduje się wąska kręta klatka schodowa, czy tylko pionowa drabina. Tak czy inaczej widoki muszą być cudowne! Warto w drodze powrotnej zejść spod latarni na samą plażę. Tylko momentami jest widoczna nad linią drzew jej charakterystyczna biała laterna – z szybami wyłącznie od strony morza (część lądowa jest przez latarnię nieoświetlana).

Od dawien dawna szukam jakiejś starej fotografii bądź kartki pocztowej z Wisełki (niem. Neuendorf/Wollin) ukazującej wieżę z platformą widokową przed  przebudową. Niestety nadaremnie. Stąd tytuł tego wpisu – jeśli ktokolwiek trafi na takie ujęcie w przepastnych odmętach sieci będę b.b. zobowiązana i pomyślę o nagrodzie. Ja jeszcze się nie poddaję, choć pomału tracę nadzieję. Być może ktoś ma w jakichś prywatnych albumach rodzinnych fotografie np. pradziadków na jakimś tarasie widokowym, który mógłby być TĄ wieżą. Skoro klif i droga kurierska były popularnym szlakiem turystycznym,  z pewnością sprzedawano również pocztówki z tym miejscem. Jednak jak dotąd nie mam na tym polu sukcesów. Nawet ujęcia linii brzegowej w okolicach Wisełki i plaży na kartkach przedwojennych nie ukazują fragmentów zadaszonej wieży nad linią drzew. A przecież wtedy musiały być znacznie niższe niż obecnie. Taka fotografia to byłoby coś! Ech…

Poniżej ujęcie latarni sprzed 2 lat – Drussie dziękuję za fotografię! Oraz dwa ujęcia autorstwa p. Joanny Siegel – wejście i grube, kamienne mury latarni. Mapka znaleziona w internecie ukazuje jej położenie względem linii brzegowej.

[24.02.2011]

Latarnia morska Czołpino – usytuowana w Słowińskim Parku Narodowym – znów stanie się planem zdjęciowym polskiego filmu. Kiedyś odegrała znaczącą rolę w komedii romantycznej „Zakochani” Piotra Wereśniaka, w którym latarnika zagrał Cezary Pazura, a już w kwietniu tego roku zostanie w niej nakręcony nowy film o Hansie Klossie ze Stanisławem Mikulskim w tytułowej roli. Jak podaje Gazeta Kaszubska z 16 lutego:

Hans Kloss i jego odwieczny wróg Brunner spotkają się wkrótce w… latarni morskiej w Czołpinie.  W powiecie słupskim kręcone będą kluczowe sceny do filmu o najsłynniejszym polskim agencie, który reżyseruje Władysław Pasikowski.

Film będzie  kontynuacją kultowego serialu “Stawka większa niż życie” i ma nosić tytuł “Kloss  – podwójna stawka”. W rolę Hansa Klossa wcieli się ponownie Stanisław Mikulski, a Brunnera – znowu Emil Karewicz. W wywiadzie dla “Newsweeka” Mikulski zdradził kilka szczegółów dotyczących nowej produkcji: “Akcja filmu będzie rozgrywać się we współczesnej Polsce, jednak bez polityki i IPN. Będzie to ostra sensacja bez zacięcia humorystycznego. Sprawa dotyczy archiwów, które zbrodniarze wojenni chcieliby odzyskać. Intryga zaczyna się od morderstwa – ginie emerytowany generał, były wysoki rangą dygnitarz MSW, wywiadu, przyjaciel Klossa. Ten postanawia rozwikłać zagadkę zabójstwa i natyka się na Brunnera”. A co działo się z Klossem przez wszystkie lata od zakończenia serialu? Na to pytanie Mikulski również odpowiedział: “Został aresztowany, podejrzany o bycie podwójnym agentem, pracę na rzecz Niemiec Zachodnich. Dostał wyrok śmierci. Został jednak zrehabilitowany. Teraz jest na emeryturze, ma hobby – dłubie w samochodach”.

Do Urzędu Morskiego w Słupsku wpłynęło już pismo w sprawie wynajęcia latarni morskiej w Czołpinie na potrzeby filmu.  – Udzieliliśmy pozytywnej odpowiedzi – informuje Tomasz Bobin, dyrektor Urzędu Morskiego w Słupsku. Ekipa filmowców już za tydzień  chce wykonać  dokumentację  filmową latarni, ktora stoi na terenie Słowińskiego Parku Narodowego.  Zdjęcia rozpoczną się około 15 kwietnia  i potrwają miesiąc. W samej latarni filmowcy spędzą około trzech dni. Na ten czas obiekt będzie zamknięty dla ruchu turystycznego.

Poniżej zdjęcia z domowego archiwum  z wakacyjnego wypadu do Czołpina.

[23.02.2011]

Zima nie daje za wygraną… Niestety. Dziś drugi poranek z temperaturą kilkunastu stopni poniżej zera. Brrr… Ale i taka pogoda może mieć swój urok. Dla mnie ma ona sens, kiedy możliwe jest wyjście z domu w ostry mróz jeśli celem opuszczenia cieplej przystani jest możliwość odbycia spaceru brzegiem morza. A już idelanie byłoby żeby odwiedzić w taki mróz jakąś latarnię morską. Osobiście byłam chyba w połowie naszych latarni zimową porą. Ale większość ludzi podróżuje nad morze wyłącznie latem. Zatem popatrzmy jak wyglądają niektóre nasze blizy zasypane śniegiem. Dodam jako ciekawostkę – bo pewnei niewiele osób o tym pomyśli – większość wież jest nieogrzewana – toteż w ostre zimy ich ściany wewnętrzne oraz schody są skute lodem i pokryte szronem, Wspięcie się a wyższe kondygnacje ejst nie lada sztuką lae dla widokow – zwłaszcza w pogodny zimowy dzień warto!

Zdjęcia latarni wyszukane w sieci.

[22.02.2011]

Poniżej zdjęcia z domowego archiwum i mroźnych latarnianych eskapad:

1. zimowe zdobycie Nowego Portu

2. zimowy szturm na Rozewie

3.  Zimowa Twierdza Wisłoujście,  Hel, Cesarski Dwór w Krynicy Morskiej (kiedyś DW „Bałtyk” w którego wieżyczce zapalano światło nim po II wojnie światowej zbudowano nową latarnię) i Jastarnia.

Hel jakiego już nie ma…

Posted by kotmonika under Blog, Latarnie morskie

Czytając niedawno książkę o historii Helu, z przyjemnością przestudiowałam po lekturze bibliografię, poszukając w niej książek, które mogłoby i mnie zainteresować. Trafiłam tam na zbiorek opowiadań Juliusza Żuławskiego pt. Czas przeszły niedokonany, które są po części autobiograficznymi wspomnieniami – także z pobytów na Półwyspie Helskim w latach 30. XX wieku. Natychmiast zakupiłam ją za grosze na Allegro i szybko wpadłam po uszy – totalnie zaczytałam się w opowieściach Żuławskiego  – popadając ze strony na stronę w coraz większy zachwyt. Nie spodziewałam się, że poruszy mnie tak mocno proza pisana  ponad 80 lat temu. A już zupełnym zaskoczeniem było, że tak bardzo zidentyfikuję się z przemyśleniami autora, i tak współcześnie, ponadczasowo odbiorę to jak postrzegał świat i wg jakich zasad żył. Choć  jednocześnie zdaję sobie sprawę, że nie przystawałby do naszych czasów zdominowanych przez wyścig szczurów, a być może był już takim outsiderem i dla swojego pokolenia.

Nazwisko Żuławski od zawsze kojarzyło mi się z rodziną, której to męscy przedstawiciele wytyczali nowe szlaki i drogi wspinaczkowe w Tatrach. I wszystko się zgadza. Juliusz był jednym z 3 braci (obok Wawrzyńca i Marka). I wiele się wspinał, nie tylko w naszych rodzimych górach. Urodził się w Zakopanem, gdzie miał rodzinny dom, który przepięknie opisuje i ciepło wspomina. Juliusz był poetą i prozaikiem, tłumaczył również poezję anglojęzyczną. To pewnie dlatego jego  proza jest chwilami właśnie taka poetycka, balansująca na cienkiej linie pomiędzy jezykiem prozy, a już pomału stając się poezją. Otwierające zbiór opowiadanie Narodziny pamięci, to raczej impresja na temat domu lat dziecięcych. Ten krótki tekst przesiąknięty jest zapachami i odgłosami przeszłości. Już nim zostałam przekupiona i z przyjemnością uciekłam w kolejne teksty, przy lekturze których po prostu wchodzi się w opisywane miejsca i sytuacje, a zapomina o wszystkim wokół.

Szczególnie ujęły mnie wspomnienia z Półwyspu Helskiego. Autor mieszkał tam kilkakrotnie przez parę tygodni i bratał się z miejsowymi Kaszubami. Widać, że położona wtedy na końcu świata „helska kosa” ujęła go pod każdym względem. O Helu pisze Żuławski w Powrocie Odysa, Klemensie i Morzu. W tych opowiadaniach odnaleźć można Hel, którego już nie ma – rybacką wioskę o której dziś piszą już tylko historycy lub pojawia się we wspomnieniach z lat przedwojennych. Autor opisuje w nich autentyczne miejsca z takimi detalami, że widzi się ujęcia Helu ze starych kart pocztowych. Zapewnie i postacie tubylców istniały naprawdę. Dziś już nie dojdziemy czy tak rzeczywiście było. Wymieniane we wspomnieniach nazwiska tubylców to wielopokoleniowe rody zamieszkujące miejscowości Półwyspu do dziś. W każdym razie ten zbiorek  przekonał mnie do prozy Żuławskiego bardzo szybko. Myślę, że niedługo sięgnę po jego inne wspomnieniowe książki, które są uznawane za liryczne i psychologiczne. Owszem, jednego i drugiego w jego pisarstwie nie brakuje. I naprawdę pisze przepięknym językiem. We wspomnieniach z wybrzeża jest malarzem, który słowami zapełnia puste odcinki płótna cudownym pejzażem sprzed lat. Jestem zachwycona i zauroczona. To bardzo miłe zaskoczenie i ogromna przyjemność, bowiem każde literackie odkrycie jest na miarę wrażeń wspinania się po schodach wieży nieznanej dotąd latarni morskiej.

Na koniec krótki fragment o przeszłości z morskiego opowiadania Santa Maria – opisującego rejs wodami kanału La Manche w kierunku Londynu:

[…] Przeszłość nie rozpierzcha się, lecz się krystalizuje. I nie odpływa wraz z odpływającym czasem, ale tylko przyczaja się i przygasa, aby ni stąd, ni zowąd – nagle – znów spaść na nas tym pełniejszym zapachem i barwą, znowu gorącym powiewem zdmuchnąć sprzed oczu rzeczywistość, znów zatruć tym samym, dobrze znanym dreszczem. I tak na przemian powracająca lub przytajona w rezultacie nie opuszcza nas nigdy – wierniejsza, plastyczniejsza, bardziej uchwytna, bliższa, lepiej znana, dotkliwsza niż teraźniejszość. [Czytelnik 1984, Warszawa, str. 116].

Ujęcia dawnego Helu pochodzą z przedwojennych kart pocztowych z serwisów aukcyjnych.

[21.02.2011]

I fragment o samym Helu z opowiadnia Morze:

[…] Tymczasem podniosła się z morza ciemność i powietrze zaczęło nasiąkać nią i gęstnieć. Latarnia portowa błyskała miarowo. Rozwlekłe światła wioski iskrzył i zdmuchiwał wiatr. Pożegnałem Szweda i podreptałem do domu brzegiem. Brnąłem w mroku. Zbliżał się sztorm. Morze czarne i wzdęte nadlatywało z gwałtownym szumem, górę za górę waląc w piach i pożerając własną pianę, bezsilnie powracającą z obojętnego lądu. W sieni mojego domu zastałem nieopisany hałas: to wiatr zataczał się po ogromnym strychu i przez otwór w powale dął jak na tęgiej fujarce. Zbudziło mnie rano beznadziejnie smutne i rozdzierające jodłowanie syreny, a gdy wyjrzałem przez szybę, mgła biała i gęsta jak wilgotna wata zasłaniała morze i las. Ubrałem się i wyszedłem z domu i począłem iść ku wiosce, pełen złudzenia, że się poruszam w przestworzach. Syrena drgała monotonnie i miarowo, co parę sekund wysyłała znad pełnego morza swą bezustanną rozpacz. Nie można było jej nie słyszeć. Nasycała rozżaleniem wioskę i morze, las, mgłę niezmierną i każdego, kto brodził w jej śpiewie i we mgle.

Zbyt zimno było tego dnia na werandzie „Lwiej Jamy”. Usiedliśmy z Szwedem w mrocznej sieni bliskom kuchni spłonionej i cichego bufetu, przy piwie grzanym i ciepłej jajecznicy z przysmażaną szynką. Szwed kończył opowieść. [str. 138]

Na aukcjach internetowych pojawiła się ciekawa kartka z stawą nawigacyjną/latarnią Inoujśćie (Ihnamünde). Co dziś wiemy o tym miejscu? Jak podaje Wikipedia (niechętnie korzystam z tego  źródła ze względu na często błędne dane, ale tym razem zacytuję): Inoujście (do 1945 r. Ihnamünde) to nieistniejąca wieś w sołectwie Komarowo (gmina Goleniów), która  znajdowała się na półwyspie utworzonym przez wody Odry, Iny i jeziora Dąbie. Jak widać na zdjęciu ze starej karty pocztowej konstrukcja tej stawy nawigacyjnej była bardzo „latarniana”. Wieżę pomalowano na dwa kolory. Dziś można jedynie spróbować przeprowadzić małe śledztwo czy ten znak nawodny wciąż istnieje i gdzie się znajduje.  Po przejrzeniu zdjęć nabieżników na Zalewie w  Locji Bałtyku – Wybrzeże polskie z 1994 roku stawiałabym na nabieżnik Ina S lub Ina N. Obydwa wyglądają właśnie jak wieża ze starej pocztówki. Niestety nie znalazłam ich współczesnych zdjęć w sieci.

W opisie historycznym  znajdujemy także inną ciekawą wzmiankę:

Po zakończeniu II wojny światowej w jedynym ocalałym budynku mieściła się Stacja Nautyczna Urzędu Morskiego Szczecin, której latarnicy obsługiwali światła nawigacyjne wytyczające  tor wodny Szczecin-Świnoujście. Obecnie tereny dawnego Inoujścia są niezamieszkane, zostały jedynie resztki cmentarza i fundamentów oraz jedna zagroda. Okoliczne tereny to raj dla dzikiej przyrody, znajduje się tutaj zespół roślinności łąkowej. Wodami Iny i Roztoki Odrzańskiej prowadzi szlak kajakowyMeandry Iny z okolic Bącznika do dawnego Inoujścia, a następnie Odrą i jeziorem Dąbie do Lubczyny.

Podobne wizualnie stawy nawigacyjne znajdują się do dziś na torze wodnym Zalewu Szczecińskiego. Znajdziemy je np. w okolicy Trzebieży, przy wyspie Chełminek. Są to oznakowane numerami  tzw. bramy torowe . Zaprezentowane  poniżej zdjęcia współczesne pokazują bramę torową nr IV w okolicy wyspy Chełminek. Fotografie pochodzą z internetu. Autorami są m.in. Paweł Szymański (np. dwa ujęcia podpisane na stronie www.trzebiez.pl jako domek latarnika) i A. Kowalik.

PS. Paweł, dziękuję za zmotywowanie mnie i podsunięcie paru latarnianych tematów na przyszłość!

[19.02.2011]

Światowy Dzień Kota

Posted by kotmonika under Blog

Dziś 17 luty – zatem Międzynarodowy Światowy Dzień Kota – obchodzony  w Polsce od 2006 roku – kiedy to z inicjatywą uczczenia naszych kiciuchów wystąpił Miesięcznik „Kot” i Cat Club Łódź. W kraju odbywa się z tej okazji mnóstwo imprez m.in.  happeningowa impreza w Warszawie i Krakowie  pt. Wielka Psota na Dzień Kota. Jak możemy przeczytać na stronie imprezy na Facebooku:

[…] na Dzień Kota zrobimy coś, czego świat jeszcze nie widział – pierwszą na świecie Bitwę na kłębki wełny!  Chcecie pokazać światu swoją kocią naturę? Przyjdźcie 17 lutego przed godziną 16 na Plac Zamkowy w Warszawie lub na Rynek Główny w Krakowie -pod pomnik Mickiewicza (Tak! Koci atak nastąpi w dwóchmiastach jednocześnie!). Wypatrujcie wysłanników kota Felixa – od nich otrzymacie amunicję i gadżet-niespodziankę, ale tylko wtedy, gdy podacie hasło – prawdziwe kocie miauknięcie. Sami też możecie przynieść ze sobą kłębki (pożyczcie od babci albo od swoich kotów). Uzbrojeni, rozejdźcie się po terenie bitwy. Równo o 16 rozpoczynamy Wielką Psotę!  Chcemy pokazać pazur i kocią fantazję, dlatego mamy w planach coś więcej, niż tylko rzucanie w siebie kłębkami. Naszym celem będzie stworzenie wielkiej plątaniny, kolorowej fantazyjnej sieci. Aby psota zachwyciła każdego kota (a zwłaszcza Felixa!) będziemy rzucać kłębkami jak serpentynami, trzymając przez rzutem jeden koniec kłębka w dłoni.

Gdy skończy wam się amunicja – weźcie w obroty kłębki, które spadną niedaleko Was. Kończymy bitwę równo po trzech minutach. Jeśli pod ręką macie jakiś kłębek włóczki – zabierzcie go ze sobą (potraktujmy miejsca eventów jak wielką kuwetę – ktoś musi w niej posprzątać ;-))
Po akcji rozchodzimy się, jakby nic się nie wydarzyło…

Drugą imprezą jest Dzień Kota z Fundacją Viva! Warszawa, Traffic Club, ul. Bracka 25, 17 lutego · 17:00 – 20:00.

Światowy Dzień Kota to okazja, żeby podkreślić znaczenie kotów w życiu człowieka i wartość niesienia pomocy tym bezdomnym i najbardziej potrzebującym.

W tym roku Fundacja Viva! organizuje Dzień Kota w Warszawie, w Traffic Club.
Gościem specjalnym będzie Andżelika Piechowiak, która opowie o swojej przygodzie z kotami. Chętnym podpisze także swoją książkę „Koty i ich sławni ludzie”.
W programie przewidujemy również:
– występy młodych, kociolubnych artystów z warszawskich szkół;
– wystawę prac dzieci z Zespołu Szkół Specjalnych nr 101 w Warszawie;
– przyznanie dyplomów „Przyjaciel Kotów”;
– pokaz filmu „Stan zakocenia” Fundacji Czarna Owca Pana Kota
oraz
inaugurację nowej akcji fundacyjnej „PAKA dla BEZDOMNIAKA”.

Zaczynamy o godz. 17.00
Wstęp wolny.
ZAPRASZAMY!!!!

Trzecia impreza odbędzie się w Łodzi:

Serdecznie zapraszamy 20 lutego w godz. 11.00-18.00 do Galerii Łódzkiej na Światowy Dzień Kota!

W programie:
– pokaz kotów rasowych i domowych,
– program artystyczny,
– multimedialna prezentacja ras,
– wybór kota publiczności,
– koci makijaż,
– bezpłatne konsultacje weterynaryjne,
– konkursy dla dzieci z nagrodami,
– gość specjalny – Andżelika Piechowiak, aktorka i autorka „Koty i ich sławni ludzie”,
– spotkania z ciekawymi ludźmi.

Ponieważ często wstawiam tutaj fotki mojego kocura, dziś kilka zdjęć anonimowych kotów, które mnie zauroczyły (wyszukane w intermecie).

[17.02.2011]

PS. A na koniec trzy jakże urocze wiersze  Franciszka Klimka z zbiorku „Mruczę więc jestem”:

Powiem najkrócej,
w czym rzeczy istota,
bo może ktoś na to czeka:
Nie chodzi o to,
by człowiek miał kota,
tylko,
by kot miał człowieka.

*  *  *  *  *

Bo koty, to czułość i bliskość
na zimę, na lato, na jesień,
bo koty są dobre na wszystko:
na wszystko, co życie ci niesie…

*  *  *  *  *

W lodówce bryndza, w szafie mole,
w barku – to już mnie nie dotyczy,
lecz za to w kuchni – KOT na stole!
I to jest ważne! To się liczy!

Idzie wiosna…

Posted by kotmonika under Blog, Kot

I chyba rzeczywiście coś jest na rzeczy w temacie tego wpisu, gdyż Error jest coraz bardziej pobudzony, coraz więcej czasu spędza na parapetach (zaczęły się już drzemki w promieniach słońca) i węszy w uchylonych oknach świeże powietrze, w którym wyczuwa z pewnością powiew nowej pory roku. Wszystko za oknem jest ciekawe. Ten zewnętrzny świat to głównie ptaszyska, które go fascynują i dla których ma zarezerwowane specjalnie rodzaje dzwięków, jakie z siebie wydobywa. Często kolejną reakcją na wypatrzenie ptaka za oknem jest bieg pod drzwi wejściowe i „modlenie się” do nich. Przy tym tak przeraźliwie miauczy, jakby skończył się cały świat. I taka scenka rozgrywa się conajmniej raz dziennie. A tak poza tym wszytsko po staremu – kocia doba to sen i jedzenie. W pozach sennych nie ma sobie równych. Ale odgłos otwieranych drzwi lodówki zawsze postawi go do pionu. Więc przestałam już się łudzić, że jest czas kiedy kicia naprawdę głęboko śpi. Bądźmy realistą – nie ma takich chwil. On zawsze czuwa, bo jedzenie to priorytet. Pobudzenie wiosenne kota daje mi nadzieję, że wielkie lutowe mrozy jednak nas ominą. Oby Error się nie mylił i wielkimi krokami nadchodziła WIOSNA!

[16.02.2011]

Wiosenne pobudzenie…

A tak poza tym to śpię, śpię, śpię…

Robótkownia

Posted by kotmonika under Blog, Kot

Pod koniec stycznia pisałam o chęci powrotu do dziergania na drutach i pokazywałam zakupiony na Allegro komplet włóczek. Nie byłam wtedy do końca pewna co powstanie, miałam raczej luźny zarys gdzieś w głowie i przekonanie, że motywem prac będzie jednak kot – czarny kot. W miniony weekend pokończyłam dwie robótki i mogę już teraz pokazać nad czym ostatnio pracowałam. Żadne tam arcydzieła czy wysokich lotów prace, ale miałam przy ich robieniu ogromną frajdę i relaks a to było najważniejsze. Tak naprawdę mogłabym popruć te prace od razu i znowu coś porobić. W każdym razie padło na pasiastą kuchenną ściereczkę z kotem i etui na komórkę typu „skarpeta” – mrównież pasiaste i kocie. W etui mieszka już moja komórka, a ściereczka wymaga jeszcze dorobienia jej zawieszki na której będzie wisieć na wieszkaczku. Tak czy inaczej odświeżyłam sobie prace na drutach i odnalazłam w tej czynności taką radość, jaką mi to zawsze sprawiało.

[15.02.2011]

Walentego

Posted by kotmonika under Blog

Cóż po pierwszych, wręcz euforycznie spędzanych dniach 14 lutego, od chwili zaadoptowania na rodzimy grunt tego święta, przyszła pora na osąd bez emocji i dziś ten zimowy dzień nie wydaje mi się już niczym więcej ponad świętem komercji. Bo uczty miłości powinniśmy mieć na co dzień, wtedy lepiej smakują. Bo bliskość powinna być między dwojgiem ludzi, a nie w tłumie obściskujących się, bo to akurat taki dzień  i tak wypada. I jeszcze ta wszechobecna czerwień i serduszka… Może zemdlić. Wolę święta kameralne, nie na pokaz – a w Walentynkach podoba mi się dziś już tylko jedno – jeszcze jeden pretekst by zrobić komuś bliskiemu prezent i niespodziankę.Tylko że tego dnia to co wartościowe znika na półkach sklepowych, a w to miejsce wjeżdżają serca wszelakiej maści rodem z CHRL.  Przykre jeśli zakupy wynikają tylko z faktu, że tego dnia wypada. Oj, takiej postawy nie akceptuję! A ponieważ dziś od czerwonego koloru będzie można dostać migreny, to jako Walentynkowy akcent proponuję śliczny zaparzacz do herbaty o symbolicznym (niechaj już będzie!) i pasującym kształcie. Produkuje je niemiecka firma ADHOC. A wszystkim zakochanym, zaprzyjaźnionym i sprzyjającym sobie życzę, żeby podkreślali w pozostałe dni roku jak są dla siebie ważni.

Przy okazji Święta Zakochanych chciałabym zaprezentować budynek, który kiedyś skradł mi serce. Idealnie pasuje, abym  14 lutego napisała o nim kilka słów. Parę lat wstecz podczas zimowych i wiosennych wypadów do Międzyzdrojów odkryliśmy przy promenadzie popadajacy w ruinę dawny dom wczasowy. To co ze sobą obecnie prezentuje ściska serce, bo widać jaki musiał mieć potencjał i czym przy dużym nakładzie finansowym mógłby być w przyszłości. Potem zaczęłam szukać trochę informacji o nim i znalazłam starą kartkę pocztową z lat 40. XX wieku oraz już powojenne ujęcie. Powojenny wojskowy Dom Wczasowy „Bałtyk” to dawny hotel „Seeblick” : obiekt drewniano-murowany, budowany w latach 1890, 1910 i 1927 r. Jest zabytkową kamienicą położoną 50 m od morza, przy samej promenadzie. Wymaga nie tylko remontu, ale i gruntownej restauracji. Już w PRL-u był nazywany Perłą Bałtyku. Obecnie jest wystawiony na sprzedaż. Po częśći dachowej widzieliśmy, że ktoś kiedyś podjął się jakiegoś remontu i część dachówek została wymieniona. Koszty pewnie jednak przerosły inwestora. Powierzchnia budynku to ponad 1500 m kwadratowych, ma 3 kondygnacje, a cena wywoławcza to 9 mln złotych. Choć osobiście nie pamiętam „Bałtyku” z okresu kiedy sprawnie działał jako dom wczasowy, to żal mi tego obiektu, bo architektonicznie bardzo mi się podoba i mógłby być dziś cackiem i bardzo urokliwym pensjonatem. Ech te duże, wielodzielne okna i balkoniki od strony promenady! Pomarzyć można. Z tego co wyczytałam w internecie, budynek nadal niszczeje i czeka na swego wybawcę. Żal, naprawdę żal…

Zdjęcia współczesne pochodzą z portalu: gazeta.pl od użytkownika podpisanego jako jokerka2, kartki pocztowe z aukcji internetowych z Allegro i Ebay.

[14.02.2011]


Kocia wystawa – prace dzieci

Posted by kotmonika under Blog, Kot

W przyszłym tygodniu przypadnie Światowy Dzień Kota (przypominam, że tym dniem rokrocznie jest 17 luty), ale już dziś warto odnotować ten fakt oraz to, że w Księgarni Poznańskiej w Pasażu 222 (przy ul. Grunwaldzkiej) można podziwiać (a naprawdę jest co i warto!) prace plastyczne dzieci ze Szkoły Podstawowej nr 7 – będące pod opieką artystyczną Beaty Żyto. Młodzi artyści podeszli do tematu bardzo poważnie i profesjonalnie, czego dowodem są doskonłe czarno-białe obrazy naszych milusińskich. Co autor to inna forma i ekspresja kota. Nie wiem niestety czy grafiki można nabyć na miejscu, czy są tam tylko eksponowane. Wystawa czynna w godzinach pracy księgarni. Zapraszam! A Tobie Siostro gratuluję tak zdolnych podopiecznych!

[13.02.2011]

PS. Przy okazji tematu kotów i księgarni pragnę donieść wszystkim sympatykom mruczków, że w Empikach (a może i innych sieciach) jest już do nabycia (może nada się jako upominek na Walentynki?) przesympatyczna książeczka Izabelli Jarskiej z cudnymi ilustracjami Izabelli Rewcio pt. Kot jaki jest każdy widzi. To zbiór krótkich, bardzo trafnych i zabawnych felietonów nt bytowania ludzi i kotów na co dzień. Autorka z tej ludzko-kociej relacji powyciągała najistotniejsze problemy i ubrała w pełną humoru opowieść, przy której się śmiejemy i kiwamy twierdząco głowami do opisanych zdarzeń i przedstawionych argumentów. Każdy właściciel ciciucha będzie się z jej treścią identyfikował i na pewno nie omieszka polecić książeczki dalej. A ja przy okazji tego zakupu wykonałam małą sesyjkę z jej drugim czytelnikiem – tym najważniejszem i najbardziej krytycznym. Niech nie zmyli was przysypianie Errora nad lekturą. To wcale nie świadczy o tym, że z kart książki powiało nudą. Kot po prostu tak ma: zasadnicza funkcja to SEN, dłuuuuuugi sen.

Latarnia miesiąca luty

Posted by kotmonika under Blog, Latarnie morskie

Nadszedł nowy miesiąc luty (ja niestety odnotowuję to dopiero teraz, gdyż właściwie wszystkie dni miałam wyjęte z życiorysu z powodu tego paskudnego przeziębienia), zatem najwyższa pora na prezentację drugiej latarni z mojego naściennego kalendarza. W tym miesiącu pokój zdobi widok na dolne światło nawigacyjne portu Bremerhaven w Niemczech, a w tle tego znaku nawigacyjnego  widać wieżę starej latarni. Bremerhaven jest miastem w kraju związkowym Brema u ujścia Wezyry do Morza Północnego. Właśnie w tamtejszym porcie mieści się najstarsza czynna zbudowana na stałym lądzie latarnia na wybrzeżu Bałtyku i symbol tego miejsca powielany na kartkach i fotografiach. Powstała w 1853 roku i bywa nazywana wielką latarnią albo latarnią Simona Loschena (od imienia i nazwiska twórcy). Stoi przy śluzie do Nowego Portu w Bremerhaven. Dawniej pływały z niego ogromne parowce kołowe aż do Nowego Jorku.  Biało-czerwona (młodsza) pasiasta wieża światła dolnego przypomina sylwetką minaret. Poniżej kilka zdjęć prezentujących starą i nową latarnię oraz okolicę, w której się znajdują.

[12.02.2011]

Kocie bibeloty i Rybiooka

Posted by kotmonika under Blog, Kot

Uff… Pomału dzwigam się do pionu po poskudnym przeziębieniu. Grypa w tym roku zaatakowała z całą mocą. Musiałam udać się do lekarza po leki, bo żadna z metod, które zawsze na mnie skutkowały zawiodła. Praktycznie wszyscy wokół byli chorzy, a teraz padło również na moją drugą połówkę. Od rana temperatura i śpi jak suseł… A ja wracam do miłego rytuału buszowania po interenecie (aukcje, książki, nowości latarniane i morskie, muzyka, facebook itp.itd.). I na mojej dzisiejszej drodze sieciowego wędrowania znalazły się dwie fajne stronki, które pokrótce opiszę i zachęcę do pogrzebania w ich zawartości. Pierwsza to sklepik marzeń dla kociarzy. Nazywa się Koty i bibeloty – a te słowa oddają całkowicie to, czego możemy się po niej spodziewać. Idealny sklep dla kogoś kto będzie poszukiwać prezentu dla jakiegoś kociarza. Na stronce znajdziemy ceramikę, obrazy, ozdoby stołu,  figurki i kowalstwo artystyczne. Przedmioty są naprawdę inne niż znane ze sklepów z ofertą masowej produkcji. Poniżej kilka przykładów na zachętę. Dla mnie odkrycie i bomba!

Druga stronka to blog Rybiookiej – nazwany Scrapki, zdrapki i rybie łapki… Po raz drugi w ostatnim czasie polecam zatem stronkę osoby, która jest bardzo kreatywna i robi przecudne rzeczy w ramach tzw. scrapingu, ale nie tylko np. ozdoby świąteczne, aniołki, kartki – ekstra!  A ładnych rzeczy nigdy dość i jeśli coś mi się podoba lubię się tym dzielić i to od razu. Niestety nie trafiłabym na ten blog, gdyby nie życzliwość i podpowiedź kolegi blogera – Latarnika (dziękuję!). Poniżej kilka „produkcji” z tego blogu. Można tylko powzdychać i nacieszyć duszę takimi widoczkami.

[11.02.2011]

Subscribe to LATARNICA