LATARNICA

Latarnie morskie, koty, słowo drukowane i coś więcej…

Archive for Czerwiec, 2011

Wakacje moich znajomych zmotywowały mnie i zainspirowały, aby króciutko napisać  o dwóch ciekawostkach dotyczących latarni w Ustce i Czołpinie. Obie strażniczki to całkiem różne architektonicznie budowle i zupełne inne położenie. Ustka, usadowiona u nasady falochronu jest w centrum miasta i życie wokół niej wre. Czołpino to samotniczka, z dala od ludzkich siedzisk, wręcz odcięta od cywilizacji i świata.

Duchy w usteckiej wieży

Z latarnią w Ustce wiążę się historia z duchami, która zakończyła swój żywot całkiem niedawno, podczas remontu latarni. Otóż mówiło się, a potwierdzali to też wszyscy kolejni pracownicy latarni, że w jej wieży straszy, bo gdy samotnie pełnili w niej warte a sztormy szalały za oknami słychać było pod laterną  jęki, wycie, stukot i tupanie. Odgłosy te tłumaczono obecnością duchów tych co zginęli z powodu zaniedbań latarników na morzu oraz że są to głosy zmarłych z wraków , które w dawnych wiekach były rabowane przez mieszkańców Ustki. Oni podobnie jak Helanie palili fałszywe ogniska lub napadali na tonące statki biorąc bogate łupy. Zagadka szybko się wyjaśniła, a tajemnicza legenda upadła kiedy urząd morski w Słupsku przeprowadził wymianę wszystkich okien w latarni. Po remoncie wieży odgłosy zniknęły na zawsze…

Pustelnik z Czołpina

Idąc przez Słowiński Park Narodowy w kierunku latarni (bardzo malownicza ścieżka, którą prezentowałam już w jednym z wpisów, końcowy odcinek jest forsowny i trzeba się wspinać schodami w wydmie spory kawałek dość ostro pod górę) mija się po prawej stronie koło drogi zrujnowany budynek. To dawna siedziba latarników, niezamieszkała i zostawiona samej sobie (podobno obecnie ktoś się nim zainteresował i trwa remont, ale sama tego nie widziałam). Po zbudowaniu latarni w 1875 roku w odległości 1 km od niej wzniesiono zabudowania z czerwonej cegły dla 3 latarników przybyłych tu z rodzinami. Mogli oni tam samowystarczalnie żyć: hodowali zwierzęta, składowali i dbali o sprzęt niezbędny do utrzymywania w stałej pracy latarni. Latarnia ma olbrzymi aparat optyczny. Stając z nim oko w oko robi ogromne wrażenie. W latach 90-tych XX wieku pisano, że budynek po latarnikach przejmie pustelnik. Było o tym medialnie nawet dość głośno. PAP w latach 90-tych podawał:

PUSTELNIK ZE SŁOWIŃSKIEGO PARKU

W Słowińskim Parku Narodowym, w dyżurce latarni morskiej w Czołpinie, zamieszka pustelnik. Za kilka dni w nowej pustelni zjawi się ojciec Roman, kameduła z Krakowa. 60-letni mnich z długą białą brodą na co dzień przebywa w jednoosobowej celi w zgromadzeniu kamedułów w Krakowie. Kilka lat temu mieszkał w lasach koło Polanowa w województwie zachodniopomorskim.
Miejsce na nową pustelnię pomógł mu znaleźć słupski prałat ks. Jan Giriatowicz. W opuszczonej dyżurce latarnika w Czołpinie ojciec Roman zamieszka prawdopodobnie jeszcze w marcu. Z przybycia pustelnika cieszy się dyrekcja parku, bo pustelnia może być kolejną atrakcją turystyczną. „Nie zależy nam na czynszach, lecz na opiece nad tym obiektem”- powiedział dyrektor Słowińskiego Parku Narodowego Feliks Kaczanowski.
W przyszłości obok pustelni ojca Romana ma powstać dom rekolekcyjny dla młodzieży.

Ostatecznie do zamieszkania domu latarników przez pustelnika nie doszło.

Jeśli chcesz na chwilkę znaleźć się na schodach wewnątrz latarni w Czołpinie wejdź TUTAJ.

PS. Zdjęcia z obu miejscowości są autorstwa Krzysztofa Maciejewskiego i pochodzą z czerwca br. Zdjęcia domu latarników i ścieżki do latarni pochodzą z panoramio.com.

Informacje o Czołpinie i Ustce na podstawie:

1. Latarnie morskie – przewodnik turystyczny – Marcin Barnowski, Marek Rudnicki – Media Regionalne, Koszalin 2009

2. Opowieści starej Ustki : demony i anioły – Marcin Barnowski – Wyd. Urząd Miejski , Ustka  2009

3. Czołpino – latarnia morska – Małgorzata Rajchowiak – Wyd. ZET, Wrocław 2001

[30.06.2011]

Latarnicy jako kustosze

Posted by kotmonika under Blog, Latarnie morskie

Dziś ciekawy artykuł z Gazety Wyborczej autorstwa Marka Wąsz [01.05.2011]

Na weekend: „Wybierz się szlakiem pomorskich latarni”

Ustka, Darłowo, Jarosławiec, Gąski i Czołpino – już od tego weekendu turyści mogą zwiedzać tamtejsze latarnie morskie. I wysłuchać opowieści latarników
– Dla nas te latarnie to przede wszystkim wciąż działające urządzenia nawigacyjne, które służą pomocą marynarzom na Bałtyku – mówi Tomasz Bobin, dyrektor Urzędu Morskiego w Słupsku. – Ale to również wspaniałe, zabytkowe obiekty, kawał historii bałtyckiej żeglugi. Uznaliśmy, że szkoda, aby stały zamknięte i niedostępne dla zwiedzających.
Do tej pory nie było szans na dostanie się do latarni. Tym bardziej, że dwa lata temu ich obsługa została całkowicie zautomatyzowana – pracą latarni kierował za pomocą komputera jeden człowiek ze Słupska, a latarnicy zostali przesunięci do innych obowiązków albo po prostu zwolnieni.
– To był błąd, bo przecież te latarnie to część naszej narodowej spuścizny – mówi Piotr Witkowski, szef stowarzyszenia Pro Mari Baltico, które skupia byłych latarników. – Latarnicy, podobnie jak rybacy, to ludzie, którzy podejmowali tą pracę po swoich ojcach i dziadach. Wielu z nich rodziło się i dorastało w domach przy latarniach. Takie rody są w Jarosławcu, Darłowie, Kołobrzegu. Dzięki bogu w Urzędzie Morskim nastała nowa dyrekcja i teraz ci ludzie będą mogli dzielić się z turystami swoimi wspomnieniami, zapoznawać z naszą tradycją. Latarnie morskie na całym świecie są miejscami przyciągającymi zwiedzających, tylko trzeba im ciekawie zaprezentować nasze morskie tradycje.
Wg umowy podpisanej między stowarzyszeniem a urzędem, byli latarnicy będą prowadzili obsługę turystów dzierżawiąc pomieszczenia latarni. Są zobowiązani do zachowania wszystkich wymogów bezpieczeństwa nawigacyjnego i narzuconych przez konserwatora zabytków. Wynagrodzenie wypłaca im Pro Mari Baltico. Jednocześnie latarnicy mają pełnić role „kustoszów” obiektów. Będą ubrani w specjalne mundury nawiązujące do historycznych, mają oprowadzać zwiedzających oraz udostępniać im rodzinne pamiątki dotyczące pracy ich przodków w latarni.
– Ludzie będą mogli wszystkiego dotknąć, wysłuchać wspomnień, poczuć tę historię – zapewnia Piotr Witkowski. – A pamiątek mamy w bród; stare lampy, zegary, urządzenia telefoniczne, tabele wschodów i zachodów słońca, dzienniki latarników, mapy nawigacyjne, nie wspominając już o przedmiotach codziennego użytku czy fotografiach.
Latarnia w Gąskach ma być dostępna dla zwiedzających codziennie, a pozostałe w weekendy. Ale i do nich będzie można wejść w dni powszednie – wystarczy umówić się z latarnikiem, którego numer telefonu zostanie wywieszony przy latarni. Bilety kosztują 4 zł (ulgowe – 3 zł).
Stowarzyszenie Pro Mari Baltico ma ambitne plany. Pamiątek mają tyle, że chcieliby otworzyć w Ustce muzeum. Dawni latarnicy chcą też, by latarnie stały się małymi, lokalnymi centrami kulturalnymi. Zamierzają organizować przy nich plenery malarskie, czytanie książek czy „noce latarni morskich”. – W nocy latarnia żyje – mówi Witkowski. – Tylko wtedy można poczuć jej duszę.

[29.06.2011]

Poniżej: latarnia morska w Darłówku (z archiwum domowego), maj 2007

PS. Wczoraj zmarł Maciej Zębaty – poeta, satyryk, muzyk, scenarzysta, doskonały tłumacz tekstów Cohena na jęz. polski. Kto nie kojarzył go z różnymi dziedzinami twórczości artystycznej, na pewno choć raz zetknął się z wykonywaną przez niego piosenką Leonarda Cohena w rodzimym języku. Miał 67 lat, chorował już od dłuższego czasu, ale  były plany na przyszłość i twórcze działanie. Prowadził blog, który aktywował  kilkanaście dni temu wpisując (jak się okazało był to już ostatni wpis) takie słowa:

Po długim śnie zimowym, Artysta, poczuwszy wolę bożą (w kuluarach nazywaną weną) zawiadamia, ze w krótkim czasie, ku chwale Ojczyzny – z martwych powstanie.

fot.  Alberta Zawada / Agencja Gazeta

Śmierdząca inwazja

Czerwień zalatywała jak bezdomny w trzydziestostopniowym upale, błękit wydzielał odrażające wonie zgniłej trawy, a róż cuchnął zepsutym mięsem. Zapewne zapytacie o zapach fuksji. A co to, kurwa, jest fuksja?

Od szczeniaka nosimy w sobie wyobrażenia kosmitów – my mieszkańcy tej planety leżącej na zadupiu Wszechświata. Dzieci ery kina i telewizji, nałogowi pochłaniacze filmów Spielberga i Seagala, czytacze komiksów i literatury spod znaku SF, perły Stworzenia z gigantycznymi mózgami pofałdowanymi jak wygnieciony papierek po cukierku. Sami geniusze, tytani intelektu na galaktyczną skalę. Tylko czemu nikt nie spodziewał się inwazji Dupostworów?

Dobra, alieni mieli być humanoidalnymi stworami o wydłużonych kończynach lub potworami przegryzającymi się przez warstwy mięśni skośnych i prostych aż do pępka. Któż mógł przewidzieć, że ewolucja na ich odległym świecie wyprodukuje istotę w kształcie tłustych pośladków, która porozumiewa się za pomocą pierdnięć? I że te pierdnięcia będą materializować się w widzialnym spektrum widma?

Znalazłem się w ekskluzywnej gromadce szczęśliwców, którym było dane uczestniczyć w pierwszym kontakcie. Piliśmy sobie nasze poranne winko w ulubionym lasku na obrzeżach wielkiej metropolii, czyli w podwarszawskiej Wesołej. Taki w zasadzie codzienny rytuał, chyba że nie udawało się ubłagać sklepowej, by znów wpisała płynne zakupy do swojego zeszytu. W takich przypadkach aż do godzin wieczornych byliśmy straceni dla społeczeństwa.

Tylko niech nikt nie myśli, że byliśmy jakąś żulerską bandą alkoholików. Wiem, że pozory świadczyły przeciwko nam, lecz stanowiliśmy raczej zgromadzenie filozofów-amatorów, samozwańczych, wioskowych mędrców. Gdyby tylko ktoś miał szansę choć przez kilka minut przysłuchiwać się naszemu dyskursowi, z pewnością wyciągnąłby właściwe wnioski.

Ironia losu naprawdę istnieje. Tamtego dnia debatowaliśmy nad najpaskudniejszymi zapachami, jakie mieliśmy okazję doświadczyć. Organoleptycznie, rzecz jasna, bo wtedy jeszcze nie śniły nam się barwy zapachów, nieodgadnione wonie myśli ani numeryczne sieci utkane z przekleństw i latających wibratorów. Ale nie uprzedzajmy wydarzeń…

Zdzisia nazywamy Profesorem, bo kiedyś przez dwa lata studiował na Polibudzie. Tenże Zdzisio z dużą pogardą na twarzy wysłuchiwał naszych wyliczanek. Zgniłe mięso, odór martwego ciała, pleśń na popsutych pomidorach, uryna, kał, wymioty – prześcigaliśmy się w wymienianiu najstraszniejszych, naszym zdaniem, fetorów. Gdy umilkliśmy, popatrzył na nas protekcjonalnie.

  • Izonitryle – rzucił. – Wystarczy jedno zachłyśnięcie się tym zapachem i rzygasz jak kot.

  • A smród skunksa? – dopytywał się zaciekawiony Maniek.

  • Owszem, nie należy do najprzyjemniejszych aromatów – zgodził się Profesor. – Ale są mimo wszystko na świecie koneserzy tego swądu, którzy traktują go niczym najpowabniejsze perfumy. Izonitryle nie mają takich amatorów.

Zdzisio zamierzał chyba wytłumaczyć nam szczegółowo budowę cząsteczkową tych związków chemicznych, ale właśnie w tym momencie tuż obok wylądował latający talerz.

Wyglądał… jak latający talerz, cóż za odkrywczość myśli i metafory. Wprawdzie obok nie pojawiły się niestety fruwające sztućce, ale nic nie jest doskonałe. Zresztą, mieliśmy już nieźle w czubie, sytuacja więc nas nie przerosła i przyjęliśmy ją ze spokojem grabarzy. Przynajmniej do momentu, w którym z kosmicznego pojazdu nie wysiadło dwóch Obcych.

 

***

 

Cóż, potoczna nazwa, jaką dziennikarze na całym świecie ochrzcili kosmicznych najeźdźców, nie wzięła się znikąd. Wyglądali jak wielkie, oślizgłe dupy ociekające tajemniczym śluzem. Nie widać było żadnych narządów zmysłów, więc zapewne kryły się w rowie między pośladkami. Wyglądało to groteskowo, więc nasza menelska kompania przez dłuższą chwilę tylko rozdziawiała paszcze i wytrzeszczała oczy, w milczeniu kontemplując widok. Ponieważ to ja trzymałem butelkę, podniosłem ją do ust, bo na trzeźwo nie dało się na to patrzeć. I wtedy jeden z obcych zareagował. Usłyszeliśmy przeciągły grzmot dobywający się z trzewi istoty i w tym samym momencie nastąpiły jeszcze dwie inne rzeczy. Uderzyła nas fala niewiarygodnego smrodu zgnilizny, a cały świat wokół zrobił się na moment różowy. Jakbyśmy zaczęli patrzeć na wszystko przez filtr kolorystyczny. Z wrażenia upuściłem flaszkę ze szlachetnym winem owocowym, a ta roztrzaskała się o ziemię. „Nieźle, się, kurwa, zaczyna” – przemknęło mi przez myśl.

  • Co się dzieje?! – wrzasnął Zdzisio.

  • Sam chciałbym wiedzieć… – odrzekłem.

Maniek, Franiu i Wilku wciąż milczeli. Podobnie jak dwa dupokształtne stworzenia, zdające się z uwagą i wyczekiwaniem śledzić nasze reakcje. Chyba nie postępowaliśmy zgodnie z ich wzorcem, bo w pewnym momencie druga z istot potężnie pierdnęła. Tym razem poczuliśmy woń psujących się odpadków i zestarzałego potu, a przed oczyma wszystko poczerwieniało.

Profesor nagle zaczął zapamiętale kiwać głową.

  • One próbują się z nami porozumieć! – wyjaśnił.

Wilku uśmiechnął się krzywo.

  • Ale chyba zabierają się do tego od dupy strony… – zauważył.

Nie sposób było zaprzeczyć tej błyskotliwej konkluzji. A jednak Zdzisio spróbował.

  • To wyłącznie związek frazeologiczny związany z analnym stanem świadomości. Trzeba przyjąć, że inne kultury mogą rozwijać się kompletnie niezależnie od naszych odbytniczych asocjacji.

  • Nie kumam, o czym do mnie rozmawiasz – przerwał mu Maniek.

  • Właśnie! – dodałem. – Przecież to są dwie dupy na kaczych nogach!

  • Ale zrozumcie… Tylko w ziemskiej cywilizacji dupa spełnia rolę uniwersalnego wzorca porównawczego – zaczął Profesor, lecz w tej samej chwili przybysze odezwali się w znany już nam sposób, ale tym razem unisono. Poczuliśmy niewyobrażalny wręcz odór, Zdzisio zdążył tylko szepnąć: „Izonitryle…”, a potem wszystko pociemniało.

 

***

 

Obudziliśmy się wszyscy jakiś czas później. Co za straszliwa delirka! Przecież to, co się nam przydarzyło, to zakrawało na zbiorową halucynację, więc nie mogło się przydarzyć naprawdę. Rozeszliśmy się do swoich domów, pewnie każdy z nas włączył telewizję, a tymczasem na wszystkich kanałach aż huczało od doniesień o kosmicznych gościach. Więc to jednak musiała być prawda!

Dupostwory wylądowały w kilkunastu miejscach naszego globu. Rzecz jasna, wszędzie usiłowały przekazywać swoje zapachowo-kolorystyczne przesłanie, prawdopodobnie z identycznym skutkiem, jak w naszym przypadku. No, może nie unicestwiały za każdym razem jabola…

Eksperci prześcigali się w wyjaśnieniach, chociaż żaden z nich nie pokusił się o równie głębokie potraktowanie tematu, co nasz Profesor. Nikt nie wspominał o „cywilizacji analnej” ani o „wzorcach porównawczych”. Jakiś specjalista, którego wypowiedź powtarzano później we wszystkich programach, rozwodził się natomiast o drganiach otworu odbytu, prędkości parcia gazów oraz napięciu mięśni zwieracza. Można powiedzieć, że gadające głowy rozprawiały o tym, co zawsze, czyli o… dupie Maryni.

Znamienne było to, że wszystkie latające talerze zniknęły zupełnie tak samo, jak się pojawiły. Mieliśmy jednak przeczucie, że to dopiero początek. I nie myliliśmy się.

 

***

 

Inwazja zaczęła się od narastającego smrodu myśli. Początkowo określone idee manifestowały się lekką nutką zapachową, niemalże niewyczuwalną nawet w pomieszczeniach zamkniętych. Stopniowo jednak doznania węchowe nasilały się, aż po crescendo zatykające dech w piersi. Czy towarzyszyły im barwne efekty? Ani chybi!

Z zapachami jest jak z truciznami. Najstraszniejsze nawet toksyny w małej dawce mogą odgrywać leczniczą, czy wręcz zbawienną rolę. Działa to w obie strony – więc magiczne wonie perfum w stukrotnym natężeniu zamieniają się w sztynk nie do opisania, w istną kakofonię fetoru. Zdzisio posuwa się nawet do stwierdzenia, że fekalia i uryna w niewielkim stężeniu bardzo przypominają zapachem wodę toaletową Christian Dior Dioressence.

Statki kosmiczne Dupostworów krążyły tymczasem nad Ziemią, doskonale widoczne dla radarów. My zaś dosłownie dusiliśmy się od nadmiaru myślenia. Coś trzeba było w tej sprawie przedsięwziąć, najprostsze rozwiązania, takie jak powstrzymywanie się od umysłowego wysiłku, na niewiele się zdały. Chociaż z pewnością niektórzy Ziemianie mogli czuć się stosunkowo bezpiecznie. George Carlin namawiał kiedyś, by zwrócić uwagę, jak ograniczony jest przeciętny człowiek, skąd już krótka droga do niezbyt krzepiącego wniosku, że statystycznie połowa ludzkości jest jeszcze głupsza od osobnika stanowiącego ową medianę.

W rzeczy samej – naukowcy zaczęli intensywnie pracować nad bronią, która umiałaby wyeliminować cuchnące zagrożenie. Żaden konwencjonalny oręż nie był w stanie sprostać zaawansowanym technologiom Dupostworów. Broń bliskiego rażenia nie wchodziła w grę nie tylko ze względu na miazmaty otaczające statki przybyszów, ale również i konsekwencje mentalne ewentualnego starcia. Ludzkość szybko przekonała się, że maski gazowe nie są w stanie powstrzymać omdlewających wyziewów własnych myśli. Próby wykorzystania broni dalekiego rażenia także nie zdały egzaminu. Kosmici przez cały czas monitorowali przestrzeń wokół swoich pojazdów otoczonych rodzajem pola siłowego. Ludzkość znalazła się zatem, wybaczcie kalambur, „w ciemnej dupie”. I pewnie byśmy wciąż tam tkwili, gdyby nie Zdzisio.

 

***

 

Podczas jednego z kolejnych posiedzeń klubu filozofów-amatorów milczenie Profesora wydawało się wypełniać ciszą całe otoczenie. Nawet ptaszki, zazwyczaj beztrosko świergolące na okolicznych sosnach, ucichły pod ciężarem tej niemej sceny. Zapewne Zdzisio cierpiał właśnie węchowe katusze, gdyż zdawał się być całkowicie pogrążony w rozmyślaniach. Podawaliśmy sobie butelkę „Wiśniowego sadu” (trzeba się odchamiać i wchłaniać wielkie dzieła literatury). W pewnym momencie oczy Profesora rozbłysły.

  • Wiem, jak walczyć z Dupostworami! – potoczył po nas ożywionym spojrzeniem.

Popatrzyliśmy na niego.

  • Niby jak? – zagadnąłem z niewielką dozą elokwencji.

  • Sieci numeryczne utworzone z przekleństw i latających wibratorów – obwieścił triumfalnie.

Tak… Nie brzmiało to niestety zbyt przekonująco.

  • Możesz nam to nieco przybliżyć? – zawahał się Wilku.

Zdzisio uśmiechnął się do niego.

  • To element modelowania systemu. Nie będę wchodził w szczegóły, bo gdy za dużo o tym myślę, prawie mnie zatyka zapach psujących się wodorostów…

A jednak trochę tam wytłumaczył. Jego zdaniem, cybernetyczna teoria systemów zakłada, że każdy system istnieje niejako poprzez współdziałanie z innymi systemami, będącymi dla niego anturażem. Wymianie z otoczeniem podlegają nie tylko elementy materialne, energetyczne i informacyjne, ale także zapachowe. To, co działo się od kilkunastu dni jednoznacznie potwierdzało tę teorię. Sieci numeryczne miały służyć stworzeniu pewnego układu logicznego, który wychwytywał określone różnice pomiędzy systemami.

  • Ale skąd te przekleństwa i wibratory? – Frania chyba najbardziej nurtowało praktyczne zastosowanie pomysłu Profesora.

  • A pamiętasz, co mówiłem kiedyś o cywilizacjach analnych i nieanalnych?

Franiu pokiwał głową.

  • Chodzi o to, żeby użyć takiego modelu, którego nie będą w stanie odkodować Dupostwory. Jeżeli sam wyglądasz jak tłusty tyłek, to nie nazwiesz nikogo dupkiem, prawda?

Nadal nie czailiśmy, o co mu chodziło.

  • Dupostwór nie powie nigdy: „Mam to w dupie!”, abstrahując, rzecz jasna, od języka, jakim się posługuje.

  • Ale „dupa” to nie przekleństwo! – nie wytrzymał Maniek. – To słowo znają nawet dzieci w piaskownicy!

Zdzisio pokręcił głową w udawanym zniecierpliwieniu naszym brakiem rozumienia najprostszych prawd.

  • To tylko wygodny przykład. Jeżeli oni nie mają analnego stosunku do otaczającej ich rzeczywistości, to nie pojmą również zwykłych wulgaryzmów. A te wibratory to właśnie taki wabik…

I wtedy dopiero to do nas dotarło. Fortel był banalnie prosty, aczkolwiek bez „Wiśniowego Sadu” raczej byśmy na niego nie wpadli. Chodziło o uszczegółowienie elementów aktywnych – czyli w tym przypadku latających wibratorów – za pomocą konkretnych znaczników pasywnych, a więc odpowiednio dobranych obelg. Nie mieliśmy wprawdzie pojęcia, w jaki sposób owego uszczegółowienia dokonać, ale nad tym mogły już popracować mózgi tęższe od naszych. Spojrzeliśmy w niebo. Gdzieś tam unosiły się niewidoczne dla nas pojazdy Dupostworów. Prawie równocześnie zakrzyknęliśmy w ich stronę inwektywę o wybitnie analnym charakterze…

 

***

 

Najtrudniejszym zadaniem było dotarcie do osób decyzyjnych. Na szczęście, był z nami Wilku, który kiedyś chodził do jednej klasy z obecnym prezydentem i nawet miał go w gronie znajomych na Facebooku. Umówienie spotkania nie nastręczyło większych problemów, chociaż głowa państwa nie zgodziła się na przyjazd do naszego lasku. Dlatego spotkaliśmy się w dworcowym barze. Prezydent miał na sobie blond-perukę i długą suknię, gdyż nie mógł sobie pozwolić na bycie rozpoznanym. Później Wilku zdradził nam, że jego kolega już w liceum uwielbiał podobne przebieranki.

Zdzisio wyłuszczył swoją teorię przekleństw, wręczył szacownemu gościowi materiały informacyjne i dysk DVD z prezentacjami, a na koniec wyraził nadzieję, że rząd jak najszybciej rozpocznie działania ofensywne. Prezydent serdecznie podziękował za spotkanie i szybko wyszedł, by nie przyciągać uwagi paparazzich. Popatrzyliśmy po sobie. Maniek wyraził chyba najdobitniej przemyślenia każdego z obecnych.

  • Mógł przynajmniej zgolić wąsy…

 

***

 

Niebawem lotnictwo wojenne NATO i Rosji zaczęło rozmieszczać w strategicznych miejscach sieci numeryczne. Stada wibratorów krążyły nad światem, przyzywając Dupostwory swoim klangorem. Muszę przyznać, że na zdjęciach i na filmach prezentowały się nader malowniczo. Wyszkoleni żołnierze ustawiali się na apelach nienawiści i gromko, po żołniersku, wysyłali w eter wiązanki najokropniejszych przekleństw. Po niebie latały więc nie tylko wibratory, ale także kurwy, skurwysyny, skurwiele, chuje i cała reszta doborowego towarzystwa. I w końcu strategia jęła przynosić zamierzone efekty. Latające talerze Dupostworów zbliżały się do sieci, poczynały ścigać wibratory, które umykały przed nimi drwiąco wibrując, a w odpowiednim momencie wydawały z siebie okrzyki zwycięstwa. Wojna skończyła się równie szybko, jak wybuchła. Ludzkość została uratowana. A przynajmniej wtedy tak sądziliśmy…

 

***

 

Nieprzyjemny zapaszek myśli stopniowo się ulatniał. Nasz prezydent był przyjmowany przez światowych przywódców (jednak na te spotkania przybywał w garniturze), Zdzisio dostał swój program w telewizji WYTRWAM, a my przymierzaliśmy się powoli do ról celebrytów. Ale wtedy właśnie obudziliśmy się, by stwierdzić, że otacza nas koszmar. Ludzie powoli tracili węch. Okazało się, że ze świata znikają zapachy. Wkrótce potem ten sam los czekał kolory. A gdy nie odczuwasz zapachów i kolorów, to dezintegracji ulega również smak i dotyk. „Wiśniowy sad” przestał nas kusić kwiatowym bukietem z delikatną nutą cytrusów i jabłek. Już wtedy Zdzisio wiedział, że jesteśmy skazani na zagładę…

 

***

 

Znów siedzimy w naszym ukochanym lasku, który dawno utracił ostatniehvh barwy jesieni. Pijemy alkohol, bardziej z nawyku, aniżeli dla smakowych doznań. Jak zwykle rozmawiamy o filozoficznych aspektach życia, lecz nasze dywagacje utraciły wszelką oryginalność, jakby bezwonne myśli nie były w stanie unieść ciężaru konwersacji. Wilku jako pierwszy zauważa znikanie bieli i wiemy już, że za chwilę pogrąży się w ciemnościach. Kładzie się więc na szarej trawie i przymyka oczy. Pół godziny później leżymy obok niego wszyscy… Mój ostatni świadomy impuls myślowy dotyczy życia po śmierci i tunelu otwierającego się nagle przed oczami. Mam nadzieję, że zaświaty są kolorowe i śmierdzące.

 

Sulejówek, czerwiec 2011

Gdzież są…

Posted by kotmonika under Blog

Czesław Miłosz

SPOTKANIE

Jechaliśmy przed świtem po zamarzłych polach,
Czerwone skrzydło wstawało, jeszcze noc.

I zając przebiegł nagle tuż przed nami,
A jeden z nas pokazał go ręką.

To było dawno. Dzisiaj już nie żyją
Ni zając, ani ten co go wskazywał.

Miłości moja, gdzież są, dokąd idą
Błysk ręki, linia biegu, szelest grud –
Nie z żalu pytam, ale z zamyślenia.

[28.06.2011]

fot. Caters News Agency Ltd

 

Na kanale telewizyjnym Animal Planet pojawiły się dwa ciekawe seriale dokumentalne dla kociarzy – jeden z nich to emitowany premierowo w każdą niedzielę o godz. 19.00 serial „Pokochaj koty” (dopiero 1 odcinek za nami) oraz bardzo ciekawy dokument kręcony w szkockim miasteczku Claw Hill pt. „Kocim okiem” (emisja czwartkowe popołudnia od godz 17.00), w którym kamera śledzi z dnia z na dzień domowe mruczki od godzin porannych do zmierzchu. mamy w nim stałych bohaterów takich jak koty Maurice, Spike czy Slinky Malinky. Wiele scen jest kręconych z ręki, z punktu widzenia kota, a więc kamera pracuje bardzo nisko przy ziemi. Nie muszę chyba dodawać że przygody szkockich braci mój Error ogląda z zapartym tchem.  Poniżej kocur podczas seansu swojego ulubionego serialu.

[27.06.2011]

Dębina to mała wieś w woj. pomorskim, w powiecie słupskim, w gminie Ustka. Obecna urzędowa nazwa miejscowości to nazwa sztuczna utworzona przez Komisję Położona jest  ok. 800 m od morza. Z pierwotnie miejscowości typowo rolniczej przekształca się w miejscowość typowo turystyczną. Do jej atutów  należy także bliskość Słowińskiego Parku Narodowego i jeziora Gardno. Stanowi również doskonałe miejsce dla poszukiwaczy bursztynu (w okresie jesiennych sztormów). Ja usłyszałam o niej po raz pierwszy w tym roku. I to dzięki przyjaciołom spod Warszawy którzy z dwójką małych dzieciaczków (bliźniaków) wybrali się tam na letni wypoczynek. Początkowo myślałam, że źle zapamiętali nazwę. Że może chodzi o np. Dąbki. Ale po szybkim zguglowaniu nazwy miejscowości okazało się, że to ja byłam w błędzie. Dębina istnieje i jest piękna. Znajomi skorzystali z ośrodka Magra Holiday Club. To fantastyczne miejsce dla rodzin z dziećmi. Ale sama wieś i okolica warta jest aby uwzględnić ją w swoich wyjazdowych planach. Przejrzałam zdjęcia, poszperałam i poczytałam informacje i na razie teoretycznie i zaocznie jestem już zauroczona. Zwłaszcza, że mamy tam piękne klify! A nie są one bardzo popularną formą na naszym wybrzeżu. Ilekroć mam z nimi kontakt zachwycają swą formą (np. Wisełka, Międzyzdroje, Trzęsacz, Niechorze). W okolicy można trafić na inne ciekawe miejscowości nadmorskie, w których jest w razie niepogody co zwiedzać! I obowiązkowo warto zaliczyć liczne latarnie morskie: Ustka, Darłówko, Jarosławiec, czy Czołpino. Poniżej kilka zdjęć przysłanych przez znajomych – jakże mogliby zapomnieć o Latarnicy! Jest i wieża w Czołpinie przecudnie położona na wysokich wydmach  w Słowińskim Parku Narodowym.

[26.06.2011]

Do aniołów nie tak daleko…

Posted by kotmonika under Blog

Wczoraj idąc uliczkami Starego Miasta natknęłam się na bardzo interesującą witrynę sklepową. To znaczy sklep (jakiś- kwiaciarnia, może galeria) kiedyś tam był… Teraz lokal świecił pustką, ale informacja w oknie była raczej optymistyczna dla wszystkich pragnących skontaktować się z aniołami. Nie mogłam odmówić sobie wykonania tego zdjęcia a tym bardziej przekazania tak istotnej informacji.

[25.06.2011]

Sposób na wolny piątek

Posted by kotmonika under Blog

Rzadko mi się zdarza, aby w tygodniu móc być w godzinach przedpołudniowych na ulicach Poznania. Kiedy wpada się w rytm dom-praca, praca-dom nie ma okazji do południowych kawek w miłych miejscach. Ale tzw. długie weekendy sprzyjają biesiadowaniu, a dziś – dzięki wolnemu piątkowi – nadarzyła się idealna okazja. Tym razem padło na kawiarnię Gołębnik, tuż przy Starym Rynku. Miejsce troszkę z boku, ale przemiłe i o wystroju w których dobrze się czuję i wspaniale nadaje się na picie kawy i długie dysputy. Pogoda od rana sprzyjała. Nie za gorąco, ale słonecznie i dzięki temu światłu ulice wyglądały tak wakacyjnie… Wręcz zapachniało urlopem. Polecam ten lokal każdemu kto chce wypić coś dobrego (wybór kaw i herbat oraz koktajli owocowych naprawdę imponujący!) oraz zjeść np. przepyszne ciasto. Osobiście polecam czekoladownik (z plastrami świeżej pomarańczy i bitą śmietaną)  albo ciasto gruszkowo-brzoskwiniowe zapiekane w stylu  popularnego w kawiarniach jabłecznika – oczywiście obowiązkowo podawane z lodami (sorbet!), sokiem  z malin, bitą śmietaną i listkami mięty. A sama kawiarnia? Popatrzcie…

[24.06.2011]

Sztuka ulicy z kotem

Posted by kotmonika under Blog, Kot

Podczas przeglądania internetu zupełnie przypadkowo trafiłam na prace plastyczne o tematyce kociej francuskiego artysty Christiana Guemy. To typowa sztuka uliczna – podchodząca pod grafitti. Zawsze żałuję, że na naszych ulicach tak mało jest naprawdę ładnych i wartościowych prac na murach. Nie wierzę, że nie ma takich artystów. Dlaczego ich nie widać ? Nie mam pojęcia. Prace Christiana są proste, to koty w całej swej krasie, a jak pięknie wpisują się pejzaż miasta. Artysta w swej sztuce wykorzystuje różne motywy: zwierzęta, ludzi, pojazdy, przedmioty. Jego grafittti można znaleźć mi.in. w Istanbule, Dakarze, Brooklyn czy Delhi.

[20.06.2011]

Kot odkrywa nowe wszechświaty

Posted by kotmonika under Blog, Kot

Ostatnio na jednym z kocich portali pojawił się konkurs fotograficzny pod hasłem „Odkrywanie świata”. Wydawało mi się, że pół roku wystarczy, aby kot zapoznał się już z całym domowym światem i nie eksplorował nowych miejsc – a jednak Error ciągle dociera tam, gdzie jeszcze jego łapka nie stanęła. Pasjonująco ogląda się te próby i zawahania wejścia na nowe terytoria, zawieszenie łapki – i długie myślenie czy ten krok będzie zgubą czy tylko dalszą wędrówką. To jak pierwszy krok człowieka na księżycu. Kiedy do niego dochodzi, kocur już śmielej stąpa po swojej terra incognita. W minionym tygodniu doszło do kilku przełomowych odkryć.  Poniższe zdjęcia ilustrują kilka takich wypraw. Aż ciśnie mi  się na usta tytuł dawnej antologii SF „Kroki w nieznane”. Bo idealnie oddaje to co doświadcza kot na swojej ziemskiej ścieżce – odkrycia, odkrycia i jeszcze raz odkrycia… I TO jest w tych stworzeniach niezwykle inspirujące i fascynujące. Że ciekawość najczęściej wygrywa ze zdrowym rozsądkiem.

 

PS. Wszystkim kociarzom polecam genialny cykl programów pomagających dogadać się nawet z najbardziej agresywnym i niesympatycznym kotem  – które emitowane są na stacji TLC (premierowe odcinki w piątki o godz. 22.30) pt. „Kot z piekła rodem”. Szkoleniowcem jest wybitny behawiorysta kotów Jackson Galaxy. To coś jak kocia odpowiedź na równie ciekawe filmy pt. „Zaklinacz psów”. Jeśli macie jakiekolwiek problemy z domowym mruczkiem oglądajcie koniecznie! Proste rady, a jakie skuteczne!

[19.06.2010]

 

Innowacje pod kątem naszych mruczków

Posted by kotmonika under Blog, Kot

Każdy zdeklarowany kociarz powinien od czasu do czasu zaglądać na niezwykłą stronkę www.moderncat.net. Można tam znaleźć niezwykłe rozwiązania techniczno-estetyczne dostosowane do tego, aby życie z kotem pod jednym dachem było dla tego drugiego rajem. Z ostatnio odszukanych nowinek spodobał mi się regał na książki ( w końcu kociarze to często mole książkowi!) z ukrytymi optycznie schodkami, po których kot może szybko znaleźć się na najwyższym poziomie, bezpiecznie, nie mając po drodze żadnych przeszkód, a na samej górze regału czeka na niego przytulne legowisko. Poniżej projekt takiego regału oraz wizualizacja.

Drugim ciekawym przedmiotem są półeczki/podesty do przymocowania na ścianie, na których koty mogą się wylegiwać – jak wiadomo uwielbiają mieć wszystko na oku i oglądać świat z pewnej wysokości. Niektóre wręcz lubią poruszać się tylko po zwyżkach, nie schodząc nigdy na poziom podłogi. Takie półeczki można poprzywieszać na trasach naszych ulubieńców. Na pewno z nich skorzystają. Poniżej wizualizacje wnętrz z podestami.

Trzecim pomysłem, który wyłapałam w opisach nowinek były sprytnie poukrywane kuwety. Jedna w opcji narożnikowej, druga typowa. Jeśli kogoś rażą wyeksponowane wprost kocie toalety w łazienkach, korytarzach czy kuchniach można pomyśleć o takich sprytnie przerobionych meblach.

A tak naprawdę wszystko zależy od naszej pomysłowości i fantazji naszego kota – może czasami potrzeba mu do szczęścia czegość co możemy sami zbudować? Warto pomyśleć.

[12.06.2011]

Nie zawsze dwa koty to przyjaźń

Posted by kotmonika under Blog, Kot

Tydzień temu w weekend dopisała cudownie letnia pogoda (było parno, bezwietrznie, a termometry wskazywały powyżej 30 stopni w cieniu). Taka aura sprzyja tylko jednemu – błogiemu lenistwu poza miastem, najlepiej na skrawku jakiegoś trawnika, w cieniu pod drzewem. Oba wolne dni tak właśnie spędziliśmy: na lekturze, napojach, grillu i w miłym towarzystwie. Mogliśmy obserwować jak dochodzi do spotkania dwóch kocurów w terenie. Dla obu zwierzaków powinien być to przemiły czas na łonie natury. Ale jak to u ludzi bywa – także w kocim świecie charaktery bywają różne  – i o ile Error pragnął towarzystwa kolegi i zabaw to kruczoczarny gość o wdzięcznym imieniu Promil – potrafił jedynie syczeć i reagował agresją. Negocjacje skończyły się na tym, że każdy kot urzędował w innej części działki, choć obydwa pokochały wspinaczki na drzewa owocowe. Errorowi udało się podejść na kilka metrów do koszyka Promila, ale to był najbliższy kontakt. Nieznajomy stanowczo po kociemu odmawiał „współpracy”. Mimo zatargów kocich weekend upłynął leniwie i tak powinno być po całotygodniowej bieganinie. Oby podobny okazał się i ten bieżący. Póki co jedno już postanowione: jedziemy za miasto!

[11.06.2011]

Mój naścienny kalendarz latarniany w czerwcu prezentuje fotografię walijskiej latarni morskiej Penmon (Trywn du Light – Penmon Lighthouse), położonej na pełnym morzu (północne wybrzeże Walii). Ta pasiasta wieża (pomalowana w charakterystyczne poziome pasy w kolorze bieli i czerni) została zbudowana w roku 1838 i jest wciąż czynnym znakiem nawigacyjnym – od 1922 roku w pełni zautomatyzowanym (do roku 1922 obsługiwało ją 2 latarników). Świeci białym światłem (błysk co 5 sekund) a jej wieża ma 29 m wysokości (światło przy najwyższym stanie wody jest na poziome 19 m). Zasięg latarni to 12 mil morskich. Zaprojektowana została przez Jamesa Walkera, a prace budowlane trwały od roku 1935. Idea zbudowania w tym miejscu latarni powstała po tragicznej katastrofie statku Rothesay Castle, która miała miejsce w roku 1831. Wieża przeszła modernizację w roku 1996. Zyskała wtedy m.in. zasilanie na energię słoneczną. Poniższe zdjęcia (poza kartą z kalendarza) pochodzą z internetu.

[10.06.2011]

Letnicy na nadbałtyckiech plażach

Posted by kotmonika under Blog

W 2004 roku Oficyna Pomorska wydała ciekawą pracę Dagmary Płaza-Opackiej, Tadeusza Stegnera i Ewa Sztykiel pt. Po słońce i wodę. Polscy letnicy nad Bałtykiem w XIX i w pierwszej połowie XX wieku. Na większą skalę rozwój nadmorskich uzdrowisk nastąpił w XIX i XX wieku. Zapełniły się wówczas turystami także plaże nadbałtyckie. Książka poświęcona jest letnim wyjazdom polskich wczasowiczów nad Bałtyk w XIX i XX wieku. Prezentuje historie z dnia codziennego – ludzi i to co jedli, pili, jak i gdzie spali i wypoczywali. Prezentuje również przegląd mody plażowej i zwyczajów związanych z pobytem na plażach. Autorzy sięgają do czasów, gdy plaże były dzielone na damskie i męskie lub posiadały osobne sektory dla rodzin z dziećmi. Dotychczas nikt nie opisał tak wnikliwie tego zjawiska jakim było wypoczywanie nad Bałtykiem. A można o tym zjawisku mówić naprawdę w sposób bardzo ciekawy. Fragment książki można przeczytać na stronie Muzeum Historycznego Miasta Gdańska (TUTAJ).

13 maja bieżącego roku w Muzeum Etnograficznym w Toruniu otwarto wystawę pt. Po słońce i wodę. Moda i obyczaje plażowe. Będzie można na niej śledzić jak zmieniały się nasze obyczaje na plaży czyli  jak dawniej spędzaliśmy czas nad wodą i jak wyglądaliśmy.  Jak podaje portal gazeta.pl:

[…] Na ekspozycji, zorganizowanej przez toruńskie Muzeum Etnograficzne przy współpracy Muzeum Sopotu i Muzeum Oręża Polskiego w Kołobrzegu, zobaczymy oryginalne i zrekonstruowane dawne stroje plażowe, reprodukcje kart pocztowych oraz fotografii, a także archiwalne filmy. – Plażowanie jest ciekawym zjawiskiem kulturowym, wiążącym się niegdyś z koniecznością ścisłego przestrzegania zasad etykiety – opowiada kuratorka wystawy Hanna Łopatyńska. – Niestosowanie jej groziło posądzeniem o nieprzyzwoitość lub brak dobrego wychowania.

Obyczaje obowiązujące na plażach zmieniały się z biegiem lat. Różne były też stroje plażowe, coraz śmielej odkrywające części damskich i męskich ciał. Zmieniało się także podejście ludzi do samego opalania – albo skrzętnie chroniono się przed słonecznymi promieniami albo wręcz przeciwnie: wylegiwano się na słońcu, aby jak najszybciej pokryć się opalenizną. Dla miłośników relaksu nad wodą rozwijał się przemysł wytwarzający plażowe akcesoria, takie jak kosze, leżaki, parasole, parawany, a także stroje, kosmetyki, sprzęt sportowy.


Poniżej kilka ciekawych starych zdjęć letników na naszych plażach (fotografie pochodzą z portalu gazeta.pl).
[01.06.2011]

Subscribe to LATARNICA