LATARNICA

Latarnie morskie, koty, słowo drukowane i coś więcej…

Archive for Październik, 2011

Była duża woda, pora na powietrze

Posted by kotmonika under Blog

Kilka dni temu pisałam o rejsie promem i mojej nieobecności na stałym lądzie. A ponieważ równowaga w przyrodzie musi być to po kontakcie z wielką wodą pora na inny żywioł – powietrze. Dziś kiedy odczytacie ten wpis z rana będę właśnie na pokładzie samolotu izraelskich linii lotniczych i każda minuta przybliżać mnie będzie do miejsca lądowania – Tel Awiwu. Wrócę dopiero tuż przed 1 listopada stąd bardzo proszę o wyrozumiałość i zrozumienie dla zastoju na blogu. Po powrocie nadrobię relacje z obu wypraw. Liczę że i w Ziemi Świętej trafię na jakąś latarnię morską. Czas pokaże czy tak będzie. Zatem do następnego spotkania – pewnie już w listopadzie.

[21.10.2011]

Jesienny rejs cz. 2

Posted by kotmonika under Blog, Latarnie morskie

Pierwszą miejscowością do której dotarliśmy do opuszczeniu promu było położone na wybrzeżu Warnemünde. Jest ono obecnie przedmieściem Rostocku. Leży u ujścia rzeki Warnow do zatoki Meklemburskiej. Do Warnemünde wiedzie oblegana latem linia kolejowa. W miesiącach wakacyjnych jest to popularna miejscowość letniskowa skupiona wokół starego kanału tzw. Alte Strom. Wzdłuż tego kanału znajduje się deptak i liczne restauracje, sklepiki, puby i stare domy oferujące pokoje do wynajęcia. Ta zabudowa jest niska, najwyżej 2 piętra, ale bardzo estetyczna, doskonale wpasowana w klimat miejscowości nadmorskiej i jak to bywa u naszych  zachodnich sąsiadów dbałość o detale i czystość na i wokół posesji jest na pierwszym miejscu. Poniżej stary kanał i zabudowa przy promenadzie.

Idąc wzdłuż kanału aż do samej plaży po lewej stronie wyłoni się górująca nad okolicą charakterystyczna sylwetka latarni morskiej i będący tuż obok niej budynek ze sklepami i gastronomią nazywany Teepott (Dzbanek do herbaty) – ciekawy przykład niemieckiej architektury lat 60-tych. Zanim go postawiono w tym samym miejscu znajdowała się wcześniej duża kawiarnia/herbaciarnia. Przy plaży – na końcówce ujścia kanału portowego do morza – znajdują się charakterystyczne główki wejściowe w poziome pasy: zachodnia w zielone i wschodnia w czerwone. Plaża jest tutaj bardzo szeroka, przypomina jak żywo tą Świnoujściu.

Podchodząc pod latarnię nie byliśmy  do końca pewni czy latarnia będzie czynna i otwarta i czy w ogóle uda się zrobić inne zdjęcie niż jej wieży z zewnątrz. Szybko okazało się, że nie tylko jest to normalnie funkcjonujący obiekt nastawiony na turystę (zatem wejdziemy aż na sam górny taras!), ale i w środku funkcjonuje sklepik, można otrzymać pieczątkę do Paszportu BLIZA (hurra!), a po zwiedzeniu latarni spotkamy się z jej obsługą i dowiemy w jaki sposób radzą sobie z utrzymaniem tego obiektu i zobaczymy pomieszczenia, w których jest mała ekspozycja dotycząca historii blizy. Zatem ogromne emocje (chyba największe dla mnie – podczas tego wyjazdu zwiedzaliśmy tylko jedną latarnię) były przede mną i ciekawość: jaki jest widok z tarasu i jak jest w samej wieży.

Ciekawostką jest to że pośród budynków wokół latarni znajduje się przynajmniej jeden hotel z latarnią w nazwie (Hotel Am Leuchtturm- cztery gwiazki) i jeden pensjonat  od strony wejścia do wieży (tyle wypatrzyłam, ale może jest i więcej). Z okien każdego z nich bezpośredni widok na wieżę.

[20.10.2011]

Jesienny rejs cz. 1

Posted by kotmonika under Blog, Latarnie morskie

Jesienna przygoda z morzem, latarniami i innymi morskimi placówkami zaczęła się tak naprawdę w nocy z wtorku na środę, bowiem aby dojechać na godzinę 13 do Gdańska (miejsce zbiórki) musieliśmy ruszyć z Poznania już po 3 w nocy. Remonty torowisk kolejowych spowodowały, że teraz podróż do Gdańska trwa 7 godzin. Na szczęście pociąg był z naszego miasta i mieliśmy pusty przedział – zatem noc minęła błyskawicznie bo do wschodu słońca spaliśmy jak susły. W Gdańsku mieliśmy ponad 2 godziny czasu. Dla nas oznaczało to obowiązkowy spacer nad Motławę. Trójmiasto witało nas ostrym słońcem oraz bardzo silnym wiatrem. Po wrzuceniu bagażu do przechowalni ruszyliśmy w miasto. Nad Motławą pustki. Ale ja tak lubię. Minęliśmy sympatyczną kawiarnię przy samym deptaku spacerowym i tam wzmocniliśmy się kofeiną i ciastem. Widoki przecudne, starówka skąpana w jesiennych barwach, ten specyficzny zapach – tylko tutaj tak wyczuwalny. I jakieś wewnętrzne poczucie, że jesteśmy jak u siebie.  Wracaliśmy Długim Targiem wtapiając się w napływający tłum. Miasto jakby ożyło.

Autokar ruszył spod dworca PKP punktualnie, po godzinie byliśmy już w Gdyni i ruszyliśmy w kierunku odprawy promowej. Prom fińskiego armatora już stał przy nabrzeżu. Trochę trwało oczekiwanie na wjazd – część aut dopiero wyjeżdżała z pokładów, ale w końcu ruszyliśmy i wjechaliśmy na górną rampę. Nasz autokar „zakotwiczył” na 7 poziomie, kajuty mieliśmy na 9, a catering i bary mieściły się na 11. Prom fiński jest przeznaczony wyłącznie dla turysty zmotoryzowanego. Nie ma możliwości wejścia na pokład pieszo. W porównaniu do linii szwedzkich pomieszczenia mieszkalne są znacznie większe. Szwedzki stół w restauracji był nie do przejedzenia.

Wypływaliśmy jeszcze w świetle dnia. Dlatego mogłam przyczaić się z aparatem nie tylko na pejzaż oddalającej się Gdyni ale wycelować obiektywem na klify oksywskie i główki falochronów. Za nimi był już tylko odcinek na zatoce do Helu, a po jego minięciu już otwarty Bałtyk. Mocno wiało ale fale nie były za duże. Marzenia o sztormie raczej nie miały szansy się ziścić. Za to niecierpliwie oczekiwałam aby obserwować po zmroku pracę naszych latarni i wreszcie zobaczyć  jak to widać z morza. Prom płynie w stronę Rostocku cały czas w zasięgu świateł latarni i wybrzeża. Dotrwałam w obserwacjach do Czołpina. Potem poszliśmy już spać. A woda była spokojna i lekko ukołysała do snu. Pobudka niestety była wczesna bo już przed 6. Trzeba było jeszcze biegiem się spakować i lecieć na poziom 11 na śniadanie. Posiłek kończyliśmy w świetle dnia, Rostock przybliżał się nieubłaganie i już z pokładu promu czarował. A nowy dzień miał przynieść przecież zwiedzanie latarni. Byłam w siódmym niebie i liczyłam na stempel w paszporcie BLIZA – pierwsza zagraniczna pieczątka.

PS. Dla osób, które nie uczestniczyły w tej wycieczce szybko wyjaśniam, że był to  wyjazd zorganizowany przez Towarzystwo Przyjaciół Centralnego Muzeum Morskiego w Gdańsku (do którego członków również się zaliczam). Dodam jeszcze, że nasze Towarzystwo sprawuje pieczę m.in. nad ruchem turystycznym oraz stanem technicznym latarni Pomorza Wschodniego od Stilo po Krynicę Morską. Więcej o celach i zadaniach Towarzystwa na oficjalnej stronie TUTAJ.

[19.10.2011]

Jestem spowrotem :(

Posted by kotmonika under Blog, Latarnie morskie

Wróciłam… Ciężkie są zawsze te powroty. Na wyjazdach inaczej biegnie czas, głowę zaprzątają zupełnie inne tematy i widoki, jest totalne odcięcie od tego z czym się ma do czynienia na co dzień. I tak powinno być… Doświadczyłam wszystkiego co lubię – jesienny rejs promem, obserwacja naszych bliz podczas pracy po zmierzchu z wód Bałtyku, zaliczone zwiedzanie zagranicznej latarni wraz z wejściem na jej górny taras, rejs statkiem po porcie, zwiedzanie muzeów, skansenów, żaglowca, pałacu, bratanie się z miejscowymi kotami (jakie były chętne do przymilania się!) itp. itd. A gdzieś w tam tle wszędzie był słynny niemiecki „Ordnung” – czyściutko, estetycznie, piękna architektura, dbałość o detale… Niestety relacje i wrażenia zbiorę pewnie dopiero w okolicy 1 listopada albo tuż po. Bo tak się złożyło, że już w tym tygodniu wyruszam w kolejną zagraniczną podróż i to na dłużej. Zatem niechaj poniższe zdjęcie – widok na piękną plażę w Warnemünde z latarni morskiej (jej cień pada na piasek) zachęci was abyście cierpliwie zaczekali i dotrwali tej chwili kiedy zacznę wrzucać nowe wpisy. Może coś jeszcze wrzucę do czwartku, ale nie obiecuję. Dziękuję za czytanie i komentowanie, wszystko bacznie śledzę.

[17.10.2011]

 

 

Pomnik niezależnego kota

Posted by kotmonika under Blog, Kot

W marcu br. w warszawskim parku Balaton odsłonięto pomnik „Niezależnego Kota”. O tym wydarzeniu dowiedziałam się dopiero niedawno dzięki portalowi miłośników zwierząt dużych i małych cztery-lapy.pl. Kot zaklęty w figurze otrzymał imię Cyryl. Autorką sympatycznej rzeźby jest Bogna Czechowska. Jak można przeczytać na stronie internetowej poświęconej pomnikowi:

[…] „Niezależny Kot” jest symbolem szacunku i miłości człowieka do czworonożnych przyjaciół. Kot na cokole odnosi się także do tajemniczej i niezależnej aury tych zwierząt, w myśl powiedzenia, że „Nie ma przeciętnych kotów”. Chcielibyśmy, aby Cyryl nie uosabiał wyłącznie naszych domowych miauczących milusińskich, ale przede wszystkim reprezentował koty, które często zmagają się z okrutnym losem bezdomności.

Rzeźbiarka zdradziła zebranym podczas uroczystości, że figura ma magiczny dar:

Kiedy pogłaszcze się go po nosku i wypowie życzenie, spełnia się ono… W moim przypadku tak było.

Cieszę się, że idei pomnika patronowała redakcja miesięcznika „Cztery łapy„, która co roku zamierza teraz fundować statuetki tzw. Cyryle dla osób, które w sposób szczególny troszczą się o wolno żyjące koty.

[14.10.2011]


Szumi Bałtyk, szumi…

Posted by kotmonika under Blog

Kiedy dziś zaparzycie pierwszą poranną kawę i włączycie  komputer – a dodatkowo coś was sprowadzi na tą stronę w poszukiwaniu nowego wpisu bądźcie pewni, że właśnie szykuję się i gromadzę materiały do przygotowania kolejnych ciekawych wpisów. Obecnie przebywam na pokładzie promu armatora Finnlines, który to przewiezie mnie do Rostocku. Trasę Gdynia-Rostock obsługują nowoczesne, największe i najszybsze w swojej klasie promy „Star Class”, które przewidują 500 miejsc pasażerskich. Mam nadzieję, że z tej wyprawy będzie jakiś materiał nie tylko portowo-muzealno-morski ale i latarniany. Wrażenia wkrótce, a póki co popatrzcie na ten prom i wyobraźcie go sobie w naszych październikowych bałtyckich warunkach. Liczę na to, że choć trochę pobuja i fale dopiszą.

[12.10.2011]

Kołobrzeskie molo

Posted by kotmonika under Blog

Nie będę ukrywać, że bardzo dużą sympatią darzę nadmorskie konstrukcje spacerowe zwane molo. Gdziekolwiek się ono na naszym wybrzeżu znajduje muszę się nim przespacerować. Te spacerowe trakty umożliwiają obserwację miast, w którym się znajdują z dość sporej odległości od plaży, a przez to ma się zupełnie inną perspektywę widokową. Do moich ulubionych należą te z Gdyni Orłowo, Juraty czy Międzyzdrojów. Sopot ma wspaniałe molo, ale ze względu na panujący tam latem tłum nie umiem docenić jego walorów. Dopiero po sezonie można się nim nacieszyć w pełni, a wiem coś o tym bo przechadzałam się nim nawet w środku zimy. Ostatnio odwiedzonym przeze mnie molo było to w Kołobrzegu. Jest wielką atrakcją miasta i z pewnością cieszy się powodzeniem, mimo że wejście jest płatne również poza miesiącami wakacyjnymi. Jaka jest jego historia? Pierwsza konstrukcja tego typu w Kołobrzegu była nazywana „passage” i powstała w roku 1881. Znajdowała się naprzeciwko tzw. Pałacu Nabrzeżnego. Była to bardzo elegancka, zdobna budowla tuż przy samej promenadzie. Jest popularnym obiektem na przedwojennych kartkach pocztowych. To pierwsze molo było oczywiście konstrukcją drewnianą i miało kształt litery T. Jego długość wynosiła 100 metrów. Na końcu miało przystań dla małych żaglowców. Żywot tej konstrukcji zakończyła II wojna światowa.  Podczas działań wojennych zostało zniszczone. Podobny los spotkał Pałac Nadbrzeżny. Molo, którym możemy dziś spacerować to konstrukcja żelbetonowa, oddana do użytku w roku 1971. Oczywiście przechodziła ona już remont, ale jej struktura pozostała zachowana. Ma 220 metrów długości i 9 metrów szerokości. Poziom spacerowy znajduje się 4,5 metra nad poziomem wody. Molo kołobrzeskie jest zakończone dwupoziomową głowicą, która służy również jako przystań małych statków spacerowych.

Wrześniowy poranny spacer na molo potraktowałam w tym roku jako zabawę z formą. Nie chciałam do końca fotografować molo tak dosłownie a raczej wyszukiwałam kolory, tekstury i formy i zestawiałam z elementami otoczenia. Poniżej wybór kilkunastu zdjęć.

[11.10.2011]

Latem ubiegłego roku po raz pierwszy udało mi się dotrzeć do Niechorza i spędzić w nim kilka dni. Była to sama końcówka sezonu – ostatnie dni sierpnia. Po powrocie do domu wiele wpisów poświęciłam temu miejscu i latarni. I nie bałam się wtedy wyznać, że Niechorze skradło mi serce. To była taka miłość od pierwszego wejrzenia. I zauroczeniu nie przeszkodził nawet fakt, że nie miałam okazji zobaczyć na własne oczy jak działa jej optyka po zmroku, bo akurat podczas całego mojego pobytu aparat był nieczynny. Z Niechorzem było w moim przypadku jak kiedyś z Półwyspem Helskim – pierwszy przyjazd i coś w sercu zastukotało mocniej i wyraźniej. Kilka godzin później wiedziałam że jest to jedno z tych MOICH miejsc, gdzie będę chciała wracać, gdzie będę czuć się swobodnie, które będę chciała odwiedzić o każdej porze roku i  gdzie znajduje mnóstwo zaułków które mnie zachwycają. Ale numerem jeden jest wspaniale wyremontowana latarnia na wysokim klifie i jej okolica. Kiedy we wrześniu tego roku nadarzyła się okazja dłuższego weekendu w Kołobrzegu od razu wiedziałam, że nie odmówię sobie wycieczki do Niechorza (to autem zaledwie 45 km drogi). Bałam się tylko o jedno – że może po roku ta fascynacja wygaśnie, że Niechorze nie rzuci już na kolana, nie poczuję tych motylków w żołądku. A jednak stało się inaczej. Miłość do tego przetrwała! Podejście do latarni i zatrzymanie się w alejce wiodącej do głównego wejścia pokonywałam na „miękkich kolanach”. Ta budowla robi na manie wrażenie zapewne podobne tym którzy stają pod egipskimi piramidami. Czuje się historię, wielkość, majestat i estetykę. Pogoda w dniu wycieczki nie dopisywała, po drodze padało i wjechaliśmy do Niechorza nad którym wisiały czarne chmury. zamarzyło mi się słońce bo wiedziałam, że zdjęcia przy takiej pogodzie wyjdą nieciekawie. Ale nie miałam wyjścia. A jednak kiedy byliśmy już na opasce betonowej przy plaży pod latarnią wyszło zza chmur słońce i zdjęcia latarni udało się dokonać  przy pięknej pogodzie. Ale to była ulga. Ale zanim do tego doszło pokonywaliśmy drogę do latarni plażą. Taki z resztą był plan aby iść i wracać innymi podejściami. Na pierwszy rzut poszedł szlak brzegiem Bałtyku. W Niechorzu czuło się już posezonowy czas. Kołobrzeg tętnił życiem a tam było spokojnie, cicho, pusto… tak jak lubię. Z piaszczystej plaży wkroczyliśmy na potężną w porównaniu np z rozewską opaskę betonową wzmacniającą klif. To z niej w pewnej chwili odchodzą w bok na stok klifu kamienne schody , które wiodą tuż pod latarnię. I tamtędy właśnie wspięliśmy się by między drzewami ujrzeć charakterystyczną wielokątną wieżę i kompleks zabudowań z zielonymi detalami… Nie mogłam uwierzyć,że znowu tam jestem. To było także za drugim razem wielkie przeżycie. Latarnia w Niechorzu zdaje się monumentalna. Jej symetryczna sylwetka ma idealne proporcje, detale wykończeniowe sprawiają, że widać iż konstruktorzy chcieli z założenia wybudować obiekt wysokiej klasy architektonicznej. I to piękno przetrwało wszystkie lata jej istnienia. Uszkodzona podczas II wojny światowej w 1945 roku (pocisk uszkodził optykę i urządzenia) rozpoczęła pracę dopiero w 1948 roku, choć w 1947 przybył już do niej latarnik z Gdyni – Alfons Śmigielski.

Zdjęcia z wrześniowej soboty w Niechorzu postanowiłam podzielić na kilka wpisów, bo jest ich zbyt dużo – a selekcja jest już i tak wystarczająco trudna. Poniżej laterna widziana nad linią drzew z plaży w Niechorzu, opaska betonowa i podejście schodami pod wieżę od strony plaży.

[10.10.2011]

 

 

 

Dąb latarników

Posted by kotmonika under Blog, Latarnie morskie

W Międzynarodowy Dzień Latarni Morskich – 21 sierpnia br. – w dzielnicy Świnoujścia Warszowie odbyła się miła uroczystość oficjalnego nadania nazwy dla starego dębu, który rośnie przy boisku SP nr 2  (ul. Sosnowa). Od dawna zwany był „Dębem latarników” ale w jego pobliżu nie było dotąd na ten temat informacji ani żadnego oznakowania. Uroczystego odsłonięcia tablicy dokonała p. Grażyna Michowska-Zawierucha, Dyrektor Szkoły. Na nowej tablicy możemy przeczytać:

DĄB LATARNIKÓW
W zamierzchłych i legendarnych czasach słowiańskich wojów i skandynawskich wikingów do tego miejsca sięgało morze.
Tu, na wydmie w pobliżu palonego niegdyś ognia – pierwowzoru latarni morskiej, chronili się latarnicy, pilnujący dniem i nocą zbawczego znaku dla żeglarzy, powracających z morza.
Wiele pokoleń ich następców aż do dziś kontynuuje rozpoczęte wtedy dzieło.
Co prawda brzeg morza, a więc miejsce – jak również światło – zmieniły się w czasie, jednak w Świnoujściu właśnie tu historia latarni i latarników miała swój początek, a szumiący nad naszymi głowami dąb jest tej historii świadkiem.

Dąb, który jest pod stałą opieką uczniów szkoły ma w obwodzie 635 cm, a jego wysokość wynosi 18 metrów. Od dawna jest już pomnikiem przyrody i dzięki upamiętnieniu jego historii oficjalną tablicą zapewne legenda o latarnikach zapadnie młodzieży w pamięć. O legendzie i drzewie wspominał już w swojej monograficznej pracy o polskich latarniach Marian Czerner pisząc:

[…] Na wschodnim przedmieściu Świnoujścia – Warszowie, w odległości 150 m od szkoły, rośnie potężny dąb szypułkowy, uznawany za pomnik przyrody. Według oceny fachowców dąb ten liczy około 500 lat […]. Miejscowa ludność nazywa to stare drzewo „dębem latarników” . Według przekazywanej z pokolenia na pokolenie legendy w zamierzchłych czasach pod tym właśnie dębem odpoczywali w wolnych chwilach latarnicy, utrzymujący ogień na latarni morskiej w Chorzelinie, osadzie położonej na północ od Warszowa. Ówczesna latarnia była tylko olbrzymim ogniskiem palonym na wzniesieniu i z daleka widocznym przez żeglarzy.

[M.Czerner, Latarnie morskie polskiego wybrzeża, Poznań 1967, str. 132]

Fotografie dębu i z uroczystości odsłonięcia tablicy pochodzą ze strony internetowej Stowarzyszenia Miłośników Latarń Morskich z siedzibą w Szczecinie.

[09.10.2011]

Nocny Kołobrzeg

Posted by kotmonika under Blog, Latarnie morskie

Każdy, kto choć raz doświadczył naocznie obserwacji tej samej latarni w porze dziennej i nocnej (już po zmroku i zapaleniu się optyki) wie, że dziennie i nocne życie latarni to dwa różne światy. W świetle dnia jest dziennym znakiem nawigacyjnym o charakterystycznej sylwetce, który może się nam bardziej lub mniej podobać. Wspinanie się w wieży do laterny to spore przeżycie, ale jednak bliskie zwiedzaniu każdego innego interesującego nas obiektu. Ale gdy tylko spłynie zmrok latarnia i jej okolica gwałtownie zmieniają swe oblicze. Miasta, wsie i tereny wyludnione stają się wtedy mniej lub bardziej dostępne. Zwłaszcza te latarnie, które stoją na odludziu mogą hipnotycznie przyciągać ku sobie bądź niepokoić swą samotną sylwetką raz po raz rozświetlaną w partii szczytowej błyskiem.

Na początku września przyszło mi oglądać podczas swej nocnej pracy latarnię morską w Kołobrzegu. Ponieważ to obiekt w centrum miasta okolica jest dość jasna i nie jest taki magiczny jak samotna wieża pośród wydm, skrywająca swą podstawę w sosnowym lesie. Ale tak czy inaczej -nawet kołobrzeska latarnia – po zmroku prezentuje się zgoła inaczej niż w świetle dnia. Mogę się nawet przyznać, że chwilami wpadałam w zachwyt co przy mojej ocenie tej blizy (już kilka razy tutaj wspominałam, że  w moim prywatnym rankingu polskich latarni zajmuje zaszczytne ostatnie miejsce) było stanem wręcz wyjątkowym. A jednak latarnie ujawniają swą pełną moc i czar kiedy pracują. Światło w latarnie przyciąga jak magnes, można długo tak patrzeć jak smugi jego silnego światła snują się daleko w dal, do tych co na morzu. Zafascynowana nową twarzą tej latarni – jej nocnym wizerunkiem popstrykałam serię zdjęć, z którymi chciałabym się dziś z Wami podzielić. Panie i Panowie – oto latarnia Kołobrzeg by night!

[08.10.2011]

PS. Jeśli ktoś pomyśli, że w tym zestawie fotografia kota dostała się przypadkiem, to będzie w błędzie. Proszę troszkę wysilić wzrok, a ujrzycie rozświetloną laternę kołobrzeskiej latarni na czarnym niebie powyżej grzbietu kota. Tak, tak – latarnię mieliśmy od naszej kwatery na wyciągnięcie dłoni i w nocy raz po raz za oknem po nocnym niebie przebiegała łuna światła z jej optyki. Widok i przeżycie warte każdej ceny!

Nieczynna rozewska bliza

Posted by kotmonika under Blog, Latarnie morskie

Dwa dni temu pisałam o przylądku Rozewie, jako miejscu urokliwym i wyjątkowym. Nie umiem obiektywnie ocenić tej okolicy – jestem zakochana w Rozewiu, jego dwóch latarniach i tyle. Ta druga – nieczynna, pozbawiona optyki, wygaszona w 1910 roku, ale wciąż przynależna do zabytkowego budynku z charakterem, choć bardzo zaniedbanego – kusi swą tajemnicą. Jak zwykle – obiekt, do którego nie mogę wejść i się rozejrzeć  – staje się miejscem wymarzonym, miejscem o którym się fantazjuje, śni, próbuje dociec jak jest teraz, a jak w wieży było kiedyś… To KIEDYŚ to odległe czasy. Mam na myśli okres pełnienia przez latarnię Rozewie II swej nawigacyjnej funkcji po zmroku (końcówka XIX i początek XX wieku). Wieża z zabudową mieści się 190 metrów na zachód od obecnie czynnej blizy. Jest ośmiokątna a jej wysokość to 28,8 m. Kiedyś w budynkach u jej odnóża mieszkało 5 latarników. Oni obsługiwali Rozewie I i II. Architektonicznie Rozewie II bardzo mi się podoba. Symetryczna budowla z charakterem – zgrabna i dostojna. Na planach prezentuje się tak: (ryc. czarno-biała z M. Czernera Latarnie morskie polskiego wybrzeża, 1967, kolorowa z A. Komorowskiego Morskie drogowskazy polskiego wybrzeża, 2011)

Na początku sierpnia, przy okazji otwarcia nowego obiektu na Rozewiu udałam się z aparatem w pobliże nieczynnej już latarni. Obecnie jest to teren prywatny więc nie chciałam się nikomu kręcić bez pytania po podwórku toteż w obiektywie łapałam wieżę i budynki z dość daleka. Udało mi się również podejść pod samą bramę wjazdową do posesji, gdzie odkryłam interesujące, aczkolwiek mocno zaniedbane, zdobienia w jej metalowych elementach. Samą wieżę z tym co pozostało z laterny „podglądałam” już przez pole i z ścieżki wiodącej do posesji. Kilka ujęć na wyłączony obiekt udało mi się też wykonać z wnętrza czynnej latarni. Szkoda, że czas nie obszedł się łaskawie z Rozewiem II. Pewnie kiedy nie była czynna nie było potrzeby systematycznego jej remontowania i tak z roku na rok podupadała. Marzy mi się wielka rewitalizacja tej blizy i kiedyś ogromna feta z okazji uruchomienia jej dla ruchu turystycznego. Może nie są to tylko marzenia latarnianej fanatyczki, może najśmielsze wizje mogę się jednak ziścić. Trzymam kciuki, aby życie stworzyło taką okazję i dało jeszcze raz szansę tej latarni na drugą młodość.

[07.10.2011]

Ze smutkiem przekładałam w tym miesiącu kartę latarnianego kalendarza. Bo zostały już tylko 3 miesiące i kolejny rok stanie się historią. Nie tylko pożegnałam lato i powitałam jesień, ale coraz częściej łapię się na myśli iż muszę oswoić się z faktem, że nadciąga zima. Tym bardziej, że dziś radiowa Trójka zapowiedziała pierwsze opady śniegu już w okolicy 20 października. Tak więc przyszła pora na jesienną latarnię a kalendarz wskazał na blizę brytyjską – przepięknie położoną Beachy Head w hrabstwie East Sussex. Znajduje się ona na malutkiej wysepce skalnej u podnóża kredowych urwisk klifowych, które w tamtym terenie liczą sobie nawet ponad 160 metrów wysokości. Taka formacja pochodzi z okresu kredy. Wtedy tereny te znajdowały się jeszcze całkowicie pod wodą. Dopiero w kenozoiku uformowało się nabrzeże, które w późniejszym okresie ulegało jeszcze wielokrotnie przemianom. Erozja uformowała współczesny kształt tego klifu. Pod tą nazwą funkcjonuje od XVIII wieku.

Pierwsza murowana latarnia nazywana Belle Tout została zbudowana w okolicy Beachy Head w roku 1828. Przed nią istniała konstrukcja tymczasowa drewniana. Jednak już wcześniej na wzgórzach klifu (mówi się o roku 1670) palono ogień w kierunku przepływających tamtędy statków. Pierwotna konstrukcja służyła do 1899 roku (była to nieduża, okrągła 14-metrowa wieża). Lokalizacja na klifie okazała  się nietrafiona, ponieważ częste w tym rejonie mgły i chmury o niskim pułapie zasłaniały światło latarni. Postanowiono wówczas zbudować latarnię pod klifem. Na jednej ze stron internetowych znalazłam taką infomację o tej nieczynnej już latarni:

[…] Belle Tout to niedziałająca już latarnia morska, znajdująca się na pierwszym wzniesieniu na wschód od Birling Gap. Niektóre źródła podają, że to wzgórze jest zachodnim krańcem pasma klifu Beachy Head, dlatego często można spotkać się z taka właśnie lokalizacji latarni -,,Belle Tout znajdująca się na Beachy Head’’.

Latarnia ta dorobiła się szybko miana najsłynniejszej zamieszkałej latarni w UK, ze względu na unikalna lokalizacje oraz częsty jej udział w filmach i programach telewizyjnych. W 1999 roku, Belle Tout, która jest zabytkiem klasy B, czyli o ważnym znaczeniu narodowym i o zainteresowaniu specjalnym, została z sukcesem przeniesiona w całości, aby zapobiec osunięciu się wraz z erozja urwiska.

[więcej o tym obiekcie znajdziecie TUTAJ]

Współczesną latarnię rozpoczęto budować w 1902 roku, ostatecznie  do użytku oddano ją w roku 1909. Do jej budowy zużyto ponad 3,5 tys. ton granitu. Do transportu ludzi i materiałów wybudowano kolejkę linową i pomost przeładunkowy. Kierownikiem budowy był naczelny inżynier brytyjskiego Trinity House – sir Thomas Matthews. Wieżę usytuowano 165 metrów od podnóża ścian klifu.  Wysokość wieży wynosi 43 metry, wysokość światła nad poziom wody 31 metrów. Elektryczność wprowadzono w roku 1920. W pełni zautomatyzowana stała się dopiero w 1983 roku. Do tgeo czasu na latarni pracowało 3 latarników. Charakterystyka światła to to dwa białe błyski co 20 sekund. Zasięg światła 8 Mm. Przy latarni usytuowany jest sygnał mgłowy tzw. nautofon. Latarnia pomalowana jest w poziome pasy, laterna ma kolor czerwony. Źródłem światła jest żarówka o mocy 400 Wat.

PS. Dla zainteresowanych: nieczynna latarnia Belle Tout na klifie jest obecnie hotelem – obiektem typu Bed and Breakfast. Jeśli macie ochotę zarezerwować sobie pokój w niepowtarzalnym miejscu warto odwiedzić stronę latarni – TUTAJ.

[06.10.2011]

Już wiele razy – pewnie do znudzenia – piszę o latarni Rozewie, przylegających do niej budynkach, historii blizy, latarnikach, optyce, literaturze wspominającej to miejsce. A zdecydowanie mniej było dotąd o samym miejscu w sensie geograficznym. Przylądek Rozewie na pobrzeżu kaszubskim to najdalej wysunięty na północ skrawek Polski. Dokładnie to miejsce wskazuje pomnik tzw. Gwiazda Północy na zachód od latarni Rozewie – w Jastrzębiej Górze. Teren liczący w całości ponad 12 hektarów od 1959 roku objęty jest ochroną i stał się Rezerwatem Przyrody. Rosnące na tym terenie drzewa liczą sobie nawet ponad 200 lat. Wybrzeże na tym odcinku jest klifowe i mocno podmywane przez wody Bałtyku toteż brzeg pod samą latarnią jest wzmocniony tzw. opaską betonową. Opaska pochodzi z 1896 roku, a jej długość wynosi 800 m. Gdyby nie ona już pewnie dawno klif osunąłby się do wody a wraz z nim z mapy wybrzeża zniknęłaby tak ważna i historyczna latarnia im. Żeromskiego. Kiedyś spod latarni ku plaży można było zejść ścieżką, która jest już nieczynna z powodu osuwisk ziemi (obecnie zagrodzona drewnianą barierką i tabliczką z informacją o braku przejścia). Ale wciąż istnieje inna droga, wzmocniona poręczami – przez co jej przebycie staje się bezpieczniejsze choć i tak zawsze jest tam stromo i bardzo łatwo o kontuzję czy upadek. Klify rozewskie porastają piękne stare lasy. To te drzewa rosną tak intensywnie, że wieżę latarni trzeba było już dwukrotnie podwyższać, gdyż korony drzew zaczynały przysłaniać laternę i wydobywające się z niej światło. Trasa ku – w przeważającej mierze kamienistej w tym miejscu plaży – przypomina bardziej górskie szlaki niż pejzaż nadmorski. Ale obojętnie czy pokonuje się ją z dołu ku górze czy odwrotnie – ma swój niezaprzeczalny urok. Przy betonowych wzmocnieniach, po których w sezonie spacerują tabuny wczasowiczów i turystów można dostrzec częściowo skryte w krzakach buczki. Widok na otwarte morze wspaniały – chyba, że kogoś w ogóle nie ruszają takie pejzaże. Starsze, nieczynne zejście zaczynało się koło domu latarników, ale dziś jest zagrodzone i przejścia już niemal całkowicie zarosły. Poniższe zdjęcia wykonałam 5 sierpnia br. podczas uroczystego uruchomienia budynku”Stodoły” (obiekt naprzeciwko wejścia do czynnej latarni)  i oddaniu jej na galerię sztuki.

[05.10.2011]

We wrześniu zainaugurowałam nowy typ wpisów – prezentujący koty Czytelników tego blogu. Raz w miesiącu zaprezentuję (póki starczy kotów, ale liczę, że zgłosicie i inne swoje zwierzaki) kolejnego pupila. W październiku kotem miesiąca zostaje malutki Frodo. Dodałam mu w tytule tytuł Frodo II, bowiem tak się akurat złożyło, że to imię dubluje się wśród kocurków przyjaciół.  I to nie przypadkowo, bo w obu domach mieszkają miłośnicy Tolkiena. Zatem pozwólcie, że wam przedstawię 6-tygodniowego buraska – uroczego, zgrabnego i zapowiadającego się – jeśli zaufać słowom pani weterynarz – na dużego kocura. Coś osobiście wiem na temat tego, jak spore mogą być samce, zatem kochany Frodo rośnij jak na drożdżach i chowaj się zdrowo! Kotek jest w swoim nowym domku, w poznańskim Antoninku, od kilku dni, ale już skradł serca wszystkich domowników. Jak na młodzież przystało ma ułańską fantazję i energię kilku dorosłych osobników. Jest ciekawski i z temperamentem. Zdążył już zaliczyć pierwszą wizytę u weterynarza, a teraz przystosowuje się do nowych warunków. Ma do dyspozycji nie tylko dom, ale i piękny ogródek. Na pewno będzie korzystał z obu przestrzeni jak tylko dobrze rozezna się w okolicy. Póki co zostawiony na chwilę sam zdążył trwale uszkodzić kilka domowych przedmiotów (żegnaj lampko, żegnaj aniołku!), ale takiemu wszystko można wybaczyć skoro potrafi pięknie spać na kolankach, kiedy jego pani pracuje na komputerze, sprawnie korzysta z kuwetki i przez sen przytula się ufnie do pluszowego lwa. Pierwszej nocy trochę popłakiwał, ale nie jest lekko kiedy opuszcza się rodzeństwo i swoją mamę. Jestem pewna , że będzie wspaniałym kompanem codziennego życia i życzę Wam, aby przynosił zachwyty i radości na co dzień. Obserwacja jak dorasta i nabywa pewności i zgrabności dorosłego kota będzie czymś niezapomnianym. Jak pokazują poniższe zdjęcia Frodo dzieli swoje terytorium z psiakiem i królikiem. Jak każdy kot od razu pokazał kto tu rządzi, o czym szczególnie przekonał się na powitanie Reksio. Na razie Frodo kosztuje nowe smaki i pokarmy mokre oraz suche. Jeszcze nie wie co bardziej woli. Właściciele uwieczniają jego pierwsze chwile na zdjęciach i pewnie tak już pozostanie, bo kot to bardzo wdzięczny obiekt fotograficzny. Ale popatrzcie sami. Zachwyt gwarantowany! Dziękuję Haniu za zdjęcia!

[04.10.2011]

 

W pierwszy dzień nowego miesiąca postanowiłam wspomnieć o książce, która wkrótce ukaże się na naszym rynku. Tak się jakoś zbiegło że dopiero co skończyłam czytać drugą książkę Karola Kłosa pt. „Latarniczka”, a już dowiaduję się że o skandynawskim kryminale noszącym tytuł „Latarnik” Camilli Lackberg. Polska premiera będzie mieć miejsce w listopadzie, ale można już ją zamawiać w przedsprzedaży np. w empikach. Powieść wydało Wydawnictwo Czarna Owca, które publikuje książki tej pisarki. Z resztą „Latarnik” należy do cyklu kryminałów, których akcja rozgrywa się w miejscowości Fjallback. To już siódmy tom i był oczekiwany przez miłośników z wielką niecierpliwością. Wydawca na swojej stronie informuje m.in.:

[…] W najnowszej powieści Latarnik Camilla Lackberg ponownie udowodniła, że jest jedną z najbardziej poczytnych szwedzkich autorek. Krytycy rozpływali się w zachwytach nad oczekiwaną z niecierpliwością siódmą częścią z serii o Fjallbacka. Latarnik znalazł się na pierwszym miejscu listy bestsellerów i trzymał się w pierwszej piątce przez ponad cztery miesiące od premiery.

Jeden ze skandynawskich recenzentów napisał:

Ze strachem, ale i z ekscytacją czyta się o życiu różnych ludzi z XIX-wiecznego Gastholmen. Kolejny składnik książek Läckberg to sposób, w jaki czytelnik może śledzić osobiste życie kilu postaci, a przede wszystkim Patrika Hedströma.
Zaczynamy już traktować ich jak starych przyjaciół i naprawdę chcemy wiedzieć, co się z nimi dzieje. „Latarnik” to bez wątpienia najlepsza jak dotąd książka Camilli Läckberg. Wciąga jak wir, doskonale nadaje się na kilka godzin czytania podczas jesiennego mroku.

A jesienne mroki nadchodzą… Zatem lektura powieści „Latarnik” będzie wręcz idealnie dopasowana na porę roku. Zastanawiam się tylko czy trzeba znać sześć poprzednich tomów aby właściwie odebrać tom siódmy sagi. Pewnie tak… zatem zakup trochę się odwlecze. Ale zachęcam do wzięcia pod uwagę tej lektury. Choć zachęty z okładek nie biorę nigdy na poważnie, to dodam że cykl ten reklamuje się jako najlepszy od czasów trylogii „Millenium” Stiega Larssona, a jak wiadomo tamten cykl narobił sporo zamieszania i stał się wręcz zjawiskiem, po którym ruszyło całe szaleństwo i moda na kryminały skandynawskie. Poniżej polska okładka „Latarnika”. Czyż nie klimatyczna?

[01.10.2011]

Subscribe to LATARNICA