LATARNICA

Latarnie morskie, koty, słowo drukowane i coś więcej…

Archive for Kwiecień, 2013

Jutro – 1 maja – rusza nowy sezon turystyczny w gdańskiej latarni morskiej w Nowym Porcie. Z tej okazji mnóstwo atrakcji zatem warto wybrać się na ulicę Przemysłową właśnie tego dnia. A jakie niespodzianki czekają na gości? Wszystko opisane na poniższym plakacię. Zachęcam i zapraszam!

[30.04.2013]

PS. Dziś w Gdańsku w Ośrodku Kultury Morskiej miał miejsce bardzo interesujący wykład prof. dr hab. Andrzeja Januszajtisa. Prof. Januszajtis –  znawca historii Gdańska, przekonywał słuchaczy, że Gdańsk jest prawdziwym miastem latarni morskich. Gdyby policzyć wszystkie istniejące w mieście latarnie i dodać te istniejące dawniej, to okaże się, że żadne inne miasto nad Bałtykiem nie może się z Gdańskiem pod tym względem równać. Profesor przedstawił m.in. historię latarń w Wisłoujściu i Nowym Porcie, a także opowiadał o światłach nawigacyjnych i systemie nabieżników. Wykład nosił tytuł „O mieście latarni morskich ” i odbył się o godz. 17.

Ze starej prasy [vol. 17]

Posted by kotmonika under Blog, Latarnie morskie

Czasami motywy latarni morskiej pojawiały się w prasie jako motyw reklamowy  nie tylko w regionach położonych na samym wybrzeżu czy blisko niego. W 1920 roku w czasopiśmie  „Żołnierz Wielkopolski” na stronie reklamowej (nota bene ta reklama pojawia się i w innych wydaniach tej gazety) ukazała się reklama magazynu i fabryki odzieży męskiej Łuczka i S-ka. To właśnie w niej jako motyw graficzny pojawiła się latarnia morska. Ponieważ to taka ciekawostka włączam tą stronę do cyklu wycinków ze starej prasy o tematyce latarnianej – choć dziś temat potraktowany jest w trochę w inny sposób. Ale sama ilustracja latarni bardzo mi się podoba i ten anons prasowy pośród innych reklam rzuca się w oczy przez dodanie właśnie do niego ilustracji. Zatem cel marketingowy został osiągnięty.

PS. Aniu, dziękuję za podesłanie skanu strony tej gazety.

[29.04.2013]

Poniżej cała strona reklamowa

Poniżej powiększenie reklamy z latarnią morską

To zdjęcie – wykonane w lipcu 2010 roku – jest zatrzymanym kadrem spełnionego marzenia. Bowiem jestem na tarasie górnym latarni w Jastarni. Jak każdy miłośnik latarni wie, jest ona zamknięta dla turystów ze względu na jej rozmiary i niemożność swobodnego poruszania się wewnątrz wieży. Mnie udało się nie tylko wspiąć na samą górę ale i uwiecznić tą chwilę, widoki i detale blizy. Jeden z najważniejszych momentów życia! Fot. Tomasz Lerczak.

[28.04.2013]

Sète to miejscowość i gmina we Francji, w rejonie Langwedocja-Roussillon (departament Hérault). Pod koniec XX wieku zamieszkiwało ją 41 510 osób. Posiada uroczy port w którym znajduje się latarnia morska. W spisach francuskich latarń figuruje jako latarnia Sete Mole Saint Louis. Zbudowana została w 1948 roku. Światło nawigacyjne w tym miejscu funkcjonowało już od XVII wieku. Sam port Sete został zbudowany w 1600 roku. Współczesna latarnia jest obiektem aktywnym. Jej wieża ma 31 m wysokości.  Światło ma wysokość 34 m. W zależności od kierunku świeci światłem białym lub czerwonym. Cała elewacja wieży pomalowana jest na biało, natomiast laterna ma kolor czerwony. Latarnia jest usytuowana na końcówce zabytkowego falochronu. Jej konstrukcja to kopia latarni zbudowanej w 1861 roku, która została zburzona podczas II wojny światowej. Na falochronie można spacerować, natomiast sama wieża zamknięta jest dla turystów.

Fot. latarni Smashin – zdjęcia wykonane w 2013 roku. Bardzo dziękuję Radku za podesłanie zdjęć z wyprawy!

[26.04.2013]

Poniżej zdjęcie z Wikipedia.com / fot. Christian Ferrer

Poniżej stara kartka pocztowa z latarnią z Sete, fot. www.unc.edu

Poniżej widok na latarnię z satelity, fot. Google Maps

Poniżej detal z wieży latarni, jest na niej fragment wiersza francuskiego poety, eseisty i symbolisty Paula Valery, który urodził się w Sete, fot. Wikipedia/Kolossus

Poniżej stara kartka pocztowa z laterenką z portu Sete, podejrzewam że ten obiekt znajdował się w innym miejscu portu. Fot. www.unc.edu

 

Ze starej prasy [vol. 16]

Posted by kotmonika under Blog, Latarnie morskie

Dzisiaj skan strony starej prasy, a konkretnie Miesięcznika „Morze”. I to wszystko co potrafię o nim powiedzieć, ponieważ plik z tą stroną otrzymałam kiedyś mailem i nie miałam odnotowane, z którego numeru pochodzi. Podejrzewam, że ukazała się tuż po wojnie, ale pewności nie mam. Stąd moja prośba – jeśli ktoś z Was trafi na numer „Morza” z tym zdjęciem nowoporckiej blizy – poproszę o przesłanie mailem (lub wpisanie w komentarzu) danych czyli z jakiego miesiąca i roku jest ta gazeta. Ponieważ zdjęcie gdanskiej latarni jest dość unikalne chciałam się z Wami tym podzielić.

[24.04.2013]

PS. Dzięki Czytelnikowi wiem już, że dana strona z zdjęciem latarni w Nowym Porcie pochodzi z nr 11 (180) Morza z 1945 roku. Poniżej okładka tego wydania. Fot. Megamar.

 

Wirtualna rodzina Errora [6] – Lusia

Posted by kotmonika under Blog, Kot

O prześlicznej, ale dość nieufnej do ludzi jakiś czas temu, kotce Lusi dowiedzieliśmy się na przełomie 2012 i 2013 roku. Trafiliśmy na jej zdjęcia na Facebooku i dowiedzieliśmy się, że koteczka przebywa w Rumankowym Domu Tymczasowym w Zabrzu i jest przygotowywana do adopcji. W marcu nareszcie znalazł się ktoś komu serce dla Luśki mocniej zabiło. Wcześniej na stronie Errora prosiliśmy, aby pamiętać o kotce i szukać dla niej domu – takiego już na zawsze. Wygląda na to, że udało się. Lusia jest już w swojej nowej rodzince i widać, że dobrze jej tam. A przez wzgląd na bliźniacze umaszczenie została włączona do wirtualnej rodziny Errorka.

[22.04.2013]

Poniżej zdjęcia koteczki – z profilu Rumankowego Domu Tymczasowego i nowego domku stałego z Facebooka

Zdjęcie na niedzielę – 19 kwietnia

Posted by kotmonika under Blog

Dzisiejsze zdjęcie zostało wykonane nad naszym pięknym morzem w listopadzie 2004 roku. Dziwny to miesiąc na wypad na wybrzeże, ale trafił się akurat konieczny wyjazd do Szczecina więc skorzystaliśmy z okazji i wyskoczyliśmy na kilka dni – mając na stałe metę w Międzyzdrojach, które po sezonie bardzo lubię. Jednego dnia pojechaliśmy do Świnoujścia. Mimo słońca był to potwornie wietrzny dzień i na plaży przewiewało do kości. Nie byliśmy na niej długo. To właśnie wtedy udało się zrobić fotografię, na której słynne Stawa Młyny są zalewane przez wody i nie można suchą nogą przejść do znaku nawigacyjnego, co w porze letniej jest normą. Fot. Tomasz Lerczak.

[19.04.2013]

Po Kryncy Morskiej i Kołobrzegu pora w tym cyklu przedstawić kolejną naszą latarnię morską. Jej historia w zasadzie obejmuje 3 różne obiekty. I w ten sposób podzielę jej dzieje. Tak czy inaczej mówię o latarni morskiej w Jastarni, a pierwsza powstała w Jastarni Borze (Danziger Heisternest) w roku 1871.

[19.04.2013]

1. Jastarnia Bór (Danziger Heisternest) 1872-1936

W 1872 roku zostaje zapalone światło w nowo zbudowanej latarni, która miała wypełniać lukę między Helem a Rozewiem. Postawiona została na wysokiej wydmie która liczyła 19,5 m wysokości. Wieża latarni miała kolor biały, a laterna z daszkiem była pomalowana na kolor ciemnozielony. Wysokość wieży wynosiła 20,5 m. Przy latarni znajdował się niewielki budynek dla pracowników latarni. Obsługiwały ją dwie osoby. Latarnia została przejęta przez Polskę od Niemców w 1920 roku i nazwano ją Jastarnia-Bór. Wygaszono ją w chwili kiedy na Szwedzkiej Górze w 1936 roku powstała nowa latarnia. Wraz z wygaszeniem zdemontowano wszystkie urządzenia optyczne. W 1937 roku obiekt zwiedzał prezydent Mościcki, który przebywał na urlopie w Juracie na Półwyspie Helskim. Obiekt przetrwał do września 1939 roku i został wysadzony przez polskich żołnierzy podobnie jak stara latarnia helska. W okresie swej aktywności jako znak nawigacyjny dwukrotnie przechodziła modernizację systemu optyki i konstrukcji laterny.  Jest to jedna z moich ulubionych latarni i gdyby istniał wehikuł czasu najszybciej wybrałabym się na wycieczkę do tej latarni oraz na Oksywiu.

Poniżej zdjęcie ze zbiorów Apoloniusza Łysejki

Poniżej zdjęcie z lat 1872-1907 ze zbiorów Antoniego Komorowskiego

Poniżej stara kartka pocztowa i zdjęcie z obozu skautów na Półwyspie Helskim, fot. aukcyjne, małe zdjęcie: fragment latarni Jastarnia Bór z przedwojennego przewodnika geologicznego

Poniżej fragment kartki pocztowej z lat 90-tych XX wieku z wizerunkiem Boru, ze zbiorów Latarnicy

Poniżej wizerunek Jastarni Boru ze starego przedwojennego przewodnika, ze zbiorów Latarnicy

2. Jastarnia 1 (1938-1939)

W 1938 roku zbudowano w Jastarni ażurowy obiekt o wysokości 25 metrów. Przypominał o trochę latarnię na Górze Szwedów bo był metalową kratownicą. Była to pierwsza latarnia w samej Jastarni. Stanęła na wydmie tuż przy Domu Zdrojowym. Wyposażona została w szwedzki system optyczny. Zasięg światła wynosił tylko 4 Mm. Z powodu wojny nie przetrwała roku. Podobnie jak inne latarnie na Półwyspie została wysadzona. Jedyną pamiątką po niej są kotwy widoczne u podstawy latari współczesnej. Konstrukcja ażurowa jest bardzo trudna do zdobycia na fotografii czy kartce. Poniżej unikalna pocztówka z jej wizerunkiem. Karta ze zbiorów Latarnicy.

Poniżej Latarnica pod współczesną blizą – na jaskrawo żółto pomalowano kotwy starej latarni.

3. Jastarnia 2 (1950-obecnie)

Zanim powstała w 1950 roku nowa latarnia należy na chwilę przenieść się na zachód do latarni Stilo, gdzie przy plaży stał stary buczek. Z jego kolumny zbudowano nową jastarnicką blizę.

Poniżej wieża nautofonu z 1906 roku, w oddali latarnia Stilo, fot. K.H. Zemke

Poniżej fundament buczka w 2005 roku, fot. Apoloniusz Łysejko oraz plan wieży nautofonu z 1908 roku (zdj. Andrzej Talaśka)

Rozmontowaną kolumnę buczka spod Stilo przetransportowano do Jastarni i złożono. Nowa latarnia ma wysokość 13,3 m i stoi na wydmie – tak jak poprzedniczka – tuż przy Domu Zdrojowym. jest to regularny walec  o średnicy 1,6 m. Wieżę pomalowano w biało-czerwone pasy. Jest obiektem zamkniętym dla turystów  powodu swych rozmiarów. Latarnię dozorują latarnicy.

Poniżej dwie kartki pocztowe z lat 60 i 70-tych XX wieku, ze zbiorów Latarnicy

Poniżej współczesny widok latarni, zdjęcie z 2010 roku, fot. Latarnika

Poniżej optyka i wnętrze latarni

Więcej zdjęć z wnętrza tej latarni znajdziecie w archiwum wpisów z lipca 2010 roku.

Jest jeszcze jedna informacja dotycząca historii latarni jastarnickich, ale znalazłam ją tylko w jednej książce pana Łysejki „Polskie latarnie morskie” z 2007 roku. zacytuję ją poniżej w całości. jeśli ktoś z Was zetknął się jeszcze w innej literaturze z taką informacją proszę o kontakt lub wpis w komentarzu.

[…] Po wojnie w Jastarni w bliżej dzisiaj nie zlokalizowanym miejscu, na wysokim słupie umieszczane było światło nawigacyne, do czasu zbudowania latarni. [A. Łysejko, str 23]

 

Zrujnowane i porzucone latarnie z całego świata fascynują mnie. Bo gdzieś utraciły swoją tożsamość, ktoś o nich zapomniał, przestały być ważne, zakończyłī służbę. Ale skoro powstały to musiały być potrzebne, ratowały losy ludzkie a jacyś inni ludzie w nich pracowali, to były żywe miejsca pracy… Dziś wiele takich ruin bardziej i mniej straszy obserwatorów. Ale dawniej… Tak, kiedyś to musiały być piękne i światła z ich latern prowadziły bezpiecznie do portów.

Na Morzu Karaibskim, w raju dla piratów, jest malutka wyspa Little Curacao, a na niej stara latarnia morska. Dziś to już prawdziwe ruiny. Samotna budowla na odludziu, zapomniana przez ludzi. Ale nie do końca. Zajrzyjmy w karty jej historii:

– latarnia została zbudowana w 1850 roku, wybrano małą wysepką oddaloną ok. 10 km od wyspy-matki

– potężny huragan niszczy latarnię w 1877 roku

– w 1879 roku postaje w miejscu starej mocniejsza w konstrukcji nowa latarnia

– latarnia doznaje licznych uszkodzeń na skutek burz i huraganów, większy remont ma miejsce w 1913 roku

– kilkadziesiąt lat temu zostaje ostatecznie porzucona i zostawiona na pastwę natury

– od kilku lat mimo fatalnego stanu budowli samo światło zostało reaktywowane – jest obiektem automatycznym zasilanym energią słoneczną.

[17.04.2013]

Poniżej zdjęcia latarni z Curacao Travel Guide oraz fotografia Gordona C.

Poniżej zdjęcia ze strony: www.michaeljohngrist.com

Poniżej wysepka Little Curacao (punkt A) z Gogle Maps

Ze starej prasy [vol. 15]

Posted by kotmonika under Blog, Latarnie morskie

W lutym 1973 roku miesięcznik „Morze” opublikował w jednym numerze 2 latarniane artykuły. Pierwszy już prezentowałam. Drugi dotyczy wyjątkowego zabytku klasy zerowej – Twierdzy Wisłoujście. Na str. 16-17 można przeczytać tekst Joanny Krzysztof „Oblężona twierdza”. W latach 70-tych i 80-tych XX wieku robił on naprawdę złe wrażenie. Przez zaniedbania i potrzebne kolosalne środki na restaurację marniał w oczach. Na łamach Morza pojawiał się wielokrotnie – za każdym razem autorzy artykułów pytali – co będzie z twierdzą, czy przetrwa, czy uda się ją uratować. Dziś już wiemy , że najczarniejszy scenariusz się nie sprawdził. Twierdza jest od niedawna nie tylko częściowo poddana renowacji ale i udostępniona turystom.

[15.04.2013]

Poniżej powiększone ilustracje:

W tym tygodniu prezentowałam Wam trochę kocich prac tureckiego artysty grafika i karykaturzysty – Gürbüza Doğan Ekşioğlu. Jedną z prac zostawiłam na dzisiejszą niedzielę, bowiem tematycznie idealnie oddaje ona tematykę tego blogu. Poniżej grafika, która bardzo przypadła mi do serca i chętnie powiesiłabym taką w swoim mieszkaniu.

[14.04.2013]

Zostałam doceniona…

Posted by kotmonika under Blog, Lektury

Wczorajsza recenzja „Dziedzictwa Manitou”, która ukazała się w cyklu Latarnica poleca, znalazła się na polskiej oficjalnej stronie Grahama Mastertona. Jest mi bardzo miło i dla mnie – ogromnej miłośniczki prozy Grahama – to wielki zaszczyt. Jeśli macie ochotę poczytać coś więcej to zapraszam na: grahammasterton.blox.pl.

[13.04.2013]

Latarnica poleca – vol. 8

Posted by kotmonika under Blog, Lektury

To było lata temu, a konkretnie w 1990 roku, kiedy na lekcji plastyki w liceum (tak, tak miałam na profilu ogólnym lekcje i z plastyki i historii muzyki) zauważyłam, że koleżanka czyta z ekscytacją jakąś trzymaną pod ławką książkę. Zapytałam ją co ma fajnego do poczytania, a ona odrzekła, że to horror i  że już dawno nie czytała czegoś tak wciągającego i strasznego. Rzuciłam okiem na okładkę i nazwisko autora. Nic mi ono nie mówiło, ale poprosiłam ją, aby gdy skończy pożyczyła mi ją. Minęły 23 lata, a ja doskonale pamiętam tamtą chwilę i co to była za książka. Tak zaczęła się ta przygoda i trwała miłość do mojego literackiego guru grozy – Grahama Mastertona. A pierwszą powieścią przeczytaną jeszcze w liceum było oczywiście słynne „Manitou”. Co było dalej nie muszę chyba opisywać. Przeżył to każdy kto złapał bakcyla „mastertonizmu”. Co ciekawe,  będąc miłośniczką horroru w literaturze, nigdy tak bardzo nie wielbiłam popularniejszego na świecie mistrza grozy Stephena Kinga. Dla mnie Mistrz jest tylko jeden i ten wspaniały tytuł zdecydowanie należy się Grahamowi. Z lekturami Mastertona w tle upłynął mi czas przygotowywania się do matury i cała nauka w Szkole Sztuk Pięknych. To właśnie wtedy był boom na małą czarną serię Amber Horror i powieści Mastertona, Jamesa Herberta, Paula F. Wilsona (ach ten cykl o Twierdzy!) czy innych pisarzy gatunku. W złotych dla wydawnictw czasach ukazywało się nawet po kilka tytułów w tygodniu.  Za swoje kieszonkowe kupowałam wszystko i pochłaniałam jak porcje czystego, ożywczego tlenu. Z resztą z tymi książkami nie rozstałam się do dziś i mają one trwałe miejsce w mojej domowej biblioteczce (wystarczy rzucić okiem na ostatnie prezentowane dziś zdjęcie). Byłam również przyczynkiem do tego, że horrory Amberu a tym samym powieści Mastertona szły do kolejnych rąk Czytelników i wkrótce już cały akademik je czytał i komentował. Miłe wspomnienia… I choć do raz przeczytanych tytułów już nigdy nie wracałam (wyłącznie z braku czasu i ciągłego uczucia że i tak nie zdążę przeczytać wszystkiego co chcę)  to ostatnie lata pokazały, że umiłowanie prozy Mastertona nie było tylko szczeniacką modą, ale także dziś gdy sięgam po jego książki, wciąż jest we mnie taka sama ekscytacja i podziw.

W życiu bym się nie spodziewała, że doczekam się czasów kiedy polscy pisarze grozy zainspirują się prozą Mistrza i napiszą w hołdzie własne opowiadania w jego stylu. A jednak czasy się zmieniły i świat wokół nas również. A popularność horrorów nie maleje i bardzo dobrze. Wciąż jest mnóstwo ludzi, którzy chętnie spędzą wolny czas z książką w ręku i nie będą stawiać tylko na wybitne i ambitne dzieła literackie. Sama nie stronię od żadnej literatury. Czytam wszystkie gatunki i różny kaliber prozy. I nie wstydzę się przyznać w pracy czy gronie znajomych, że uwielbiam horrory i wszystko co wyszło spod pióra Grahama Mastertona. Antologia, która ostatnio wpadła mi w ręce, była długo oczekiwana.Trochę się bałam jej zawartości, a może nawet bardziej mojego odbioru tej książki, bo jednak ma z założenia nawiązywać do Mistrza, a to znaczy, że poprzeczka od razu jest ustawiona bardzo wysoko. Na całe szczęście – gdyby ta publikacja była niewypałem – na sam jej koniec czekał mnie przepyszny deser: niepublikowane dotąd w Polsce opowiadanie Mastertona pt. „Obserwator”. Ono mogło w razie czego wynagrodzić wszystkie mankamenty „Dziedzictwa Manitou”. A jednak żaden z czarnych scenariuszy nie sprawdził się. Deser – i to bardzo pyszny deser – miałam podczas lektury zafundowany od pierwszego do ostatniego opowiadania. Szok i niedowierzanie ! Ale rodzimi twórcy NAPRAWDĘ sprostali temu trudnemu zadaniu. „Dziedzictwo Manitou” to doskonały zbiór tekstów. Antologie mają to do siebie, że ich poziom bywa różny i zazwyczaj teksty wybitne sąsiadują ze średnimi i słabymi. Tutaj czegoś takiego nie ma. Owszem, nie są równe poziomem, ale nie mogę powiedzieć, że któreś bym usunęła czy jest zbyt słabe aby się w nim znalazło. Mam taki prywatny zwyczaj, że kiedy czytam antologie opowiadań, to od początku po każdym przeczytanym tekście stawiam w spisie treści swoją ocenę od 2 do 5 (zgodnie ze skalą ocen jaka funkcjonowała w czasach, gdy ja uczęszczałam do szkół). I jak wypadło „Dziedzictwo” w moich notach? Na 14 opowiadań 11 dostało max notę czyli 5, a tylko trzy pewne 4! Nie przypominam sobie antologii przeczytanych w ostatnich latach, która miałaby tak wyrównany i mistrzowski poziom. Na dodatek różnorodność opowiadań jest tak szeroka, że dopiero taka antologia pokazuje jak rozległą płaszczyzną jest horror i na jak różne sposoby można ją wypełnić. W tym zbiorze znajdziecie teksy bardziej i mniej znanych autorów, ale bynajmniej nie nazwiska świadczyły o moich notach. Ale dla zachęty podam kilka z nich – kto się porusza sprawnie po polskiej literaturze grozy od razu skojarzy. Znajdziecie zatem w „Dziedzictwie” opowiadania m.in. Kazimierza Krycza jr, Dawida Kaina, Roberta Cichowlasa, Jacka Rostockiego czy Krzysztofa Maciejewskiego (jego debiutancki zbiorek „Osiem” polecałam już w tym cyklu na Latarnicy). Jednak nie nazwiskami chciałabym was zachęcić do sięgnięcia po tą antologię. Raczej niech zachęci was umiłowanie do Mastertona i chęć poznania jak polscy pisarze poradzili sobie z tak ciężkim zadaniem. Zafascynowały mnie kręte drogi grozy, którymi poprowadzili swoich Czytelników. Przebywając w wielu światach naprawdę porządnie się bałam, a to najlepsza rekomendacja! W końcu po to sięgamy po horrory. Poza tym polskie realia okazały się świetnym tłem i scenografią do naprawdę przerażających historii. Mamy w nich to co charakteryzuje prozę Grahama: strach, grozę, zbrodnie, mrok i erotykę. Różni autorzy w innych proporcjach dawkują nam te znaki rozpoznawcze Mistrza, ale wszyscy robią to świetnie. Czy umiałabym wskazać jeden ulubiony  tekst? Byłoby mi bardzo trudno. Pomijając zamykające antologię opowiadanie Mastertona bardzo przykuły moją uwagę „Godzina wołu” Pawła Waśkiewicza, „Za kurtyną” Piotra Mirskiego, „Tak blisko, nieważne jak daleko” Roba Kaymana, „Drapiący psy” Krzysztofa Maciejewskiego czy „Ofiary” – wspólne dzieło Roberta Cichowlasa i Łukasza Radeckiego. A sam tekst guru grozy? No dobrze, przyznam się. „Obserwator” Mastertona dał mi popalić. Już dawno nie sięgałam po jego prozę i po prostu ledwo wytrzymałam psychicznie, aby przez ten tekst przebrnąć. Och nie! Nie chodzi o to, że jest zły. Bo jest genialny, ale poziom strachu jaki wywołał u mnie sam pomysł na opowiadanie i jego wykonanie po prostu przeorał mnie psychicznie. Doskonała robota i wielki kop w najczulsze miejsce Czytelnika.

Bardzo się cieszę, że są jeszcze tacy wydawcy, którzy nie boją się postawić na grozę i nie boją się przede wszystkim lansować naszych rodzimych pisarzy – choćby pod szyldem  inspirowania się naprawdę wielkim nazwiskiem na polu literatury spod szyldu horroru. Co jeszcze znajdzie Czytelnik poza opowiadaniami w tym zbiorze? Bardzo sympatyczny wstęp Roberta Cichowlasa i ciekawe wprowadzenie od samego Grahama Mastertona pt. „Polskie opowieści”. Jednym słowem – możemy pochwalić się na polskim rynku wydawniczym wielką antologią na miarę podobnych wydawnictw zachodnich. Na szczęście dowiedliśmy, że potrafimy literacko sprostać takim wyzwaniom i mamy wspaniałych pisarzy tego gatunku. Kilka nazwisk muszę bacznie obserwować, bo to co dotychczas wydali dobrze się zapowiada.

Pod koniec marca polscy, ale przede wszystkim poznańscy miłośnicy Mastertona mieli swoje wielkie święto. Pisarz odwiedził nasze miasto i pojawił się jako gość specjalny na PYRKONIE – popularnym Festiwalu Fantastyki. Można było pójść na spotkanie z pisarzem oraz zdobyć dedykację do ulubionej książki. Takie chwile są bezcenne, a podpisana książka staje się w naszych biblioteczkach wielkim trofeum na miarę bardzo cennego skarbu. Każdy kto kocha książki wie o tym i jeszcze wielu takich cudownych chwil z ulubionymi pisarzami Wam życzę.

Dane książki: tytuł: „Dziedzictwo Manitou – antologia dedykowana mistrzowi horroru”, Wydawnictwo Replika, 2013,  ilość stron: 342, projekt okładki: Mikołaj Piotrowicz.

Ocena ostateczna: HIT!

Serdecznie dziękuję Wydawnictwu Replika za egzemplarz do recenzji!

[12.04.2013]

Poniżej okładka antologii „Dziedzictwo Manitou”

Poniżej natchnienie dla polskich autorów obecnych w tej antologii czyli sam mistrz horroru Graham Masterton (fo. Polskie Radio)

Poniżej fragment mojej prywatnej galaktyki grozy – czyli półeczka z horrorami Amberu (fot. Latarnica), wybaczcie niektóre zniszczone grzbiety – to nie mój brak szacunku do książek ale działalność mojego kota, który upodobał sobie drapanie horrorów :) Może wyczuwa drzemiącą między kartami grozę… Kto wie. Jak wiadomo zwierzęta czują i widzą więcej.

Ostatnio w mieszkaniu wpadłam w szał wieszania obrazków – składowanych od lat i odkładanych do powieszenia na bliżej niekreślony czas. Wreszcie pewne decyzje dojrzały i powierciliśmy dziury w ścianach by zawisły fajne marynistyczne i latarniane motywy. Poczułam jakie to przyjemne mieć coś miłego dla oka na ścianach i jak nagle odmienia się wnętrze dzięki takim akcentom wystroju wnętrz.

Od jakiegoś miesiąca w sieci pojawił się nowy duży sklep z reprodukcjami światowego malarstwa. Można sobie wybrać czego dusza zapragnie i dostosować wielkość reprodukcji oraz sposób jej wydruku i oprawy (np. kanwa, papier itp.). Loft 45 (bo tak nazywa się sklep) dysponuje bazą ponad 40 000 dzieł wybitnych artystów z całego świata! Pogrupowane w pewne kategorie łatwiej nas naprowadzą na pewne pożądane motywy czy artystów. A wszystko co tylko zamówimy opatrzone zostanie certyfikatem poświadczającym, że obraz został wyprodukowany na podstawie licencji oraz reprodukcji Bridgeman Art Library, światowego lidera branży reprodukcji. Loft 45 to nie tylko sklep ale i ciekawy blog o sztuce i wnętrzach i tym jak cieszyć się na co dzień zdobieniem własnych ścian (www.blog.loft45.pl). Sklep ma również swój profil na Facebooku, gdzie niedawno zakończył się konkurs w którym można było wygrać dowolnie wybrany przez siebie obraz.  Kim albo czym jest Loft 45? Jak sami o sobie piszą to grupa zawodowców których pasją jest sztuka:

Pomagamy stworzyć unikalny klimat wnętrz proponując ogromny wybór obrazów, które nadadzą im niepowtarzalny charakter. Mniej zdecydowanym doradzamy, które z obrazów harmonijnie wpiszą się w ich wnętrza i podkreślą ich indywidualny styl. Koneserom zapewniamy możliwość wyboru swoich typów z ponad 40 000 dzieł wybitnych artystów z całego świata!
Zafascynowani pięknem dzieł zarówno dawnych mistrzów jak i współczesnych nam artystów proponujemy profesjonalne, licencjonowane kopie ich obrazów (ze zbiorów muzealnych i prywatnych kolekcji) w postaci najwyższej jakości wydruków na specjalnych podłożach – zarówno płótnie jak i innych materiałach – zależnie od techniki wykonania oryginału. Każda z tych kopii posiada numerowany certyfikat oraz metryczkę obrazu; jest także fachowo zabezpieczona przed niekorzystnym wpływem kurzu i promieniowaniem UV.Wszystkie obrazy możemy oprawić zgodnie z życzeniem naszego Klienta, możemy też wysłać je bez oprawy, co pozwoli zamawiającemu na późniejsze dostosowanie jej do wnętrza, w którym obrazy znajdą swoje miejsce. Przesyłki z obrazami powierzamy firmie kurierskiej, która dba o ich bezpieczeństwo i dostarcza je w najkrótszym możliwym terminie.

Kiedy wpadnie się na stronę sklepu można nie poczuć upływu czasu. Ale fajnie jest tak chodzić sobie wirtualnie po ich ofercie – jakby się było w wielkiej galerii sztuki. Do czego szczerze zachęcam. Ponieważ w ofercie Loftu 45 znalazłam główną tematykę mojego blogu czyli motywy  kocie , książkowe i latarniane to już od początku dostali ode mnie spore noty.

Ilustracje ze strony sklepu z obrazami – www.loft45.pl

[10.04.2013]

Poniżej wybrane przeze mnie różne motywy z kotami – obrazy pochodzą z różnych epok i spod różnych pędzli. Można spróbować poszukać kota najbliższego wyglądem do swojego własnego. Albo sprezentować obrazek znajomemu kociarzowi.

Poniżej wybór obrazów z latarniami morskimi.

Wybrana tematyka książkowa:

 

W kocim świecie tureckiego grafika

Posted by kotmonika under Blog, Kot

Ten tydzień upłynie nam pod hasłem sztuki. Tak się akurat złożyło, że natrafiłam na ciekawych twórców i fajne strony.  Nie pisałabym o jakimś artyście, gdyby jego dzieła nie podchodziły pod tematykę moich zainteresowań. Na początek turecki grafik i karykaturzysta. Zachwyciły mnie jego ilustracje w których często wykorzystywał motyw koci. Najlepsza z jego grafik (moim zdaniem oczywiście) pojawi się w cyklu Zdjęcie na niedzielę. Ale póki co chciałabym wam pokazać kilka kocich ilustracji. Ich autorem jest Gürbüz Doğan Ekşioğlu (rocznik 1954) – absolwent wydziału grafiki na Wyższej Szkole Sztuk Pięknych w Istambule. Zaczynał jako karykaturzysta. Dostał za swoje prace kilkadziesiąt nagród na całym świecie. Był ceniony w Ameryce – miał indywidualną wystawę w Nowym Jorku. Publikował swoje ilustracje m.in. w „New York Times”. Poniżej wybór kilkunastu prac (fot. z internetu). Mnie niektóre z nich przypominają klimatem prace znanego surrealisty Renee Magritte’a.

[08.04.2013]

 

Subscribe to LATARNICA