LATARNICA

Latarnie morskie, koty, słowo drukowane i coś więcej…

Archive for Marzec, 2011

Dziś zauważyłam, że jest ostatni dzień miesiąca. A ja zaniedbałam ostatnio wpisy i zamilkłam. Nie było mi po drodze z siedzeniem w domu przy kompie, bo wracałam późno i ostatnią rzeczą o której marzyłam było patrzenie w ekran monitora. Ale jutro nowy miesiąc więc wypada na koniec wrzucić jakiś sympatyczny news. A wiadomość jest dobra, bo na naszym rynku mamy nową publikację rodzimego autora o latarniach morskich. Wydawnictwo Troy daje nam pięknie wydaną (póki co piszę tylko na podstawie informacji w necie – bo książka jest  w drodze, więc czas na konkretne zachwyty bądź krytykę dopiero przyjdzie) pracę Marcina Pielesza Latarnie morskie świata – Cuda techniki (objętość 112 stron, format 24 x 33 cm). Zachęcam do kupna w ciemno. Farolodzy na pewno się nie zawahają, największy jakiego znam kupił już na Allegro kilka egzemplarzy. Mnie osobiście kusi podtytuł – Cuda techniki. Liczę na jakieś ekstra przekroje, dziwne rozwiązania i ciekawe historie. I solidne źródła, z których na pewno czerpał autor. Póki co prezentuję okładkę, abyście wiedzieli co szukać. Książka została wydana w 2011 roku i jest dostępna w wielu księgarniach.  Już nie mogę się doczekać na paczkę. Wydaje się, że edytorsko będzie bardzo dobrze – a ekstra zdjęcia latarni to też ważny element. Zatem mamy nową pozycję latarnianią do polskiej biblioteki farologocznej i zawsze mnie to b.b. cieszy!

PS. Nareszcie wiosenne temperatury, dziś popołudniu było 16 stopni i padał cudownie pachnący, wręcz letni deszcz. A ja taszczyłam właśnie wtedy kota w transporterze na jego pierwszą wizytę u weterynarza. Był dzielny, doskonale to zniósł i oczarował panią doktor oraz jej asystentkę.

[31.03.2011]

 

 

I jak tutaj pisać blog?

Posted by kotmonika under Blog, Kot

Dobre pytanie, a w ostatnie wieczory towarzyszy mi bardzo często, bowiem Error jakoś upodobał sobie w tym tygodniu na wieczorne drzemki miejsce na stole na „zapleczu” laptopa. Ciepło tam jak przy kaloryferze, urządzenie milutko cicho mruczy i daje delikatną poświatę. Idealna lokalizacja do relaksu. Tymczasem ja próbuje w tym samym czasie nadrobić korespondencje mailową, dokonać wpisu na blog czy obrobić dopiero co wykonane zdjęcia. Niestety często koci ogon nie pozwala swobodnie poruszać się po klawiaturze, jakieś łaciate łapki zasłaniają część ekranu, a zdarza się że myszka bywa najlepszą poduszeczką. Ech koty! Życie z wami to pasmo wiecznej przygody i survivalu pod jednym dachem, ale bez was nie wyobrażam sobie świata! Dziś udało się sprawować władzę nad sprzętem, bo w pewnej chwili kocur zaczął przygryzać kabel od myszki. Tego już nie mogłam tolerować. Został przetransportowany na krzesło, gdzie właśnie słodko śpi.

[25.03.2011]

Lodowa latarnia

Posted by kotmonika under Blog, Latarnie morskie

Mimo nadejścia wiosny dziś wrócę na chwilkę do grudnia 2010 – kiedy to nie tylko u nas ale i na granicy Kanady i Stanów Zjednoczonych panowały ogromne mrozy. Nie każdy wie, że Wielkie Jeziora – nazwa zupełnie nie jest przypadkowa, bowiem aby bezpiecznie żeglować na ich akwenach postawiono tam znaki nawigacyjne w postaci latarni morskich – podczas silnych mrozów i sztormowej pogody narażają wybrzeża i zabudowania na linii brzegowej na liczne niespodzianki. Na pewno jedną z nich stała się lodowa rzeźba latarni morskiej – a tak naprawdę prawdziwy działający znak nawigacyjny Cleveland Harbor West Pierhead Lighthouse – prezentująca się niczym zamek z lodu. Fale powstałe na jeziorze rozbijały się o skałę, na której stoi latarnia wyrzucając na wiele metrów w górę rozpyloną wodę. Piana morska wyrzucana na obiekty lądowe natychmiast tworzyła pancerze lodowe. Efekt wizualny niesamowity! Z drugiej strony niebezpieczeństwo dla żeglugi, bowiem nie szło odczytać sygnałów wysyłanych przez tą latarnię.

Obiekt zbudowany został w roku 1911 na falochronie przed wejściem do portu w Cleveland. Jest jedną z wielu latarni na jeziorze Erie. Od roku 1965 został w pełni zautomatyzowany. Obecnie światło błyska na jezioro co pięć sekund.  Budynek jest niedostępny do zwiedzania. Najładniej prezentuje się z pokładów statków wycieczkowych. Poniższe zdjęcia lodowej rzeźby wykonała 14 grudnia 2010 amerykańska straż przybrzeżna.

A tak się prezentuje przy dogodniejszej pogodzie:

[24.03.2011]

 

1 dzień wiosny

Posted by kotmonika under Blog, Latarnie morskie, Lektury

Wreszcie jest! Kalendarzowa wiosna! A wraz z nią mój blog pod nowym adresem. Wybaczcie jeszcze brak fot, chwilkę to potrwa zanim się pojawią na swoich miejscach, ale obiecuję, że wszystko wkrótce wróci do normy. Dziś mały cytat z aktualnej lektury, kolejnej wspaniale napisanej powieści Irlandczyka Johna Banville’a pt. Zaćmienie: (może wyrwany dość z kontekstu, ale poruszył mnie trafnością, bo sama mam takie wstydliwe momenty dzieciństwa w pamięci i jakoś raz na jakiś czas powracają boleśnie w dorosłym życiu).

[…] Zawsze uważałem za skandal, że pamięć o wstydliwych momentach naszego dzieciństwa prześladuje nas przez całe dojrzałe życie. Nie dość, że błędy poczynione w młodości zawstydzały nas wówczas, kiedy byliśmy najbardziej wrażliwi, to jeszcze zostają z nami, nieuleczalne jak poparzenia, które  przy najdelikatniejszym dotknięciu pieką boleśnie. Grzech młodości popełniony w okresie dojrzewania wywoła rumieniec na policzkach dziewięćdziesięciolatka leżącego na łożu śmierci. Nadeszła właśnie chwila, kiedy muszę wywlec na światło dzienne jedną z tych plam mojej przeszłości, którą wolałbym  zostawić w mroźnym  mroku zapomnienia.

[tłum. Jerzy Jarniewicz, str. 109, W.A.B. 2004]

Zdjęcie autora pochodzi ze strony Ireland Institute of Pittsburgh.

Aukcyjnie też miła wiosenna niespodzinka – śliczne dwie kartki z wyraźnie widocznymi starymi latarniami Westerplatte i Krynica Morska oraz klimatyczny pejzaż wybrzeża w Kołobrzegu, daleko w oddali sylwetka latarni u nasady falochronu wschodniego.

[21.03.2011]

 

Idzie wiosna?

Posted by kotmonika under Blog, Kot

Hm… chyba idzie. Pomalutku, ociężale, ale jest gdzieś za zakrętem. Być może już za kilka dni ujawni się swym ciepłem, zielenią, zapachem… Póki co jedynie zwierzęta wyczuwają wyraźnie zmianę pór roku. Errora coraz bardziej interesują rośliny: doniczkowe, kwiaty cięte, zapach wilgotnej roślinności zalatujący z uchylonego okna, wylegiwanie się w promieniach słońca na parapecie. Brata się z zieleniną w każdej doniczce: ociera, skubie, wącha… Do tego wstąpiła w niego dodatkowa energia, więcej biega, goni, poluje,  a mniej drzemie za dnia, jak to było w mrozy i krótkie zimowe dni. Kto jak kto, ale zwierzak nie może się mylić. Jest zdecydowanie bliżej natury niż my – ludzie. Zatem wiosno, jesteś już blisko.

[17.03.2011]

Wszystkich moich wiernych Czytelników informuję, że niedługo ten blog znajdzie się pod nowym adresem. Znajdziecie go na www.latarnica.pl. Już dziś zapamiętajcie ten adres. Profil blogu nie ulegnie zmianie i wszyscy ciekawi informacji latarnianych, literackich i kocich są tutaj mile widziani. Zachęcam do wyrażania swoich opinii w komentarzach.

[15.03.2011]

Jak wygląda Latarnica?

Posted by kotmonika under Blog, Latarnie morskie

Ja już wiem, jak wygląda. Ale zupełnie nie spodziewałam się, że trafię na nią aż w RPA. A wszystko dzięki wpisowi w dzienniku podróży z jesieni 2010 roku znalezionym na portalu info.wiara.pl. Na Przylądku Igielnym położonym w Agulhas National Park (RPA)  znajduje się najstarsza czynna latarnia morska w RPA zamieniona w roku 1973 na muzeum (Agulhas Ligthouse). W wspomnianym dzienniku znalazłam wpis o intrygującym tytule Na spotkanie z Latarnicą. Oto jego istotny fragment:

30.09 – 01.10.2010r.

Noc upłynęła nam spokojnie. Dzień rozpoczęliśmy od lekkiego śniadania, układając plany na następne godziny. Jesteśmy jeszcze trochę niezorganizowani, pakowanie zajmuje nam sporo czasu, ale to tak naprawdę pierwszy dzień naszej przygody i musimy się „dotrzeć”. Przed południem objuczonymi Brennaborami wyruszyliśmy nad latarnię morską zdobyć pieczątki do naszej książki, zrobić zdjęcie tak charakterystyczne i ważne dla naszego etapu.

Tuż obok latarni morskiej stoi drewniana figura Latarnicy…”

Mnie prowadziła jeszcze chęć przekonania się na własne czy prawdą jest historia o tzw. „Posągu nieszczęścia”, o którym czytałam jeszcze w Polsce. Pierwszą rzeczą, którą można dostrzec po dotarciu na Przylądek Igielny jest z całą pewnością latarnia morska, ale zaraz za nią posąg, który wpatruje się w daleki horyzont Atlantyku. Ma się wrażenie, że to jakaś szalona postać, która patrzy w tę siną dal, gdzieś, gdzie kogoś drogiego straciła….

Lata to bardzo dawne. Niedaleko wybrzeża koło Agulhas zatonął okręt zdążający do Indii. Część załogi się uratowała. Między wyratowanymi była rodzina francuska – młode małżeństwo. Dziecina ich zginęła w toni – pozostali znowu we dwoje. Po pewnym czasie inny okręt zabrał rozbitków – ale kobieta odjechać nie chciała, bo przecież właśnie te fale kryją jej chłopca. Pozostali. On zaczął klecić łódź- wśród okolicznych tubylców znajdując materiał, i aby żyć wyjeżdżał na połów. Ona wstała zawsze na wzniesieniu, gdzie dziś stoi figura – i żegnała go, lecz choć łupinka żeglarska ginęła wśród fal, stała dalej i patrzyła na Atlantyk, który krył jej dziecię. Zdawało jej się może, że słyszy szczebiot maleństwa. Stała tak zawsze do powrotu męża. Tak biegła lata, a postać niewiasty stojącej na skale znaną się stała wszystkim okolicznym rybakom. Była pewnego rodzaju drogowskazem. Aż oto ocean zgotował jej drugi cios. Pewnego dnia, jak zawsze pożegnała męża. I potem stała długo mimo, że wicher wiał z taką mocą, że przewracał. Stała – ocean szalał – fale bluzgały coraz wyżej. W końcu przeminęła burza, ale na brzegu ujrzała roztrzaskaną łódź swojego męża. Wówczas padła z rozpaczy trupem. Rybak jednak cudem się ocalił. Ocean wyrzucił go daleko na wschód od Agulhas, a gdy przybył do domu i nie zastał w nim żony, poszedł ku skale, gdzie go zawsze oczekiwała. Znalazł tylko zwłoki. Nie umiał już żyć samotnie. Z drzewa począł ciosać postać zmarłej, choć nie był artystą. Ciosał z pamięci. Potem przymocował ją do skały i jeździł dalej nad morze – widząc zawsze spoza fal długo jeszcze swą ukochaną małżonkę. Legenda czy prawda? Nie wiem … Ale staruszek, który mi ją opowiadał, tak się przejął opowiadaniem, że gdy skończył wyjął z zanadrza chustkę i ocierał nią łzy, które ciekły po zoranej, zmarszczkami twarzy.”

Ta opowieść ma wiele znaczeń. Kobieta stojąca na brzegu i tęsknie patrząca w toń oceanu, to za swym dzieckiem, to za mężem jest symbolem cierpliwego czekania.

„Bo męska rzecz być daleko,

A kobieca wiernie czekać…”

Poniżej zdjęcie owej figurki:

Ale i sama latarnia Agulhas zasługuje na szerszą prezentację bowiem jest śliczna architektonicznie i bardzo ciekawa wewnątrz, zarówno w salach wystawowych muzeum jak i w detalach – w końcu ma długą historię i widać to na zdjęciach. Fotki pochodzą z internetu – z różnych źródeł. Na stronie www.africangamesafari.pl możemy przeczytać na jej temat:

[…] Przylądek Igielny, w języku angielskim Cape Agulhas albo L´Agulhas wziął swoją nazwę od portugalskiego słowa „igła” ponieważ dawni portugalscy żeglarze zauważyli że ich igły kompasów nie mają tutaj żadnych odchyleń pomiędzy północą a magnetyczną północą. Jest to najbardziej wysunięta na południe część kontynentu afrykańskiego uważana za koniec Afryki. […] Jest tutaj druga najstarsza w kraju latarnia morska, wybudowana w 1849 roku i zaprojektowana w sposób żeby wyglądała od strony morza jak twierdza. W 1962 roku zwiększono moc światła. Obecnie latarnia wysyła promień światła o mocy 11 milionów kandeli. Mury latarni nie wytrzymały ciężkiego klimatu i musiały być całkowicie przebudowane w ten sposób żeby być przedłużeniem Muzeum Bredasdorp.

Gdzieś w sieci wyczytałam, że przy projektowani tej latarni wzorowano się na architekturze słynnej latarni z Faros w Aleksandrii, a na jej najwyższy punkt wiedzie 71 schodów. Na Cape Agulhas spotykają się dwa oceny. To niezwykłe miejsce z uroczą latarnią. Wszystkie znalezione zdjęcia mnie przekonały, że chętnie wybrałabym się tam osobiście. A skoro już na fotografiach wygląda to tak dobrze to co dopiero w realu! Ech, pomarzyć można…

[12.03.2011]

Święte odpoczywanie

Posted by kotmonika under Blog, Kot

Ten tydzień jest jakiś wyjątkowo ciężki dla organizmu. Może po trochu przez to, że zmieniają się pory roku, wszystko odczuwamy bardziej intensywnie, także pogodę, i ilość światła. Środowy post też zrobił swoje – po prostu tydzień, który warto aby szybko się skończył. Dziś piątek, wkrótce początek weekendu i o kolejne parę dni bliżej do wiosny. Niechaj hasłem dnia stanie się anonimowe przysłowie angielskie:

Po dobrze spędzonym dniu nasza poduszka jest słodka.

Poniższe ilustracje pokazują, że te „poduszki” mogą być różne – ważne aby były wygodne a odpoczynek był i miał swoją jakość – czego życzę wszystkim na te dwa wolne dni. Zdjęcia bulika pochodzą ze strony blogu Tofika poświęconemu wspaniałemu pieskowi tej rasy, który jest błaznem i filozofem jednocześnie.

[11.03.2011]

Kolberg by night

Posted by kotmonika under Blog, Latarnie morskie

Przeglądając dziś zdjęcia z sierpniowego pobytu w Kołobrzegu zauważyłam, że została mi całkiem spora ilość ciekawych fotek o zmierzchu i nocnych. Szkoda by było się nimi nie podzielić. O samej latarni napisałam już dość sporo. Ale przy okazji ujęć nocnych przypomniał mi się taki jeden aspekt, z pewnego jesiennego pobytu w tym mieście. Kiedy byliśmy jednego dnia na kolacji w porcie, wracaliśmy już po zmroku. Czynny i dostępny turystom był wówczas falochron wschodni i poszliśmy na jego końcówkę, mimo że wiatr się wzmagał i fale były coraz wyższe. Z pobytu pod światłem wejściowym na główce falochronu pamiętam potężny huk fal, spienioną wodę przelatującą ponad naszymi głowami i nieziemski widok na pracującą w ciemnościach optyką kołobrzeskiej latarni. Jej światło miało potężną moc i cudownie przebiegał po czarnym nieboskłonie snop ruchomego światła. Można było patrzeć i patrzeć bez końca. Na podobne wrażenia liczyłam w sierpniu, ale rozczarował mnie remont obu falochronów i zamknięty teren budowy. Jeśli, gdzieś nadarza się okazja aby obserwować pracę latarni po zmroku – robię to z ogromną ekscytacją. Podobny, choć inny pech, spotkał mnie w ubiegłym roku w Niechorzu. Pierwszy pobyt w tym miasteczku, pierwszy pobyt w tamtejszej latarni i podczas 4 dni w tym miejscu aparat optyczny miał awarię i nie świecił. A tak pięknie  widać wieżę i laternę z plaży. Może będzie jeszcze inna okazja. Nie mogę tego przepuścić. Latarnia Niechorze jest wyjątkowo uroczo zlokalizowana. I całkowicie się zakochałam w tym miejscu.

[10.03.2011]

Gratka aukcyjna!

Posted by kotmonika under Blog, Latarnie morskie

Uwielbiam ten zastrzyk adrenaliny, kiedy na aukcjach natrafiam na jakąś mało popularną kartkę z jedną z naszych latarni. Tym razem pojawiło się w sprzedaży unikatowe ujęcie latarni morskiej Gąski (Leuchtturm Funkenhagen). Piękna panorama z linią wydm i widniejącą za nimi wieżą latarni. Wypisywana była 19 czerwca 1906 roku. Ma więc na pewno ponad 100 lat! Jedyny mankament to cena wyjściowa, która została określona na poziomie 199 zł. Jak dla mnie za dużo i na szczęście mam bardzo podobne dwa ujęcia Gąsek –  również sprzed ponad 100 lat, w tym jedno z roku 1903. Na każdym z tych zdjęć można dopatrzeć się postaci ludzkich spacerujących po wybrzeżu. Nie widać czy któraś z postaci to latarnik. Być może to letnicy albo ktoś z rodziny latarników. Dawno temu ta latarnia była na całkowitym odludziu. Jeszcze dziś wydaje się dość daleko od cywilizacji, choć parcele wokół niej są systematycznie wyprzedawane pod domy letniskowe i całoroczne. W niedalekiej przyszłości pewnie teren wokół latarni Gąski będzie jak ten w Niechorzu, gdzie wisi już tablica z symulacją komputerową  nowego osiedla apartamentowców wokół latarni. Akurat takie przemiany nie podobają mi się, mimo, że marzyłam zawsze o domu/mieszkaniu z widokiem na latarnię. Ale nie takim kosztem, aby okolice bliz zamieniać w osiedla. One powinny stać samotnie – tak jak samotnie strzegą bezpieczeństwa na pewnym odcinku wybrzeża. Z pewnością jednak tego procesu budowy nie zahamujemy. Aż strach pomyśleć jakie będą okolice latarni za 25-50 lat. Być może wtedy latarnie będą już zamknięte na cztery spusty i nawet turyści się nimi nie zainteresują. Oby tak nie było. Mam nadzieję, że Towarzystwa dbające o dziedzictwo morskie nie dopuszczą do takich zaniedbań. Póki co ruch turystyczny w wieżach jest intensywny, a latarnie przyciągają przedstawicieli kilku pokoleń. I niech tak już zostanie!

[09.03.2011]

Kilka dni wcześniej pokazywałam zarówno zewnętrzne ujęcia na Fort Ujście (także detale latarni) jak i jej wnętrze, które miejscami zaskakuje otwartą przestrzenią. Wspomniałam wtedy, że jak w każdej wyprawie na nadmorską wieżę – ważnym punktem kulminacyjnym wspinaczki po stopniach jest widok z górnego tarasu na okolicę. Kołobrzeska latarnia nie należy do wysokich. Położona w porcie, u nasady wschodniego falochronu (podobnie są zlokalizowane choćby latarnie Darłówko czy Ustka) daje możliwość zapoznania się z ukształtowaniem linii brzegowej w kierunku zachodnim i wschodnim oraz na wyjście z portu i miasto. Kiedyś korzystaliśmy z kwatery noclegowej po drugiej stronie kanału. Do plaży, dzikiej i opustoszałej jesienią było blisko, ale do centrum miasta była to daleka wyprawa. Za to w sierpniu mieszkaliśmy tuż obok latarni. Lokalizacja idealna. I warta kiedyś powtórzenia.

Poniżej widoki na wybrzeże w kierunku zachodnim i tor wodny portu:

Poniżej widoki na wybrzeże w kierunku wschodnim:

Poniżej widoki  w kierunku centrum miasta i na teren fortu:

[08.03.2011]

Error też rodzina

Posted by kotmonika under Blog, Kot

W minioną sobotę byliśmy na rodzinnej uroczystości. Postanowiliśmy na nią pojechać z kotem (oczywiście zapytawszy uprzednio, czy będzie mile widzianym gościem) i tak Error po raz pierwszy od grudniowej wyprawy transporterem i autem ze schroniska do nas do domu, wybrał się w swoją drugą podróż samochodową. Pakowania było co niemiara. Bo przy kocie trzeba też zabrać kuwetkę, żwirek no i jak to ze zwierzakiem: jego miski, jedzonko itp. itd.  Kocur dzielnie zniósł jazdę autem. W samochodzie wyszedł z transportera i ciekawie zerkał przez okno. Bodźców zewnętrznych było tyle, że nie wiedział na co patrzeć. Po 20 minutach dotarł na miejsce i czekała go jeszcze jedna atrakcja – jazda windą na 12 piętro. Potem nowe otoczenie, inne zapachy, nowe twarze. Odnalazł się nadspodziewanie dobrze. Był bardzo grzeczny, towarzyski i uwielbiał patrzeć z okna na widoki z 12 piętra. Emocji miał sporo i nie przysnął nawet na minutkę. Powrót po zmroku był już bardziej przykry, trochę się bał i z koszyka już w aucie nie wyszedł. W każdym razie pierwsze koty za płoty, jeśli chodzi o wyjazdy z kotkiem. Przed nami sezon letni i dłuższe wyprawy na działkę! Poniżej kilka ujęć z dnia następnego – niedzielna kawka i relaks. Choć Error nie lubi słodyczy to drożdżówka na stole i kawa jest czymś co trzeba mieć bacznie na oku i w zasięgu węchu. Dwa zdjęcia pokazują też nowe przytulne gniazdko, które kotek sobie sam uwił – uwielbia wszelkie torby, siatki i torebki. Szara torba na prezenty była idealnym schronieniem na krótką drzemkę.

[07.03.2011]

Tego wpisu by nie było, gdyby życie samo nie dopisało tej historii szczęśliwego finału. A wszystko zaczęło się od wrześniowych imienin mojej siotry, na które podarowałam jej m.in. zakupiony latem w Kołobrzegu brelok do kluczy w postaci sympatycznego misiaczka przepasanego dzierganą torebką. Jako że siostra od zawsze ze wszystkich zabawek uwielbiała misie a jako osoba już dorosła lubi podróże i wędrowanie – misiek z torebką wydał mi się idealnym symbolem tego, co do niej pasuje, bo podkreśla jej pasje  i zainteresowania. Brelok zrobił furorę, a niedźwiedź od razu zyskał imię – Chechłacz i stał się strażnikiem kluczy. Niestety późną jesienią, a może na początku zimy, siostra zauważyła w domu puste zapięcie przy kluczach, a po pluszowym strażniku nie było śladu. Padło podejrzenie na psa, potem przeszukano drogę powrotną z pracy i nic. Chechłacz przepadł i smutek zapanował z powodu jego odejścia. Pamiętam wieczorny sms, że misiek zaginął. I mnie się zrobiło bardzo przykro, bo wiedziałam że drugiego takiego identycznego nie dostanę. Na Boże Narodzenie postanowiłam dołożyć jako dodatek do prezentu podobnego misia. Szukałam kilka tygodni jego klonu  na Allegro i nic. W końcu zakupiłam samego misia i osobiście wydziergałam mu torebkę. Radość z prezentu pod choinką była ogromna. Przy kluczach zawisnął nowy Chechłacz Junior. I ten przetrwał do dziś ale… No właśnie. To zdarzyło się w ubiegłym tygodniu. Podczas rozmowy telefonicznej z siostrą w pewnej chwili ona przerwała temat i mówi, że coś widzi w śniegu pod blokiem. Podniosła TO i okazało się, że to Chechłacz nr 1! Przetrwał w zaspie śnieżnej całą zimę i teraz przy roztopach ujawnił swoją obecność. Został z honorami odniesiony do domu, wysuszony na kaloryferze i po tej kuracji znowu ma swój dom i zyskał młodszego brata. Oba misie mają się świetnie i życie pokazało, że nie ma to jak żywot we dwoje.  I że nigdy nie należy tracić nadziei! A że wszystko jest super niech przekonają o tym poniższe fotki. Mniejszy misiek z zieloną torebką to Chechłacz Junior. Dobrej, słonecznej  niedzieli dla wszystkich!

[06.03.2011]

Latarnia marca

Posted by kotmonika under Blog, Latarnie morskie

Nadszedł nowy miesiąc, a wraz z nim przełożyłam kartę w moim wielkim latarnianym kalendarzu na rok 2011. Zatem pora na kilka słów o marcowym widoczku. Motywem miesiąca jest charakterystyczna pasiasta sylwetka wieży latarni Pilsum (nad Morzem Północnym, region Dolnej Saksonii) w pobliżu miejscowości Greetsiel na terenie Wschodniej Fryzji (Ostfriesland). Usytuowana dosłownie w szczerym polu, 3 km od miasteczka jest atrakcją turystyczną i można zwiedzać jej wnętrze. Geograficznie Wschodnia Fryzja to półwysep Fryzyjsko-Oldenburski na najbardziej wysuniętym na północny zachód wybrzeżu Niemiec. Tereny półwyspu to głównie obszary piaskowe i wydmy oraz łąki i wrzosowiska. Podstawową dziedziną utrzymania się mieszkańców tych terenów jest turystka i rekreacja. Goście półwyspu najczęściej odbywają eskapady po okolicy pieszo lub na rowerach. Z Greetsiel (miasteczko liczy obecnie 1500 mieszkańców) najwygodniej dojechać do latarni rowerem. Budowla znajduje się na wale przeciwpowodziowym przy kanale Emshörm. Bywa nazywana Otto Turm – ze względu na to, że popularny komik niemiecki o tym imieniu nakręcił z jej udziałem film. Latarnię zaczęto budować w 1915 roku – prace ukończono w 1919. W roku 1973 przeszła gruntowną renowację i wtedy zyskała po raz pierwszy swoje charakterystyczne ubarwienie (poziome żółto-czerwone pasy). Wcześniej wieża miała jednolity kolor czerwony. Od 2004 roku w wieży latarni odbywają się ceremonie ślubne. Wolne terminy na rok 2011 można sprawdzić w internecie. Więcej o latarni można poczytać na oficjalnej stronie w języku niemieckim: TUTAJ.

[02.03.2011]

Zmienił się miesiąc, ale temperaturowo nadal tkwimy w głębokiej zimie. Śnieg zalega na trawnikach i poboczach dróg, mróz trzyma (rano było minus 7) i obowiązkowo przed wyruszeniem do pracy trzeba oskrobać wszystkich szyby auta. Nie cierpię tego. Ale marzec to brzmi już wiosennie i każe optymistycznie patrzeć w przyszłość. A ja kontynuuję moją kołobrzeską opowieść. Po detalach architektonicznych pora na wycieczkę do wnętrza latarni.

Wchodzi się do niej niewielkimi drzwiami, za którymi można nabyć bilet wstępu, wbić pamiątkową pieczęć i zakupić kartki pocztowe. Początek drogi ku górnemu tarasowi jest wąziutki i niczym w prawdziwej twierdzy. Kręty korytarz z punktowym oświetleniem, wokół grube, lodowate, surowe mury. W powietrzu czuć wilgoć i historię tego miejsca. Im dalej i wyżej robi się bardziej przestronnie. Po drodze mijamy otwartą salę boczną, w której jest dobrze zaopatrzony sklepik z pamiątkami (trochę latarnianych przedmiotów wartych uwagi, ładne magnesy na lodówkę) i ekspozycja wystawowa nt latarni i latarnictwa. Na kolejnym poziomie wąski tunel ciągnący się wzdłuż murów twierdzy przechodzi w szeroką klatkę schodową z pustą, otwartą przestrzenią na samym środku. Zupełnie to nie pasuje do tego co moglibyśmy się tam spodziewać. Detale wnętrza pomalowane są na kolor zielony. Na ścianach wiszą reprodukcje sztychów i zdjęć z etapami rozbudowy Fortu Ujście. Można więc zobaczyć Fort jeszcze z okresu przed wybudowaniem pierwszej latarni, potem kolejne wieże. Znajdziemy tam również historyczne zdjęcie kołobrzeskiej strażniczki portu – z czerwoną radziecką gwiazdą w najwyższym jej punkcie. Idąc metalowymi schodami niczym na klatce schodowej jakiegoś bloku mieszkalnego dochodzimy do miejsca, gdzie się one bardzo zwężają i ostatnie podejście na zewnętrzny taras widokowy pod laterną jest ponownie wąziutkie. Przez przeszklone, owalne pomieszczenie wychodzimy na świeże powietrze. Aparat latarni jest powyżej nas i nie widać optyki z tarasu dla turystów. A szkoda. Widok – jak z każdej latarni – jeden z najładniejszych: na port, główki falochronów, promenadę wzdłuż plaży i zadbane otoczenie Fortu. Choć wysokość wieży nie jest imponująca (to jedna z naszych niższych latarni) to mimo wszystko okolica wygląda stąd inaczej i ciekawie. Wejście na górę nie nastręcza żadnych trudności. Dlatego wycieczka do latarni cieszy się sporym zainteresowaniem starszych wiekowo kuracjuszy z licznych w Kołobrzegu sanatoriów. Zwiedziwszy latarnię poczułam ulgę, bowiem kilka dobrych lat czekałam, aby poznać jej wnętrze. Kolejna tajemnica otwarła dla mnie swoje podwoje. Już nie mam  co imaginować jak to wszystko w środku wygląda. Po prostu teraz to wiem i wszystkim, którzy jeszcze tam nie byli prezentuję poniżej migawki z tej eskapady. Niestety pogoda była paskudna toteż kolory i nasycenie światła są jakie są. Nie miałam na to wpływu. Zatem zapraszam do wnętrza…

[01.03.2011]

Subscribe to LATARNICA