LATARNICA

Latarnie morskie, koty, słowo drukowane i coś więcej…

Archive for Luty, 2013

W 1949 roku ukazała się niewielka książeczka-przewodnik prezentująca najciekawsze miejsca całego naszego Wybrzeża. Celem tej książeczki było zachęcenie do masowej turystyki i spędzania wakacji nad polskim morzem. Jest ona jednym z wielu tytułów tej serii, w której przedstawiono również inne części naszego kraju pod kątem atrakcyjności turystycznej. Nie znajdziemy w niej jakichś dokładnych danych historycznych czy ciekawostek. To raczej zabranie pewnych faktów, które mają się stać bazą do podjęcia pewnych decyzji o odwiedzeniu danego miasta czy miejsca. Po II wojnie światowej wszyscy zachłystywali się możliwością zwiedzania ziem położonych na wybrzeżu. Wykorzystywano to w literaturze i masowo zachęcano do wyjazdów do wód. Kolejne strony prowadzą nas linią brzegową od zachodu na wschód. Miło się to ogląda, bo książeczka ma taki swojski urok wydawnictw tuż powojennych. Ja osobiście lubię trzymać w dłoniach prawe stuletni papier i czuć zapach tych starych stroniczek. Można też patrzeć na publikowane zdjęcia pod kątem obserwacji zmian jakie zaszły w nich do czasów współczesnych. Dla każdego miłośnika klimatów nadmorskich i latarnianych – to skromne wydawnictwo to jazda obowiązkowa.

Dane książki: Autor: inż. Stanisław Szymborski, Wydawnictwo Wydziału Turystyki Ministerstwa Komunikacji, rok wydania: 1949, tytuł : Wybrzeże Polskie,  ilość stron: 48.

Ocena ostateczna: HIT!

Książka ze zbiorów Latarnicy.

[28.02.2013]

Poniżej okładka publikacji oraz trzy wybrane rozkładówki

Na zdjęciu po lewej widać powojenne ruiny kołobrzeskiego Domy Zdrojowego (dawniej Kurhaus)

Poniżej po prawej stronie widać wieżę sopockiego Zakładu Balneologii, na której obecnie jest światło nawigacyjne

Poniżej helska przedwojenna bliza

 

Dziś powtórka z historii kołobrzeskich latarni. Taki bryk dla chcących usystematyzować sobie tą wiedzę i mieć wszystko w pigułce.

Kartki, sztychy  i fotografie ze zbiorów Latarnicy, zdjęcia współczesne fot. Latarnica.

[27.02.2013]

Poniżej mały, skromny  barak pierwszej stacji pilotów, a przy nim nieduży maszt do wciągania światła (chromolitografia z albumu „Album von Colberg” z 1870 roku, teka wydana przez oficynę C.F. Post w Kolberg, autorem chromolitografii jest Victor von Zabern z Mainz)

Poniżej sztych z fortem budowanym w latach 1832-36, w późniejszych latach nierozłącznie związany z kołobrzeskimi latarniami, widać na nim podstawę dzisiejszej latarni (chromolitografia z albumu „Album von Colberg” z 1870 roku, teka wydana przez oficynę C.F. Post w Kolberg, autorem chromolitografii jest Victor von Zabern z Mainz).

Poniżej nowa stacja pilotów zbudowana w 1899 roku (istniejący w latach 1899-1909)  tuż przed fortem (katka pocztowa z obiegu),

Poniżej pierwsza murowana latarnia z lat 1909-1945 wysadzona podczas działam wojennych w 1945 roku (kartka z obiegu pocztowego)

Poniżej rzadki a charakterystyczny widok latarni po wyzwoleniu – na jej górnej partii była czerwona radziecka gwiazda (fragm. kartki pocztowej)

Poniżej kołobrzeska latarnia na powojennej kartce pocztowej

Poniżej dwa zdjęcia współczesne z 2011 roku – od strony kanału portowego i od strony skwerku parkowego.

W ubiegłym tygodniu obiecałam wam więcej zdjęć zabytkowej starej latarni z barcelońskiego portu. Trafił do niej Radek, dzięki któremu mogę wam pokazać poniżej publikowane zdjęcia. Latarnia Torre del Reloj została zbudowana w 1772 roku i znajduje się na Moll Pescadors w starej części portu tzw Port Vell. Obecnie pełni jedynie funkcję wieży zegarowej (przebudowana na te potrzeby została w 1911 roku). Jednak szczyt wieży, gdzie znajduje się teraz zegar był dawniej górną galerią z aparatem optycznym. Jako latarnia Torre de Reloj jest nieaktywna od 1860 roku. Wieża liczy sobie ok. 20 m wysokości i jest zamknięta dla turystów.

[26.02.2013]

Fot. Smashin

 

Sukces fotograficzny Errorka!

Posted by kotmonika under Blog, Kot

Dla wszystkich nie śledzących fan page Errora na Facebooku mam miłą informację. Kocur wygrał konkurs fotograficzny na największego kociego pieszczoszka, zorganizowany przez fan page kotki o pięknym imieniu Malinka. W konkursie w szranki stanęły 22 zdjęcia mruczących piękności. W sobotnie południe zakończyło się głosowanie internautów i największą ilość zdobyło zdjęcie Errora. Dziękuję wszystkim miłośnikom mojego kota za aktywne uczestnictwo i głosowanie oraz walkę do samego końca bo ostro walczyliśmy o 1 miejsce z Mańkami z Poznania. Dostaliśmy Dyplom i czekamy na przesyłkę pocztową z nagrodą niespodzianką! Poniżej zwycięska fotografia. Fot. Latarnica.

[25.03.2013]

 

A tak wygląda kotka Malinka, która ten konkurs organizowała i brała udział w obradach jury.

 

Dziś udajemy się na wody Zalewu Szczecińskiego, aby popatrzeć na konstrukcję jednej z tzw. Bram Torowych. Pisałam już o nich szczególowo w osobnym wpisie w 2012 roku. Dziś przepiękne zdjęcie autorstwa Andrzeja Kowalika (www.trzebiez.pl), na którym doskonale widać detale tej wielopoziomowej konstrukcji wieży należącej do oznakowania nawigacyjnego toru Szczecin-Świnoujście.

[24.02.2013]

 

Czasami prezentuję tutaj pewne latarnie tylko dlatego, że zadziwiają mnie swoją innością, wyglądem, położeniem. Ta afrykańska latarnia również z tego powodu dziś trafia do  wpisu. Kiedy ją zobaczyłam na zdjęciach wydała mi się taka zrujnowana, opuszczona… Taki zielony metalowy kolos na niepewnych 4 cienkich nogach. A jednak jak wyczytałam jest latarnią wciąż czynną. Znajduje się w stolicy Tunezji – Tunisie, który jest wielkim i znaczącym portem morskim. Niewiele o niej wiadomo. Nazywana jest La Goulette. Jest obiektem nawigacyjnym o wysokości wieży sięgającej 10 m; wysokość światła wynosi 13 m n.p.m. Latarnia znajduje się na końcu molo, po północnej stronie od wejścia do portu w La Goulette (Tunis). Pierwsze światło nawigacyjne postawiono w tym miejscu w 1850 roku. Data  uruchomienia światła współczesnego nie jest nigdzie odnotowana. Poniżej 3 zdjęcia latarni z Tunezji wykonanych przez Neala – pasjonata latarni z Kanady. Prowadzi on swój własny blog o latarniach – nealslighthouses.blogspot.com.

[23.02.2013]

Poniżej widok na lokalizację latarni z Google Maps

Poniżej zdjęcie latarni z lightphotos.net

Port – Barcelona

Posted by kotmonika under Blog, Latarnie morskie

Poza samymi latarniami, które najczęściej stoją na terenie portów bądź jakichś marin, lubię też wizualnie tą atmosferę otoczenia wszelakich obiektów nawigacyjnych. Dlatego miłe dla mojego oka i ducha są wszelakie klimaty portowe. Czytelnik Latarnicy odwiedził ostatnio m.in. Barcelonę, a tam udał się na nabrzeże portowe gdzie wypatrzył m.in. starą latarnię morską. O samej latarni napiszę osobno, bo jest trochę zdjęć, którymi chciałabym się z wami podzielić. A dziś jako przystawka widoki na tereny portowe. Port w Barcelonie dzieli się na trzy główne sektory, do których zaliczany jest:  port komercyjny, Barcelona Free Port – port przeładunkowy oraz  zabytkowy, stary port – Port Vell. To właśnie w jego starej części znajduje  się latarnia.

Radku,dziękuję za nadesłanie fotografi ze swojej podróży!

Fot. Smashin.

[22.02.2013]

Poniżej migawki z portu i na zachętę jedno ze zdjęć z ujęciem z daleka latarni morskiej Torre del Reloj. Więcej o tej latarni wkrótce.

 

Latarnica poleca – vol. 6

Posted by kotmonika under Blog, Lektury

Kiedy myślimy o literaturze grozy nie zawsze naszym pierwszym skojarzeniem musi być twórczość Kinga czy Mastertona. Niestety często tak jest, ale rodzimi twórcy oscylujący na granicy gatunków nie poddają się i wydają całkiem ciekawe powieści i zbiory opowiadań. Nieprawdą jest, że krajowe wydawnictwa nie wydadzą nieznanego nazwiska, że nie zainwestują w grozę i ciekawe językowe formy. Takim wyjątkiem jest choćby szczecińskie wydawnictwo FORMA, które w serii „15 piętnastka” zaryzykowało (a może wcale nie było to aż takie rzucenie się nieumiejącego pływać na głębokie wody) wydać debiutancki zbiór opowiadań Krzysztofa Maciejewskiego pt. „Osiem”. Z resztą to samo wydawnictwo FORMA raz na jakiś czas podrzuca nam kolejny tom z bardzo ciekawej serii CITY – promującej polskich pisarzy. Czytałam kilka tytułów z tej serii i byłam zachwycona i mile zaskoczona poziomem prezentowanej w nich prozy. Dziś w moim stałym cyklu chcę jednak powiedzieć kilka słów – zbyt wiele nawet nie ma sensu, bo trzeba po prostu sięgnąć po ten zbiorek – o krótkich formach grozy z „Osiem”. Niewielka to książeczka, zaledwie osiem bardzo różnych historii na 74 stronach. Bardzo ciekawy i poręczny kwadratowy format i niepokojąca, ale kusząca okładka w odcieniach zimnych niebieskości, zapowiadająca, że czytelnik zetknie się wniej z czymś tajemniczym, nie do końca rozpoznanym, bywa że strasznym i wywołującym dreszczyk paniki.

Czy w gatunku grozy można jeszcze czymś zaskakiwać i być świeżym powiewem bryzy nad literaturą sztampową z ogranymi już bohaterami? „Osiem” przekonuje, że tak. Innowacją nie jest gatunek, ale jego potraktowanie i język jakim posługuje się pisarz. Niestety zebrane tutaj opowiadania pochodzą z dość szerokiego zakresu czasowego ich powstawania i przez to nie mamy jakiejś wyraźnej spójności. Ale ja odbieram ten debiutancki zbiorek jako specjalnie przemyślany pokaz możliwości pisarskich autora. Jest jak dobry trailer – zapowiedź tego, czego możemy się po tym nazwisku w przyszłości spodziewać. Wydawca zaprezentował nam pełen wachlarz treści i różnorodność językową. Z resztą to właśnie język jest ogromnym atutem pisarza. Widać, że z lubością się nim posługuje i niejedną książkę pożarł, aby przerobić zdobyte w czytelnictwie doświadczenie i przerobić na swoją modłę. Bowiem Krzysztof Maciejewski, poza byciem pisarzem, jest pożeraczem literatury. Czyta tak ogromne ilości i w takim tempie – do tego pamiętając szczegóły z swych lektur – że zwykłemu miłośnikowi słowa drukowanego szczęka opada. Wystarczy że zajrzycie na jego blogu do zakładki Przetwórstwo czytane i Archiwum przetwórstwa, gdzie wpisuje listę lektur z danego miesiąca i roku oraz podaje swoją subiektywną ocenę w skali 1-10.

Opowiadania Maciejewskiego (rocznik 1971, poza pisaniem opowiadań para się też dziennikarstwem) pojawiały się  w kilku znaczących  antologiach (w jakich i kiedy znajdziecie na blogu pisarza). Obecnie czytam jedną z nich pt. „Halloween”, gdzie jest jego opowiadanie „Druidzi z Bełchatowa”. Był również drukowany w popularnych czasopismach fantastycznych. Zbiorek „Osiem” zebrał bardzo dobre recenzje. Ja się temu nie dziwię. Jest coś świeżego w jego spojrzeniu na świat, jest świetny język, ogromna, niczym nieograniczona wyobraźnia i zabawa z czytelnikiem. Bywają niedopowiedzenia, nieuchylane rąbki tajemnicy, jakaś poezja zaklęta w opowiadanie, które mimo że jest z gatunku grozy to  równocześnie zachwyca i łapie za serce. Moje dwa ulubione to „Potwór i drzewo” oraz „Śmierć Ofelii”. Właśnie w nich wyjątkowo wyraźnie objawia się talent autora do obracania słowami i tworzenia w atmosferze grozy wybuchowej, wręcz poetyckiej gry językowej.

Książka ma swoją stronę na Facebooku – TUTAJ.   Wszystkich zainteresowanych zachęcam również do śledzenia blogu pisarza. Znajdziecie na nim wszystkie niezbędnie informacje o jego twórczości i o wiele, wiele więcej innych ciekawych tekstów. Wpisy blogowe autora znajdziecie TUTAJ.

Warto też zapoznać się z portalem dla miłośników książek www.papierowemysli.pl, gdzie Krzysztof Maciejewski jest redaktorem naczelnym i regularnie publikuje świetne teksty recenzenckie. Ja odwiedzam tą stronę często i wrzucane tam teksty krytyczne są mi pomocne przy wyborze lektur.

Dane książki: Wydawca: Wydawnictwo FORMA, rok wydania: 2011, tytuł : Osiem, grafika na okładce: Agnieszka Kościsz, grafiki wewnątrz książki: Krzysztof Ramocki, ilość stron: 74.

Ocena ostateczna: HIT!

PS. Aby wpis był pełen to muszę jeszcze tutaj zapowiedzieć kolejny zbiór opowiadań Maciejewskiego pt. „Album” (wyd. FORMA), którego premiera ma się odbyć na wiosnę tego roku. Tym razem ukaże się w serii CITY.

[21.02.2013]

Poniżej okładka zbioru „Osiem”

Poniżej okładka nowego zbiorku, który ma się ukazać wiosną br.

Poniżej autor zbiorku „Osiem”, zdjęcie wykonał Jan Siwmir.

Zabytkowy parowy lodołamacz

Posted by kotmonika under Blog

W 2006 roku przybył do Szczecina jedyny zabytkowy parowy lodołamcz, który został zbudowany przed wojną w tym mieście. Była to jego druga wizyta w miejscu narodzin po 1945 roku. Ze wzlędu na swoją nazwę (Stettin) jest doskonałym ambasadorem tego miasta na wodach świata.

Trochę historii tej jednostki możemy przeczytać w serwisie naukowym PAP z 2006 roku (www.naukawpolsce.pap.pl):

„Stettin” zbudowany został w 1933 roku i zwodowany w szczecińskiej stoczni Oderwerke. Był wówczas największym lodołamaczem pod niemiecką banderą. Należał do ówczesnej szczecińskiej Izby Przemysłowo-Handlowej i był okrętem flagowym jej flotylli lodołamaczy. W początkowym okresie wojny, mimo braku uzbrojenia, „Stettin” został skierowany do służby w marynarce wojennej. W 1945 roku wypłynął w ostatni rejs ze Szczecina z uchodźcami. Po wojnie pracował m.in. na Łabie, w porcie hamburskim oraz w Kanale i Zatoce Kilońskiej. Z eksploatacji został wycofany w 1981 roku. Przed zezłomowaniem uratowała go grupa zapaleńców, którzy założyli Stowarzyszenie na Rzecz Lodołamacza „Stettin” i przejęli statek. Zebrali pieniądze na jego renowację, do dziś sprawują nad nim opiekę, utrzymują go i tworzą jego załogę.

Jednostka została uznana za pomnik kultury landu Schleswig Holstein. Formalnie portem macierzystym „Stettina” jest obecnie miasto Lubeka, sprawujące oficjalny patronat nad byłymi mieszkańcami Szczecina i ich organizacjami, jednak na stałe sędziwy parowiec stoi w muzealnym porcie w Hamburgu, gdzie dostępny jest dla zwiedzających. „Stettin” nadal bardzo dużo pływa, uczestniczy w wielu imprezach w całej Europie, gdzie uznawany jest za ich niekwestionowaną gwiazdę.

Lodołamacz jest największym pływającym morskim statkiem parowym, który zachował rozwiązania techniczne dawnych parowych frachtowców transocenicznych. Statek posiada opalane węglem kotły i trzycylindrową maszynę parową. W czasie, gdy wchodził do eksploatacji, był statkiem niezwykle nowoczesnym, wręcz uważano go za techniczną rewelację.

Fot. Andrzej Kowalik/ www.trzebiez.pl. Serdecznie dziękuję za nadesłanie zdjęć!

[20.02.2013]

Poniżej kilka zdjęć z rejsu Świnoujście-Szczecin.

Poniżej parowy lodołamacz „STETTIN” w Świnoujściu

Poniżej w maszynowni i przy palenisku pod kotłem

Poniżej: obiad na polerze oraz widok na mostek

Poniżej: za rufą po lewej Trzebież, po prawej Chełminek

Poniżej: cumowanie w Szczecinie i widok na STETTIN w pełnej krasie

Parowy lodołamacz został zbudowany w Szczecinie w 1933 roku, wizyta w roku 2006 była drugą okazją do przybycia do miasta swoich narodzin

Koty Czytelników – Luna [vol. 13]

Posted by kotmonika under Blog, Kot

Dziś pod szczęśliwą 13-stą odsłoną cyklu Koty Czytelników koteczka Luna spod Poznania. Z właścicielką Luny miałam kiedyś przyjemność pracować w jednej Firmie. Odwiedziłam też jej dom, kiedy nie było jeszcze w nim kotka, ale biegał tam całkiem sympatyczny psiak Alf. Pies chwilę mieszkał z kotem, ale w październiku ubiegłego roku dożywszy sędziwego wieku odszedł. Teraz w domu rządzi Luna. Jak widać po zdjęciach jej głównym hobby – ale to raczej najpopularniejsza pasja wszystkich kotów – jest spanie wszędzie i na wszystkim. Luna to młoda kotka i młoda mama. Ma ok. 1,5 roku i dała już światu swoje pierwsze potomstwo. To typowa znajda i „rasowy” dachowiec. Młode od Luny znalazły dobre domy, a ona sama mieszka teraz w dużym domu. Kotka ma bardzo duży aptety. Zostałó to jej zapewne z czasów biedy  – kiedy tułała się sama by ostatecznie znaleźć schronienie w garażu gdzie wydała na świat kocięta. Dlatego Luna – bywa, że jada na zapas jak chomik. Kiedy tak patrzę na Lunę widzę pewne podobieństwo do Errorka i mojego ulubionego Pim-Pima z blogu zkotami.pl. Ten pasiasty ogonek, łatki i biały brzuszek rozczulają mnie. Życzę Lunie i jej Pani, aby na każdym kroku czerpały radość z wzajemnej obecności i wspierały się na linii kot-człowiek i człowiek-kot. Bycie z tym zwierzakiem pod jednym dachem to wielka przygoda. Trzeba jednak poznać i zrozumieć kota charakter, naturę i nawyki aby nie dochodziło do konfliktów i nieporozumień. Wszystkie dobrego Kochane! Cieszę się, że zdecydowałaś się przygarnąć bezdomnego kota!

[19.02.2013]

Fotografie śpiącej  kotki Elżbieta Krenz, fot. Luny z synkami – Maciej Mazur.

10 lutego br. stacja TV Kino Polska wyemitowała stary przedwojenny polski film pt. „Sygnały”. Nie byłoby pretekstu do pisania o nim ale część akcji rozgrywa się w latarni morskiej. Film powstał w 1938 roku i miał swoją premierę w pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia tego samego roku. Wyreżyserował go Józef Lejtes. Podstawą scenariusza był dramat Tadeusza Kańskiego „Człowiek za burtą”. Film opowiada o dziewczynie z półświatka, która dostaje szansę wyrwania się z przestępczego środowiska dzięki miłości do latarnika. Na stronie Filmoteki Narodowej tak pokrótce przedstawiają jego treść:

Marta jest młodą kobietą, uwikłaną w środowisko przestępcze, jednak pragnie innego, uczciwego życia. Pewnego dnia przepełnia się czara goryczy, Marta zrywa z kochankiem i postanawia wrócić do Polski i zacząć tam nowe życie. Podczas rejsu do kraju okręt, którym płynie, rozbija się. Ratuje ją młody latarnik Piotr. Marta zamieszkuje u swego wybawcy i odkrywa uroki uczciwego życia. Jednak jej dawni wspólnicy trafiają na jej ślad i odnajdują ją. Marta zostaje aresztowana za kradzież brylantów. Po odbyciu kary wraca do Piotra i zaczyna z nim nowe życie.

W rolach głównych wystąpili: Lena Żelichowska (Marta) i Jerzy Pichelski (latarnik). Aktor w latach 30-tych uosabiał typ nowoczesnego, nieco szorstkiego amanta.

„Ilustrowany Kurier Kinematograficzny” 1939 nr 2 tak odnotował o tym obrazie filmowym:

Józef Lejtes, jeśli można wnioskować na podstawie jego dotychczasowych filmów, jest nastawiony raczej na realizację obrazów o szerokim horyzoncie epickim, bogatych aktorsko, dekoracyjnie, wystawowo. Tym razem jednak wziął temat bardzo kameralny, oszczędny w naturalnych środkach ekspresji, niemal skąpy w fabule i akcji, prosty i zwięzły. Cały problem Sygnałów przerzucony jest w dziedzinę psychiki bohaterów, cały ciężar jego interpretacji spoczywa nie na akcji, lecz na grze instynktów ludzkich, starciu się światopoglądów – odpowiedzialność za wartość obrazu spoczywa tu w głównej mierze na barkach aktorów, a właściwie na postaciach dwóch naczelnych osób dramatu: Żelichowskiej i Pichelskiego. Tego rodzaju postawienie tematu i jego z góry uplanowany charakter kameralno-aktorski stanowi duże niebezpieczeństwo dla reżysera. Film ma jednak ciekawą atmosferę artystyczną, posiada właściwe tempo, rozwijające się przede wszystkim w dialogu i w kapitalnej charakterystyce dwojga bohaterów. To są jego najistotniejsze i niezaprzeczone walory.

Pewne natomiast zastrzeżenia można by wysunąć w odniesieniu do konstrukcji całości i niezawsze równego rytmu poszczególnych scen. Sygnały są triumfem wysokiego kunsztu aktorskiego Leny Żelichowskiej, którą tak rzadko, niestety, widzimy na ekranie. Jej kreacja międzynarodowej złodziejki, która pod wpływem miłości do prostego człowieka znajduje drogę do odrodzenia moralnego – stoi na wzorowym poziomie, godnym porównania z klasą najlepszego aktorstwa europejskiego. Znakomicie również wypadła bardzo ciekawa rola Jerzego Pichelskiego, partnera Żelichowskiej. W tych dwóch kreacjach przejawia się wyraźnie wpływ inwencji reżysera, który umiał aktorów podporządkować własnej koncepcji. Zdjęcia Stanisława Lipińskiego i dekoracje inż. Weinreicha – bardzo dobre”.

Tyle ówczesna prasa. Jako ciekawostkę znalazłam informację, że wnętrze latarni morskiej kręcono w Polskich Zakładach Telekomunikacyjnych i firmie Szpotański S.A.

Dziękuję p. Kasi za informację o emisji filmu w TV.

[18.02.2013]

Poniżej plakat kinowy „Sygnałów” (fot. filmweb.pl)

poniżej scena z filmu – Marta i latarnik (fot. Filmoteka Narodowa)

 

Zdjęcie na niedzielę – 17 lutego

Posted by kotmonika under Blog, Kot

Dzisiaj na całym świecie przypada Światowy Dzień Kota. Dlatego w taką niedzielę nie mogłoby zabraknąć na Latarnicy portretu mojego kocura Errora!  Oboje życzymy wszystkim kotom z każdego kontynentu i najmniejszej nawet wysepki rzuconej gdzieś na wielkim oceanie, aby wiodły dobry żywot prawdziwego kota – zgodnie ze swoją naturą i nie zaznawały żadnych krzywd!

Dla wszystkich kociarzy przepiękny wiersz Franciszka Klimka – wspaniałego poety, który w słowach idealnie oddaje relację ludzi z kotami i odwrotnie.

Czego potrzeba kotu

Kotu potrzeba niewiele:
Pogłaskać go tylko w niedzielę,
w poniedziałek, wtorek i w środę
leciutko podrapać go w brodę,
w czwartek, w piątek i w sobotę
pobawić się trochę z kotem
i w niedzielę – znów niewiele.

A jeśli ci się uda
pokochać go troszeczkę
i tym co mu smakuje
napełnisz mu miseczkę

i mocno postanowisz
nie oddać go nikomu
i zgodzisz się by czasem
porządził trochę w domu,

to zauważysz potem
(to zresztą przyjdzie z wiekiem),
że będąc bliżej z kotem,
jesteś bardziej człowiekiem.

[17.02.2013]

W Reno w stanie Nevada odszedł z tego świata odnotowany rekordzista – najdłuższy domowy kot świata. Wabił się Stewie i był przedstawicielem rasy Maine Coon. Jego parametry od czuba nosa do końca ogona wynosiły 123 cm. Kot nie był jeszcze wiekowy. Miał dopiero 8 lat, niestety cierpiał na nowotwór i przegrał walkę z tą chorobą. Jak opowiada jego właściciel: był kotem bardzo towarzyskim i lgnącym do nowych ludzi. Świadczy o tym choćby fakt że Stewie był certyfikowanym zwierzęciem terapeutycznym i pomagał w lokalnym domu seniora. Wielu osobom pomógł i pozytywnie wpłynął na ich życie.
W 2010 roku trafił do „Księgi rekordów Guinnessa”. Dodatkowo miał wyróżnienie za najdłuższy koci ogon na świecie.

Informacja na podstawie notki z portalu: gazeta.pl. Pani Kasiu, dziękuję za informację  mailową nt kota Stewiego!

Poniżej zdjęcie Stewiego. Fot. ze strony www.stewiecat.com

W Garden Key (Forcie Jefferson)  znajduje się niewielka czarna wieża – latarnia morska – jedna z 30 zabytkowych latarni w stanie Floryda. Początki budowy sięgają 18254-25 roku kiedy to postawiono 20-metrową ceglaną wieżę. Pierwsze światło zapalono w 1826 roku. Pierwszy aparat optyczny wyposażony był w soczewkę Fresnela. Docelowo fortem zabudowano całą wyspę, a sama latarnia została włączona jako jego jeden element postawiony na jednej ze ścian (murów). Latarnie fortu kilkakrotnie ulegały wyburzeniu i stawiano nowe obiekty nawigacyjne. W 1877 wieża ceglana została rozebrana i zastąpiono ją wieżą żelazną postawioną na szczycie schodów fortu. W 1912 roku dom latarników spłonął. Dlatego w tym samym roku latarnię zautomatyzowano. Została wyłączona w roku 1924.

Fort Jefferson był wojskowym więzieniem,w  którym kiedyś trzymano spiskowców skazanych za zabicie prezydenta Abrahama Lincolna. Obecnie jest częścią Dry Tortugas National Park.

[15.02.2013]

Poniżej zdjęcie latarni fotografa Dale M. McDonalda z 1986 roku – znajdujące się w kolekcji State Library and Archives of Florida

Poniżej pierwsza oryginalna latarnia z Garden Key  – wysoka biała wieża z cegły, która została rozebrana w 1877 roku i zastąpiona obecną konstrukcją , fot. z www.lighthousefriends.com

Poniżej wyspa-fort, fot. States Archives of Florida

Poniżej współczesne zdjęcia latarni Garden Key – fot. www.lighthousefriends.com

Poniżej Garden Key Light, zdjęcie National Park Service (po lewej) i zdjęcie z www.janthinaimages.com (po prawej)

Poniżej widok na fort z latarnią z 2011 roku, fot. www.wunderground.com

 

Ze starej prasy [vol.13]

Posted by kotmonika under Blog, Latarnie morskie

W czerwcu 1933 roku w lokalnym dodatku niedzielnym do „Kurjera Łódzkiego”  – „Łódź w ilustracji” znalazła się fotografia helskiej latarni morskiej z okresu gdy była pomalowana w poziome czerwone pasy. Zdjęcie podpisano:

„Do największych latarni morskich na południowym wybrzeżu Bałtyku należy latarnia w osadzie Hel, którą widzimy na naszej ilustracji”.

Prasa z archiwum Latarnicy.

[14.02.2013]

Poniżej okładka Dodatku

Poniżej fragment strony z latarnią i powiększenie samego zdjęcia

 

Subscribe to LATARNICA