LATARNICA

Latarnie morskie, koty, słowo drukowane i coś więcej…

Archive for Czerwiec, 2012

Wczorajszy historyczny rys dziejów latarni Grosse Point nie powstał przypadkowo. Do napisania go zainspirował mnie e-mail od wiernej czytelniczki Latarnicy ze Stanów Zjednoczonych, który przybył do mnie z bogatym załącznikiem pełnym wspaniałych fotografii. Ania – właśnie odbyła podróż do tej latarni – do której szykowała się już od jakiegoś czasu i chciała się ze mną podzielić pięknem tego miejsca. Przeglądając na szybko zdjęcia od razu wiedziałam, że miała rację i sam obiekt i otoczenie są niezwykłe i urokliwe. Poniżej efekt jej wyjazdu do Evanston – miasta uniwersyteckiego na północnych przedmieściach Chicago, które leży nad jeziorem Michigan, w stanie Illinois. Latarnia morska  jest jednym z kilku obiektów w kompleksie budynków znajdujących się na tej posesji. Poza wieżą mamy tam również stary dom latarników i budynek stacji sygnałowej. Od strony plaży w stronę wieży wiodą malownicze schody. Z samych wydm zaczyna się wspinaczka pod latarnię. Na dwóch zdjęciach widać również doskonale okolice. Dla nas  – kiedy patrzymy na ogrom tej wody – wielkie jeziora wyglądają jak morze. Nie dziwi, że budowano przy nich normalne latarnie morskie. Prezentowane poniżej fotografie pokazują nam stan obiektu na dzień dzisiejszy. Autorka zdjęć pojechała do latarni chyba w najlepszej porze roku, bowiem pogoda i oświetlenie było wyśmienite. Stare budynki pięknie porastają bluszcze. Czuć w nich ponad 100-letnią historię tego miejsca. Z przyjemnością wpatrywałam się w te kadry. Jednak stare obiekty nawigacyjne mają w sobie coś więcej niż budynki nowoczesne. Zawsze będę je faworyzować nad nowoczesne latarnie, które czasami nie przypominają typowych wież. Obecnie latarnia morska Grosse Point jest obsługiwana przez Lighthouse Park District of Evanston. Kompleks budynków od lat służy jako muzeum i jest otwarte dla publiczności za niewielką opłatą wstępu w określonych godzinach w miesiącach letnich. Aby wspiąć się na górny taras trzeba pokonać141 stopni. Latarnia jest dostępna dla odwiedzających od czerwca do września w soboty i niedziele o godzinach 14-16 (tylko z przewodnikiem). Grupa nie może być większa niż 12 osób. Można także zarezerwować specjalne zwiedzanie, na przykład dla wycieczek ( w okresie od maja do października). Osoby oprowadzające to najczęściej pasjonaci lub wolontariusze. Na terenie Stanów Zjednoczonych najczęściej latarniami zajmują się osoby prywatne, które chcą je udostępniać i robią to z własnej pasji i z pełnym zaangażowaniem poświęcając na to swój czas prywatny.
Latarnia Grosse Point jest pod opieką miasta Evanston, ale istnieje także osobny komitet, który zbiera pieniądze na jej ochronę i ewentualne remonty. Na ozdobnej tablicy informacyjnej przy dojściu do posesji widnieje napis:
Grosse Point, Light Station, 1873, National Historic Landmark, Lighthouse Park District of Evanston, Interpretive Center and Wildflower Trail.

Fot. Ania z Chicago – serdecznie dziękuję !!!

[15.06.2012]

 

 

 

Trochę wystawiłam na cierpliwość miłośników latarni dlatego dziś i jutro zapraszam nad jez. Michigan, gdzie w miejscowości Evanston znajduje się ponad 100-letnia latarnia morska. Na początek przyjrzyjmy się początkom tej budowli i czasom już minionym. Miejsce, które opisuję nie jest przypadkowo wybrane, ale o tym dlaczego akurat ta latarnia – wytłumaczę się jutro pokazując jej współczesne oblicze. Latarnię zbudowano w 1873 roku z kamienia. Już rok później zapalono pierwszy raz światło. W 1935 roku zdecydowano aby obiekt zautomatyzować, ale zanim do tego doszło pracę znalazło w niej wielu latarników. Ich pełna lista dostępna jest TUTAJ. Jak sami zobaczycie to kilkadziesiąt osób, które pełniły służbę na przestrzeni ponad 60 lat. W 1941 roku latarnię wyłączono jednak już w 1946 roku reaktywowano jej działalność. Wieża ma wysokość 34 m, natomiast światło znajduje się na wysokości 36 m. Jego zasięg to 21 Mm. Optykę latarni stanowi soczewka Fresnela. Jest to jedna z  70 takich soczewek Fresnela, które nadal działają w Stanach Zjednoczonych, 16 z nich wykorzystano na Wielkich Jeziorach, a 8 znajduje się w stanie Michigan. Charakterystyka światła – 2 białe błyski co 15 sekund. Wizualnie Grosse Point to żółta wieża z czerwonymi wykończeniami i czerwonym dachem. Budynki zaprojektował Orlando Metcalf Poe i były one wzorowane na architekturze włoskiej. Z czasem Poe awansował na głównego inżyniera Górnych Wielkich Jezior i ostatecznie ma na swoim koncie projekty ośmiu tamtejszych latarni. Wieża Grosse Point stoi na fundamencie betonowym z drewnianymi palami, które docierają do głębokości 30 metrów. W 1913 roku odbyła się kontrola techniczna latarni. Zaobserwowano wtedy bardzo zły stan okrywy wieży i już w 1914 roku zbudowano drewniane rusztowanie i całość pokryto specjalną powłoką ochronną. Na tej samej posesji znajduje się budynek, z którego nadawano sygnały przeciwmgielne.

Poniżej lokalizacja latarni z Google Maps.

Fot. z internetu – ze strony Seeing The Lights – Lighthouses of the western  Great Lakes.

[14.06.2012]

Poniżej fasada latarni w roku 1906.

Poniżej latarnik z Grosse Point podczas pracy w 1910 roku oraz stara kartka pocztowa z tą latarnią z obiegu z 1915 roku

Poniżej niszczejąca od warunków atmosferycznych wieża w roku 1913 oraz jej remont w roku 1914

Poniżej zbliżenie na optykę latarni oraz budynek stacji sygnałowej.

Poniżej dwa ujęcia latarni – stare i nowe z Wikipedia.com


 

Kubuś Fochatek

Posted by kotmonika under Blog

Wiele razy dałam tutaj upust moim pozytywnym reakcjom na wszelakie rękodzieło – zwłaszcza wszelakiego rodzaju szmacianki, dziergane zabawki i inne stwory, które można samemu uszyć czy zrobić z włóczki lub filcu. Ostatnio znalazłam w sieci przesympatyczny blog i stronę internetową, na której autorka prezentuje i sprzedaje (również na życzenie – jest do tego celu specjalny formularz zamówieniowy) własnego wyrobu fochatki. A skąd nazwa fochatek i z czym to kojarzyć? Oczywiście z bardzo popularną formą obrażania się – jakże dobrze znaną np. właścicielom kotów czyli fochem! Autorka fochatków wyszła z założenia, że misie są jak ludzie więc również mogą się fochać, a co za tym idzie fochy stroją i inne stwory. I tak powstała już cała kolekcja zabawek, w których głównym motywem jest ich obrażalska poza i mina. Maskotki bywają też bardziej użytkowe jak np. te które połykają telefony komórkowe (np. sowa, kot) czy zjadają laptopy (np. rekin). Fochatki mają również swój profil na Facebooku (wystarczy wpisać Kubuś Fochatek – Winnie the Foch) i były pokazywane w popularnym programie telewizyjnym stacji TVN – Dzień Dobry! Świetnie nadają się na oryginalne prezenty dla miłośników misiów, kotów czy dla humorzastych nastolatek. Więcej możecie poczytać o nich TUTAJ – na autorskiej stronie, z której również mamy przekierowanie na blog. Fot. z internetu.

[13.06.2012]

Kawa z sekretem

Posted by kotmonika under Blog

Czas szybko mija. Jeszcze świeżo mam w pamięci losowanie gospodarzy Euro 2012 – transmitowane w TV –  a już nadszedł ten kłopotliwy  dla wielu mieszkańców Poznania czas (głównie tych nie zainteresowanych piłką nożną) i EURO stało się rzeczywistością. Tak się składa, że mieszkam bardzo blisko stadionu, moja ulica ociera się o zamykaną w dni meczu Strefę Kibica, słyszę wszystkie śpiewy i aplauz stadionu w mieszkaniu więc szaleństwo turnieju odczuję również na własnej skórze. Mimo, że miastem rządzą od kilku dni kibice, ruch pieszy i samochodowy jest inaczej zorganizowany, nawet tradycyjny coroczny Jarmark Świętojański został przeniesiony ze Starego Rynku do starego koryta Warty, nie przeszkodziło mi to w spotkaniu się z siostrą w jakiejś miłej kafejce na pogaduszkach – było wręcz ciekawie i inaczej, barwnie, wielojęzykowo. Energia tłumu obcokrajowców (głównie Irlandczyków i Chorwatów) była tylko pozytywną siłą napędową w mieście. W minioną sobotę znalezienie wolnego stolika na Starym Rynku graniczyło z cudem. Udało się nam wypatrzeć nierzucający się w oczy kierunkowskaz do Cafe Sekret, którą znałyśmy już z wnętrz z okresu jesienno-zimowego, ale tym razem właściciele zapraszali do małego kawowego ogródka. Dałyśmy się skusić i w ten sposób poznałam kolejne miłe miejsce w Poznaniu – idealne na dłuższe posiedzenie i spokojne rozmowy, bowiem zanim dotrze się do ogródka przechodzi się przed bramę i podwórze typu „studnia” zatem jest on oddalony od rynku na tyle, aby nie dochodziła do niego wrzawa tłumu. O charakterze tego miejsca niechaj świadczą poniższe fotografie wykonane w sobotnie południe. Jak zamawiałyśmy kawę było jeszcze pusto. Gdy wychodziłyśmy stoliki wokół zaczynały się zapełniać. Podejrzewam, że wiele osób nie wie o istnieniu tego miejsca, a warto zapraszać tam znajomych – bo jedzenie smaczne i sympatyczny wystrój. Fot. Latarnica. (fot. Latarnicy autorstwa Beaty Żyto).

[12.06.2012]

 

Twierdza okiem grafika

Posted by kotmonika under Blog, Latarnie morskie

Chciałabym dzisiaj pokazać rzadką pracę polskiego grafika, która przedstawia Twierdzę Wisłoujście (dawną latarnię morską Gdańska) z nieistniejącym już hełmem wieży, która dziś jest zakończona otwartą platformą widokową.  Prezentowana poniżej litografia została wykonana przez Jana Kanty Gumowskiego (1883-1946) – malarza, rysownika, konserwatora i grafika. Zasłynął on jako autor wspaniałych litografii. Przedstawił na nich głównie najciekawsze zabytki polskiej architektury. Prace te ukazywały się w latach 1915-1928 i były pogrupowane w tzw. teki tematyczne. Ta z Twierdzą Wisłoujście pochodzi z Teki Gdańsk. Ukazała się ona w roku 1928. Tematy prac nie zawsze pokazywały cały obiekt. Bywało, że autora zachwycił tylko jakiś detal – tak stało się też w przypadku tej pracy, która skupia się na bramie Twierdzy. Obecnie uważa się, że gdańskie litografie Gumowskiego są najciekawszymi pracami pokazującymi architekturę Gdańska, spośród wszystkich grafik XX-wiecznych. W porównaniu z innymi tekami – teka gdańska należy do rzadkości. Fot. aukcyjna.

[11.06.2012]

Zdjęcie na niedzielę – 10 czerwca

Posted by kotmonika under Blog, Kot

Czy to jawa czy sen? Kot w komputerze? A może komputer w kocie? Dodam tylko, że nie ma tutaj żadnego tricku. Najprawdziwszy realizm, a kadr napisało samo życie. Liczył się tylko refleks autora zdjęcia. I udało się! Error  w podwójnej roli – rzeczywistej i wirtualnej. Fot. Tomasz Lerczak.

[10.06.2012]

Z okazji 20-lecia niemieckojęzycznego Biuletynu „Leuchtfeuer” ukazało się specjalne jubileuszowe wydanie – oznaczone na tą okazję grafiką z datowaniem 1992-2012. Na okładce specjalnego wydania znalazła się fotografia naszej rodzimej latarni morskiej – Rozewia. Fot. Apoloniusz Łysejko.

Ale to nie wszystko co dotyczy Rozewia w tym wydaniu. Wewnątrz na jednej rozkładówce można znaleźć artykuł dotyczący uroczystego otwarcia po kapitalnym remoncie Sali Wystawowej „Stodoła” – które to wydarzenie miało miejsce w sierpniu ubiegłego roku. Poniżej zdjęcia stron z artykułem o Rozewiu oraz polskie tłumaczenie całego tekstu. Fot. Apoloniusz Łysejko.

[09.06.2012]

Rozewie to nie tylko najbardziej znana latarnia w Polsce ale i najdalej położona na północ na polskim wybrzeżu. Informacja o Rozewiu sięga XIV wieku, a jako latarnia dla żeglarzy pali się już od 1 grudnia 1822. Wieża kilkakrotnie zmieniała swój wygląd. W 1910 podwyższono ją o 5 m, a następnie w 1978 o kolejne 8 m. Obecna wysokość latarni wynosi 32,7 m, a światło o zasięgu 26 Mm świeci na wysokości 83,2 m n.p.m. Licznie przebywający na wybrzeżu turyści chętnie odwiedzają latarnie, w tym wspomniane Rozewie. W trosce o nich dokonano rewitalizacji obiektów dziedzictwa kultury morskiej w zespole latarni Rozewie. Duże zainteresowanie obiektami techniki morskiej spowodowało, że Urząd Morski w Gdyni powierzył Towarzystwu Przyjaciół Centralnego Muzeum Morskiego, organizację i opiekę nad ruchem turystycznym w Rozewiu od 1963. Dzięki wzajemnej współpracy Towarzystwa Przyjaciół Centralnego Muzeum Morskiego z Urzędem Morskim, który administruje latarniami i Centralnym Muzeum Morskim w Gdańsku udzielającym wsparcia naukowo – merytorycznego w zakresie ochrony zabytków dziedzictwa kultury morskiej stanowią one ciekawe miejsca i interesujące obiekty dla turystów przybywających latem na wybrzeże.
Przez długie lata z wieży oglądaliśmy mało estetyczne budynki techniczne i gospodarcze otaczające latarnię. W ostatnim czasie Towarzystwo dokonało jednak rewitalizacji budynku syrenowni z 1872 i maszynowni, w którym znajduje się zabytkowa maszyna parowa typu WK Wolf z 1910 używana dla wytwarzania prądu dla urządzeń elektrycznych w latarni. Ponadto znajduje się tam różnorodne wyposażenie z latarń, m.in. elementy optyki. Udostępniliśmy zwiedzającym także starą piekarnię i wędzarnię ryb.
Jeden z budynków w otoczeniu latarni, będący częścią gospodarstwa latarników szpecił jednak w dalszym ciągu swoim wyglądem. Jeszcze niedawno pełno było w nim narzędzi rolniczych, ale również siana i słomy. W miarę zmiany dawnego stylu życia latarników, zamieniał się stopniowo w rupieciarnię i popadał stale w ruinę. Dla latarników okazał się zbędny i nie był wykorzystywany. W tej sytuacji, Towarzystwo postanowiło uratować budynek i przywrócić go do pierwotnego stanu, w takim stopniu, jak było to jeszcze możliwe.
Przeprowadziliśmy remont obejmujący m.in.: wymienię konstrukcji dachu, położenie nowej dachówki, wykonanie izolacji murów i oczyszczenie ścian tak zewnątrz jak i wewnątrz.
Wraz z wykonywaniem prac remontowych znane już było jego nowe przeznaczenie. Obiekt miał powiększyć możliwości wystawiennicze o zupełnie nowy kierunek. Towarzystwo pomyślało o wykorzystaniu go w celu kulturalnym. Długo nie mogliśmy zdecydować się nad nazwą dla nowego obiektu i postanowiliśmy pozostać przy dotychczasowej. „Stodoła” – tak brzmi nazwa przekształconego obiektu.
Jak wygląda „Stodoła” po remoncie można oglądać od 5 sierpnia 2011 r. Uroczystość połączono z inauguracją działalności w niej Sali Wystawowej. Latarnię przyozdobiono flagami morskiego kodu sygnałowego, a na budynku zawieszono symboliczną wstęgę.
Latarnia i „Stodoła” w ten słoneczny poranek wyglądały dostojnie i majestatycznie. W południe odbyła się uroczystość związana z zakończeniem rewitalizacji budynku gospodarczego. Zanim jednak nastąpiło uroczyste przecięcie biało-czerwonej wstęgi licznie zebrani goście wysłuchali autora artykułu przedstawiającego historię latarni morskiej Rozewie i zespołu folklorystycznego śpiewającego piosenki kaszubskie.
Wernisaż, oczywiście o tematyce marynistycznej, przyciągnął dużą liczbę członków TPCMM, turystów i młodzieży. Wydarzeniu temu towarzyszyła wystawa obrazów marynistycznych artysty malarza Michała Adamczyka, zorganizowanej przez „Galerię Klucznik” z Gdańska. Po przecięciu biało-czerwonej wstęgi, m.in. przez podsekretarz stanu w Ministerstwie Infrastruktury kpt. ż. w. Annę Wypych – Namiotko, otworzono drzwi i oczom wszystkich ukazała się sala całkowicie kontrastująca z nazwą Stodoła. Sala pomalowana na biało mieściła ponad 25 akwareli różnych rozmiarów, których przewodni temat stanowi marynistyka. Żagle, jachty, kutry, brzeg, morze i fale dominowały na akwarelach.
Ciekawą pamiątką uroczystości był plakat przedstawiający latarnię umieszczoną na zaproszeniu. Cieszył się on dużym powodzeniem. Wiele osób na pamiątkę udziału w uroczystości zakupiło pamiątkowy plakat z ilustracją latarni Rozewie, autorstwa Michała Adamczyka.
W Polsce również pamiętamy o Międzynarodowym Święcie Latarń Morskich. W polskich latarniach w 2011 obchodzone było ono w trzeci weekend sierpnia. W związku z tym w „Stodole” odbył się 21 sierpnia występ kwartetu smyczkowego „Cztery Kolory”, który uatrakcyjniał pobyt w otoczeniu latarni Rozewie, a do wielu latarń wstęp był wolny.

Powyższy wpis i zdjęcia wykorzystałam bazując na informacji jaka ukazała się na oficjalnej stronie TPCMM-u w dziale Wydarzenia.

Daleka podroż – Izrael – vol. 3

Posted by kotmonika under Blog

Zielone wody Jordanu… Kolor, którego na próżno by szukać w jakimś akwenie wodnym w naszym kraju. Osobliwe miejsce i rzeka, w której chciałoby się od razu zanurzyć. To tam – jak czytamy w Biblii u Marka, Mateusza i Łukasza – przystąpił do chrztu Jezus, a kiedy stał w wodzie rozwarło się niebo i dał się słyszeć głos: „Ten jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie”. Chrześcijanie od dawna dociekali, w którym to miejscu miał miejsce chrzest Syna Bożego. Ale nie udało się do dziś ustalić jednoznacznie, że zdarzenie opisane w Biblii było w jakimś konkretnym miejscu. Są dwa główne nurty – jeden wskazujący na zachodni brzeg Jordanu na skraju Pustyni Judzkiej, drugi – brzeg wschodni dolinę Wadi Charrar. Obecnie pierwsze miejsce to ziemie okupowane przez Izrael, drugie jest w Jordanii. Ponieważ sytuacja polityczna w tym rejonie bywa różna i zmienna najczęściej nie docierają tam grupy pielgrzymów i turystów. Dla nich powstało miejsce nazwane Yardenit – w którym mogłam wykonać poniższe zdjęcia – bardzo spokojne, wręcz idylliczne Centrum Chrztu. Ośrodek Yardenit został wybudowany przez mieszkańców pobliskiego kibucu Kinneret, z myślą o tysiącach podróżnych. Tutaj rzeka płynie zakolami, przepięknie klucząc pośród traw i gęstej roślinności. W jej wodach kwitnie życie a na brzegach jest mnóstwo ptactwa (także nasze zwykłe gołębie). Jak zauważycie na zdjęciach w wodach są liczne ryby, w tym takie wąsate przypominające sumy, które wręcz dotykają pyskami nóg turystów, którzy wchodzą kamiennymi schodami do wody. Aby dojść nad brzeg rzeki przechodzi się specjalną halę i bramki bezpieczeństwa. Wiele osób przebiera się w białe szaty, które można kupić lub wypożyczyć na miejscu (mniej lub bardziej zdobne)  i wchodzi do coraz głębszej wody, w specjalnie przygotowanych, otoczonych barierkami miejscach, gdzie czekają już osoby, które ich chrzczą. Katolicy nie przystępują tutaj do ponownego chrztu, brzegi Jordanu są jedynie miejscem skupienia i modlitwy (ewentualnie tzw. odnowienia chrztu) i jeśli ktoś chce zanurza stopy bądź dłonie w zielonej wodzie. Do turystów chętnie podpływają i wychodzą na brzeg liczne wydry. Na barierkach wystających z powierzchni wody siadają duże i mniejsze ptaki – nie mam wiedzy o gatunkach, które tam żyją – dlatego trudno mi wszystko nazywać fachowo. Yardenit leży niedaleko wypływu rzeki z Jeziora Genezaret. Poza Centrum Chrztu znajdują się urokliwe murowane fontanny z kaskadami wody kluczące wzdłuż drogi do licznych parkingów. Na pionowych ścianach znajdują się fragmenty Pisma Św. w wielu językach – cytujące fragment  o przybyciu Jezusa do Jana Chrzciciela i chrzcie w wodach Jordanu. Jest tam też oczywiście tablica w języku polskim. Mnie udało się spotkać pryz jednej z takich fontann miejscowego dzikiego kota, którego tutaj również zamieszczam. Umaszczeniem przypominał niebieskie koty rosyjskie i brytyjskie.

Fot. Latarnica, wykonane: 24 października 2011.

[08.06.2012]

Krótka historia pewnych misek

Posted by kotmonika under Blog, Kot

Dziś chciałabym opowiedzieć o tym jakie znaczenie dla naszych domowych zwierzaczków mają miski, w których podajemy im jedzenie. Ja sama się przekonałam, że nie jest to obojętne w czym kot je czy z czego pije. Co do picia to akurat mój preferuje wyłącznie wysokie naczynia więc kupne miski nie wchodzą w grę, ale pokarm suchy i mokry podaję mu w naczyniach przeznaczonych dla kotów.  Kiedy kupowałam pierwszą kocią wyprawkę – zanim jeszcze Error trafił pod nasz dach – nie miałam tak do końca pojęcia ile je kot i jakie pojemności będą potrzebne. Postawiłam na tanie i zwykłe blaszane miski, które gdyby zostały odrzucone – nie byłoby żal wyrzucać. Error korzystał z nich ponad rok, choć z mojej obserwacji wynikało, że nie przepadał za nimi. Były za duże, za głębokie i co przykre dla właścicieli – hałasowały – zwłaszcza kiedy stukał nimi wcześnie rano w weekendy. Czytałam gdzieś również, że koty nie lubią naczyń, w których przy jedzenie ocierają się im wąsy o boczne ścianki. Od jakiegoś już czasu zbierałam się do tego, aby zakupić mu coś nowego i na pewno nie blaszanego.

Poniżej miski zakupione w sklepie zoologicznym, ktorym stanowczo mówię NIE. Fot. Latarnica.

[07.06.2012]

Bardzo atrakcyjną ofertę naczyń znalazłam w sklepie internetowym ZOOHURTOWO. Aż trudno było wybrać. Ale ostatecznie weszliśmy w posiadanie dwóch różnych porcelanowych miseczek, które kotu od razu przypadły do gustu, lepiej się utrzymuje w nich czystość i są dostosowane pojemnością do potrzeb domowego kota. Mają sympatyczne kocie nadruki i są ciężkie. Niełatwo je przesuwać łapkami – skończyły się trzaski o wczesnych rannych godzinach – ba, nawet w ogóle kot nie ma ochoty je przestawiać. Jestem z nich bardzo zadowolona. Są estetyczne i solidnie wykonane.

Poniżej miski ze sklepu internetowego ZOOHURTOWO, którym stanowczo mówię TAK. Fot. Latarnica.

Ten typ używamy jako miski na karmę suchą.

Ten typ używamy do potraw z puszek i saszetek.

A poniżej ich właściciel – dumny strażnik pożywienia.

Dzieje gminy Choczewo

Posted by kotmonika under Blog, Latarnie morskie

Jedną z ostatnich moich lektur była bardzo ciekawa dokumentalna książka o dziejach tej części naszego wybrzeża, która związana historycznie jest z latarnią morską Stilo. Była to publikacja pt. O przeszłości gminy Choczewo autorstwa Ireny Elsner.

Książka ukazała się kilka lat temu i zakupiłam ją na serwisie aukcyjnym. Choć osobiście znam gminę z kilku wizyt w Stilo i Choczewie (pewnie około 10 razy udało mi się tam dotrzeć w sezonie wiosennym i letnim) to ta książka okazała się dla mnie bardzo ciekawa. Początkowo myślałam, że zainteresuje mnie wyłącznie rozdział o latarni, ale autorka dokonała wręcz heroicznej pracy zebrania tak ogromnej ilości faktów i dokumentów, które nawet dla osób nie związanych emocjonalnie czy wspomnieniowo z tymi miejscowościami, wydają się wciągające i poruszają wyobraźnię. Wiele opisanych tam ludzkich losów – wręcz dziejów całych pokoleń rodzin – jest wstrząsające i wzruszające. Autorka sprawnie i bardzo ciekawie łączy w swej książce część wspomnieniową, historyczną i dzieje poszczególnych miasteczek i wsi wchodzących w skład gminy. Do tego bardzo bogata ikonografia – unikalne zdjęcia, mapy, karty pocztowe i sztychy. Nie można niczego więcej wymagać od takiej pozycji!  O latarni jest tylko jeden niewielki objętościowo rozdział ale dla mnie i tak wniósł wiele nowego i ciekawego. A wszystko zaczęło się mniej więcej tak:

[…] W starych dokumentach miejsce, w ktorym dziś znajduje się osada Stilo i latarnia, nazywano Leba- Boor. Odcinek plaży Sasino- Lubiatowo  wymagał starego nadzoru. W 1784 roku wybudowano tu wśród sosnowych lasów i wydm dwurodzinny dom dla strażników plaż. [fragm. z rozdziału pt.”Latarnia Stilo”, str. 76]. Więcej można znaleźć już w samej książce, którą tym bardziej cenię bo od samego początku tej lektury czuć, że powstała z potrzeby serca i pasji.

Poniżej materiały z latarnią morską Stilo (stare kartki, druki i zdjęcia) z prywatnych zbiorów Irene Elsner. Serdecznie dziękuję za ich użyczenie na potrzeby tego blogu!

[02.06.2012]

Nasza kocia historia na blogu MINERWA

Posted by kotmonika under Blog, Kot

Bardzo miło ugościła historię Errora autorka blogu o zdrowiu i urodzie MINERWA. Możecie tam przeczytać skondensowaną do krótkiego tekstu historię adopcji Errorka i przypomnieć sobie niektóre sympatyczne zdjęcia, które pojawiały się także na Latarnicy. Gosiu, dziękuję za ten wpis i prezentację kocurka! Właściciele kotów są zawsze pokrewnymi duszami a ty masz duszę podzielną na wiele kotów, którym dajesz ciepło, strawę, opiekę – wszystko co najlepsze.

[05.06.2012]

Takie stare kartki pocztowe wybitnie mnie poruszają. Nie tylko pokazują obiekt sprzed 100 lat – a to samo w sobie stanowi już ogromną wartość – to jeszcze mamy na pierwszym planie ludzi, którzy kiedyś udali się do niego – być może aby zwiedzić, spojrzeć na okolicę z górnego tarasu, może przebywali zdrowotnie lub wypoczynkowo nad Bałtykiem… Pewnie można by dokładnie prześledzić całą fotografię i zastanowić się czy nie dokonano montażu. Dla mnie bez względu na efekt takiego śledztwa – liczy się tzw. wrażenie ogólne, które zdjęcie wywołuje. W tym przypadku zatrzymany w czasie kadr mocno na mnie działa. Ten wskazujący na morze starszy jegomość – ciekawe co opowiadał i na co patrzył. Na początku XX wieku latarnia Gąski musiała być całkowicie oddalona od siedzib ludzkich. Warto to skonfrontować ze współczesnym wizerunkiem tej letniskowej miejscowości. Osobiście zawsze będę preferować nasze wybrzeże z dalekiej przeszłości – bo lubię spokój, ciszę i rzadką zabudowę. Ale tak już nigdy nie będzie i trzeba to zaakceptować. Byłam w Gąskach po raz ostatni kilka lat temu.  Ziemie wokół latarni generalnie sprzedawano pod zabudowę – nie ma się co dziwić, bowiem są to tereny na klifie, tuż przy plaży. Ale nie wiadomo co tam powstanie i to może trochę martwić. Bo sam fakt mieszkania czy wypoczywania w takim miejscu z pewnością ma same atuty. Podobnie dzieje się przecież w Niechorzu, gdzie naprzeciwko latarni buduje się osiedle apartamentowców. Pejzaże linii brzegowej zmieniają się i będzie tak nadal. Jeśli macie aktualne zdjęcia z Gąsek ślijcie na mój adres e-mail (zakładka O mnie)i podajcie autora zdjęcia oraz czas kiedy je wykonano. Chętnie zamieszczę je tutaj.

Fot. z kolekcji własnej kart pocztowych.

[04.06.2012]

W pierwszą czerwcową niedzielę wracam do czerwca 2005 roku, bowiem w tym czasie powstało poniższe zdjęcie. Przedstawia ono najwyższą partię latarni morskiej w gdańskim Nowym Porcie. Dziś jej najwyższym punktem jest kula czasu, ale wtedy replika kuli była jeszcze w sferze marzeń i szalonych planów. Pogoda w 2005 roku była bardzo ładna, lato upalne, a my wybraliśmy się podczas wakacji na Półwyspie Helskim do grodu Neptuna, aby z bliska porobić fotografie detali tej latarni. Była wtedy też okazja do rozmowy z właścicielem obiektu p. Jackiem Michalakiem, który jest niesamowitym rozmówcą i człowiekiem o ogromnej wiedzy, którą umie się dzielić z turystami zaglądającymi do nowoporckiej blizy. Z tą latarnią mam zawsze same miłe wspomnienia i zapewne nie raz się jeszcze tutaj pojawi. Fot. Tomasz Lerczak.

[03.06.2012]

 

Kobieta, która wyszła za chmurę

Posted by kotmonika under Blog, Lektury

Czasami zastanawiam się, czy ktoś w ogóle zauważa, że ten blog ma w tytule trzy zasadnicze kategorie, które staram się tutaj poruszać. O ile miłośnicy dwóch pierwszych dają o sobie znać (latarniomaniacy i kociarze), o tyle gorzej już z nałogowcami czytania i słowa drukowanego (Drussie, wybacz to kategoryczne stwierdzenie – jesteś największym pożeraczem książek jakiego znam, ale drugiego takiego ze świeczką szukać!). A dziś będzie właśnie wpis z tej trzeciej ulubionej dziedziny. Musiałam podkreślić swoje uwielbienie do słowa drukowanego w opisowej części bloga – bowiem od zawsze – jak tylko sięgam pamięcią uwielbiałam czytać. Nie neguje żadnego gatunku, książka musi być po prostu dobra i zagrać w mojej duszy. Innych kryteriów nie ma. Nie obchodzi mnie co sądzi na jej temat jakiś krytyk czy jak stoi w rankingu sprzedawalności. Zatem pozwólcie mi na  kilka słów o książce i pewnym autorze, którego najnowszy zbiór opowiadań właśnie się na naszym rynku ukazał.

Na majowych Targach Książki w stolicy  pojawił się po kilku latach nieobecności znany i popularny amerykański pisarz Jonathan Carroll. Amerykanin z urodzenia, Europejczyk z wyboru – w 1987 roku przewrócił mój świat do góry nogami – swym literackim debiutem „Kraina Chichów” (The Land of Laughs). Od tamtej pory czytałam wszystko co napisał (na szczęście w Polsce ukazały się tłumaczenia całego jego dorobku) i niecierpliwie wyczekuję kolejnych publikacji. Po kilku latach przerwy (ostatnią powieścią był „Zakochany duch”z 2007 roku) otrzymaliśmy nowy zbiorek opowiadań. Każdy miłośnika Carrolla wie, że w krótkiej formie bywa genialny, ale zdarzały się też wpadki. Tym razem Carroll powraca w świetnej formie. Lata temu popełnił genialne zbiorki „Upiorna dłoń”, „Czarny koktajl” i kiepski „Cylinder Heidelberga”. „Kobieta, która wyszła za chmurę” (pisarz jest świetny w tytułach swych książek!) to doskonały zestaw kilkunastu historii. Carroll trzyma poziom, w zasadzie nie ma słabych punktów. Czyta się to świetnie (a może byłam już za bardzo stęskniona i wszystko przyjęłabym z otwartymi ramionami?) i cudowne było powrócić po latach do jego stylu i kreacji światów, w których wszystko może się zdarzyć. Dla Carrolla nie ma żadnego tabu i ograniczeń. I to jest wielkim atutem. Nie będę się ze szczegółami rozpisywać o opowiadaniach. Jeśli znacie i lubicie tego pisarza nic was nie zniechęci od sięgnięcia po ten zbiorek. Jeśli nie znacie może warto spróbować. A jeśli kiedyś nie przypadł wam do gustu, niczym nie zachęcę. Carrolla można wielbić lub nie tolerować. Jak każdego znanego pisarza. W moim przypadku odbieram go jak duchowego bliźniaka, który bardzo często na kartach swych książek idealnie oddaje słowami moje przemyślenia dotyczące życia i relacji międzyludzkich. Wchodzę w te historie bardzo głęboko, przyzwyczajam się do bohaterów i z żalem powracam do rzeczywistości po skończonej lekturze. Wszystkie powieści mam wyczytane, pozakreślane ołówkiem, kojarzą mi się z czasem, gdy sięgałam je po raz pierwszy. Kilka z nich czytała, już wielokrotnie, najwięcej razy „Chichy”. Mam je również w postaci audiobooka i lubię słuchać przed snem. W planach mam przeczytanie „Krainy” w oryginale. Chyba nie będzie to takie trudne, bo znam wiele fragmentów prawie na pamięć. Od dłuższego już czasu planuję podzielić się z Wami 5 najważniejszymi książkami mojego życia. I w zasadzie ta piątka autorów i tytułów nie zmienia się od lat. Choć mam też wciąż nadzieję, że jeszcze przede mną również nowe literackie doświadczenia i jakiś autor i powieść mnie zaskoczą i wskoczą na jedno z miejsc jak dotąd już zajętych. Jeśli macie ochotę wpiszcie w komentarzach waszych ulubionych pisarzy albo tytuły konkretnych książek.

[02.06.2012]

Poniżej Jonathan Carroll promujący  zbiór opowiadań na Warszawskich Targach Książki w maju 2012, fot. Paweł Kozłowski

Poniżej okładka najnowszej książki – wydanej przez Dom Wydawniczy REBIS z Poznania. Autorem jej projektu jest syn pisarza Ryder Carroll.

Autorzy portalu o książkach Lubimy czytać przeprowadzili wywiad z pisarzem i zarejestrowali go. Można go obejrzeć na stronie YouTube TUTAJ. Pytania, które były zadawane podczas rozmowy pochodziły od internautów. Jonathan Carroll jest świetnym rozmówcą, o czym miałam okazję się kiedyś sama przekonać przeprowadzając  z nim podobny wywiad (również zestaw pytań zebrałam w ten sposób że część pochodziła ode mnie, a część od internautów) podczas promocji powieści „Szklana zupa”. To właśnie wtedy zrodził się pomysł, aby wydać w Polsce w wersji książkowej jego blog. I wkrótce to się stało (ewenement niemal w skali światowej) – na księgarskie półki trafiło „Oko dnia” – wierne tłumaczenie jego wpisów blogowych z pewnego okresu czasu. Mnie z tamtego, bardzo osobistego spotkania z pisarzem, zostały same miłe wspomnienia, korespondencja mailowa, która trwa do dziś i garstka sympatycznych fotografii.

Poniżej zdjęcie wykonane tuż po wywiadzie w hotelu „Vivaldi”. Fot. Krzysztof Fordoński, 2005 rok.

Poniżej spotkanie z pisarzem w poznańskiej księgarni Jedynka – podczas podpisywania książek, fot. Tomasz Lerczak, 2005.

Dzisiaj kolejny odcinek ze znanego już Wam cyklu. Z dumą prezentuję łaciaty duecik kotów mieszkających na stałe w Murowanej Goślinie. Tak naprawdę w tym samym gospodarstwie domowym jest ich  liczniejsza gromadka, ale mam nadzieję, że będzie jeszcze okazja na prezentację choćby jednego z nich – noszącego tajemnicze imię Pynsjung. Kot z takim imieniem zasługuje na osobny wpis. Ale powrócę teraz do bohaterów odcinka. Łączy ich umaszczenie oraz to, że jeden naśladuje drugiego. A oto co o swych podopiecznych napisała ich opiekunka Gosia – właścicielka sklepu kosmetycznego MINERWA (choć tak naprawdę trudno w przypadku kotów pisać, że jest się w ich posiadaniu, gdyż raczej jest odwrotnie):

Łatek przyszedł do nas około 4 lat temu. Był już dorosłym kotem. Miał w swym życiu jakieś straszne przejścia, ponieważ bardzo się wszystkiego bał. Mieszka w ogrodzie (w altanie). Przez pierwszy  rok rzucał się na jedzenie i nie pozwolił się dotknąć. Teraz można go pogłaskać, ale tak żeby nie widział otwartej dłoni. Gdy zobaczy ludzką dłoń – kuli się ze strachu. Większość dnia siedzi przy naszych drzwiach tarasowych i patrzy co się dzieje w domu. Łatek nas pilnuje, kiedy pracuję w ogrodzie, siedzi niedaleko mnie na jakimś podwyższeniu i obserwuje okolicę.
Zawsze sprawdza kto podjechał samochodem (musi obiec cały dom).
Łatek ma przyjaciela, który mieszka w naszym ogrodzie od roku. Ma na imię Łaciol. Naśladuje Łatka i też lubi zaglądać do naszego domu.

Poniżej zdjęcia obu kocurków, fot. Małgorzata Kaliszan-Rohnka. Koty można również pooglądać na Blogu o zdrowiu i urodzie, który prowadzi Gosia.

[01.06.2012]

ŁATEK

ŁACIOL

PS. Z ostatniej chwili: Ja i Errorek trafiliśmy na stronę Poznańskiego Schroniska dla Zwierząt do działu ZNALAZŁY DOM. Fotografię i krótką notkę możecie znaleźć TUTAJ.

Subscribe to LATARNICA