LATARNICA

Latarnie morskie, koty, słowo drukowane i coś więcej…

Na dzień przed Wigilią Bożego Narodzenia ostatnia odsłona z rodzinnych archiwaliów darłowskiego latarnika.

Fot. pozyskane od syna i synowej – Waldemara i Elżbiety Zawadzkich. Bardzo dziękuję!

Poniżej: Edward Zawadzki – pierwszy latarnik powojennego Darłowa

[23.12.2015]

dar1 dar2 dar3 dar4

W ferworze przedświątecznych przygotowań chciałabym Wam w formie prezentu pokazać wszystkie archiwalne fotografie dotyczące latarnika z Darłowa Pana Zawadzkiego. Niechaj wynagrodzą trudny pracy do nocy, zakupów, biegania, porządkowania.

Darłowska latarnia morska jest bardzo charakterystyczna i urocza. Jej czerwone okiennice to znak rozpoznawczy a położenie przy samym kanale portowym sprawia że bez problemu można do niej trafić i jest w samym centrum miasta i ruchu turystycznego.

Fot. pozyskane od syna i synowej – Waldemara i Elżbiety Zawadzkich. Bardzo dziękuję!

Poniżej: Edward Zawadzki – pierwszy latarnik powojennego Darłowa

[21.12.2015]

dr1 dr2 dr3 dr4 dr5

Dziś chciałabym się podzielić z Wami znowu czymś wyjątkowym. Szczęście ostatnio mi sprzyja i natrafiam na ciekawie archiwalia latarniane. Tym razem czujny nos i instynkt zawiodły mnie  na facebookową stronę Muzeum Wspomnień-Darłowo. Znalazłam tam zdjęcia dotyczące pracy pierwszego latarnika polskiego Darłowa – Edwarda Zawadzkiego. Sprawował swój urząd kierownika latarni morskiej w latach 1945-1973.

Fot. pozyskane od syna i synowej – Waldemara i Elżbiety Zawadzkich. Bardzo dziękuję!

Osobne wielkie podziękowania dla p. Marioli Andrys za przemiły odzew, sympatyczną korespondencję i szybkie działanie.

Poniżej: Edward Zawadzki – pierwszy latarnik powojennego Darłowa

 

1

Poniżej: Edward Zawadzki – latarnik, 1945 rok

2

Poniżej: Edward Zawadzki – latarnik w trakcie pracy

3

 

 

Poniżej: Edward Zawadzki – latarnik, 1946 rok

4

[18.12.2015]

Z ogromną przyjemnością chciałabym dziś Wam pokazać cztery archiwalne zdjęcia z Rozewia, a raczej tej jego latarnianej historii, bowiem fotografie pokazują latarnie oraz pracujących na przylądku latarników. To kolejne fotograficzne perełki, które udało mi  się namierzyć w przestrzeni internetu. A wszystko zaczęło się od zdjęcia Rozewia II widzianego z latarni Rozewie I – wypatrzonego na mojej stronie z latarniami na Facebooku. Okazało się, że właściciel zdjęcia dysponuje w rodzinnych archiwach czymś więcej. Efekt tych rozmów znajdziecie poniżej. Bardzo dziękuję za zgodę na podzielenie się rodzinnymi pamiątkami na moim blogu.

Prezentowane dziś materiały otrzymałam od pana Mariusza Kowaleskiego (syna siostry żony latarnika Bolesława), wszystkie  fotografie pochodzą ze zbiorów latarnika rozewskiego Bolesława Adolpha.

Dla uzupełnienia dodam że pan Bolesław pełnił służbę latarnika na Rozewiu w latach 1939-1971 (informacja za „Latarnie morskie w Rozewiu” Apoloniusz Łysejko, Gdańsk 2008)

[16.11.2015]

Poniżej latarnia Rozewie II widziana z wieży latarni Rozewie I

roz_adolf_1

Poniżej latarnik Bolesław Adolf na zabytkowym już polskim motorze marki SHL, przed wejściem do latarni Rozewie I

roz_adolf_2

Poniżej trójka dzieci latarnika oraz dwójka dzieciaków z rodziny

roz_adolf_3

Poniżej w wejściu do latarni Rozewie I latarnik Bolesław Adolph oraz drugi latarnik p. Adrian (w czapce) wraz z gośćmi

roz-adolf_4

 

Dziś z ogromną przyjemnością dzielę się z Wami zdjęciami jakie jeszcze w lutym br. otrzymałam drogą mailową od wnuka pana Leona Wzorka – Grzegorza. Przemiła korespondencja, jaka się między nami wywiązała, zawiodła nas także na taki etap rozmowy, podczas której obustronnie dzieliliśmy się tym co posiadamy w temacie Rozewia i pracujących tam kiedyś latarników z rodziny Wzorków. Uzyskane tą drogą materiały mają i dla mnie wielki ładunek emocjonalny bowiem – jak już od dawna wiecie – Rozewie i historia latarń z przylądka szczególnie mi leżą na sercu i mają tam swoje stałe miejsce.

Poniżej: zdjęcia z archiwum rodziny Wzorków [4x] Dziękuję p. Grzegorzowi Wzorkowi za podzielenie się nimi ze mną i zgodą na ich publikację.

Poniżej: Latarnik Zbigniew Wzorek z elementami nowej optyki dla rozbudowywanej latarni w 1978 roku

Poniżej: Zbigniew i Jerzy  Wzorek na zbiorowej mogile w Piaśnicy gdzie zginął Leon Wzorek (fot. wykonana w 1994 r.)

Poniżej: Zbigniew i Jerzy Wzorek przed tablicą Leona w Rozewiu w 1993 r.

Poniżej: Symboliczny krzyż Leona Wzorka na zbiorowej mogile w Piaśnicy

Pod koniec lutego otrzymałam drogą mailową od wnuka Leona Wzorka – p. Grzegorza – cudowną i unikalną fotografię przedstawiającą model latarni w Rozewiu, który zawierał ziemię z pod latarni. Latarnik Leon wraz z synami Zbigniewem i Jerzym zawieźli ją w 1936 roku na Kopiec Piłsudskiego do Krakowa. Niestety kopca ani modelu już nie ma. Kopiec zaczął być budowany w 1934 roku (konkretnie 6 sierpnia w dwudziestą rocznicę wymarszu z Krakowa I kompanii kadrowej Legionów) i ostatnie prace wykonano w 1937. W kopcu złożono ziemię z wszystkich pól bitewnych I wojny światowej, na których walczyli Polacy. W 1953 roku zniszczono cały stok kopca. Akcja jego odnowy ruszyła dopiero w 1981 roku. W II połowie lat 90-tych XX wieku w wyniku ulewnych deszczy jego zbocze uległo zniszczeniu. Po kolejnym remoncie znowu większa część kopca uległa zniszczeniu. Obecnie kopiec jest po renowacji i nie ma śladów uszkodzeń.

Poniżej kopiec – widok w roku 1938, fot. Wikipedia

Tak się złożyło, że zdjęcie modelu latarni idealnie dopełnia inną fotografię z tamtego okresu, która ukazała się w „Ilustrowanym Kurierze  Codziennym”  z 30 czerwca 1936 roku. Ukazuje ona załogę latarni z kierownikiem Leonem Wzorkiem (pierwszy od lewej) pokazującą model latarni, w którym złożono ziemię.

[11.03.2015]

Gazeta IKC – ze zbiorów Latarnicy

Na zdjęciu są od lewej latarnicy: Leon Wzorek, Józef Behmke, Teofil Żaczek i Józef Adrian. W wspomnianej delegacji faktycznie jechał tylko Leon Wzorek z synami, a model latarni wykonał rzemieślnik z Pucka. Latarnia była w połowie rozkręcana, żeby można było nasypać do środka ziemię. [informacja z pierwszej ręki od p. Zbigniewa Wzorka, przesłana mailem przez p. Grzegorza Wzorka]

Zdjęcie modelu latarni – fot. ze zbiorów rodzinnych Zbigniewa i Grzegorza Wzorków

Tak się jakoś składa (a mnie przynosi to ogromną radość), że archiwalne zdjęcia od Was Drodzy Czytelnicy najczęściej dotyczą latarni Rozewie, która ma w moim sercu szczególne miejsce. Tym razem fotograficzne i informacyjne skarby otrzymałam od Leny z Gdyni. Takie chwile, kiedy pisze do mnie ktoś i dzieli się pamiątkami rodzinnymi, uważam za szczególne i ważne. Tym razem miałam okazję poznać bliżej postać Teofila Żaczka – latarnika z Rozewia, który swoją służbę pełnił tam w latach 1930-1939 [informacja na podstawie tabeli Obsługa latarni Rozewie z publikacji „latarnie morskie w Rozewiu” Apoloniusza Łysejko]. Lena jest prawnuczką latarnika Teofila. Poprosiłam ją, aby spróbowała dowiedzieć się trochę szczegółów nt życia swojego pradziadka. oto co udało się ustalić:

Urodzony najprawdopodobniej w 1904 roku w Strzelnie. Z zawodu, a według bliskich i z powołania, był elektrykiem. Według wikipedi był pracownikiem latarni w latach 1930-39. W roku 1932 ożenił sie z Gertrudą Hubrych, w roku 1933 urodziło się ich pierwsze dziecko Danuta (moja babcia), później syn Bolesław, w 1939 tuż przed wybuchem wojny kolejna córka Krystyna, której ojcem chrzestnym został Leon Wzorek . W tym samym roku Teofil wraz z rodziną, wygnany przez Niemców przenosi się do rodzinnego domu żony w Redzie, gdzie w 1946 rodzi się ich najmłodsza córka Joanna. Mieszkał tam do śmierci (11 X 1972). Informacji tych dostarczyły nam córki Teofila – Krystyna i Joann,a które niestety nie znają szczegółów z życia pradziadka w Rozewiu. Obie pamiętają jednak bardzo dobrze jak pod koniec wojny, dwukrotnie wraz ze swoim teściem z narażeniem życia własnoręcznie rozminowywali most przy ulicy Puckiej w Redzie by ratować stojący tuż obok rodzinny dom.

Poniżej kilka fotografii z Archiwum Rodzinnego i komentarz do nich od Leny. Bardzo bardzo dziękuję za podzielenie się ze mną i moimi Czytelnikami tymi bardzo ciekawymi informacjami.

Fot. Z archiwum rodzinnego Leny – prawnuczki latarnika Żaczka

[10.11.2014]

Poniżej:

Od lewej, Gertruda Żaczek, żona Teofila, z najstarszą córką Danutą. Obok stoi najprawdopodobniej jej matka Bernardyna Hubrych (moja praprabaka) lub siostra matki – Monika. Nie wiadomo kim jest chłopiec.

Poniżej:

Zdjęcie wykonano przed wejściem do domu w którym mieszkała rodzina Żaczków (budynek po prawej stronie od latarni).
Pierwszy od lewej Teofil, pierwsza od prawej Gertruda, starsze dziecko to córka Danuta, młodsze to ich jedyny syn Bolesław. Teofil miał jeszcze dwie młodsze córki. Nie jesteśmy w stanie zidentyfikować pary siedzącej pośrodku.

Poniżej:

Widok latarni od strony morza, niestety nie potrafimy stwierdzić kim jest widoczna na zdjęciu kobieta.

Poniżej:

Gertruda i Teofil Żaczkowie z córką Danutą. Rok 1935.

Poniżej:

Buczek mgłowy, na którym siedzi siostra Teofila – Beti (najpewniej zdrobnienie od imienia Beata) z córką Teofila, Danutą. Według wikipedi znajdował się „w lesie na cyplu, koło zabudowań latarni”.

Poniżej:

Pocztówka wklejona do albumu rodzinnego z lat 1935 – 41.

Pocztówka, którą widzicie powyżej była funkcjonującą w latach 30-tych kartką świąteczną. Sama posiadam jeden oryginalny egzemplarz z tamtych lat. W ogóle w okresie rozkwitu portu w Gdyni powstało kilka wzorów pocztówek znad morza, na których motywy morskie połączone były z motywami świątecznymi.

BEZ PASJI NIE MA ŻYCIA

Latarnica: Co było przyczynkiem do tego że zacząłeś pisać  ”Latarnika”? Czy pisząc wiedziałeś już, że powstanie część 2 czyli „Latarniczka”?

Karol Kłos: Wcześniej próbowałem pisać wiersze, potem opowiadania. Udało mi się wygrać Ogólnopolski Konkurs Na Opowiadanie organizowany przez artystyczny klub „Winda” w Gdańsku w roku 2004 bodaj, otrzymać nagrodę marszałka województwa, co było pierwszym moim zarobkiem uzyskanym dzięki literaturze. Potem dowiedziałem się o konkursie na dziennik inspirowany dziennikami Stefana Żeromskiego. Przystąpiłem więc do pisania. Potem się okazało, że konkurs dotyczył młodzieży szkolnej, więc mnie przyznano tylko symboliczną nagrodę książkową, ale tekst pozostał i to z niego powstał „Latarnik”. Pisałem go przez sześć lat, po kilka zdań, po akapicie. Gdy wydałem „Latarnika” w postaci książki to zamarzyła mi się trylogia. Bo jak to brzmi. Drugi tom, czyli „Latarniczkę” pisałem przez rok. Zwieńczenie trylogii wciąż jest w sferze planów. Po drodze niejako było jeszcze opowiadanie „Duch”, opowiadanie „Księzniczka i groch”, które zwyciężyło w konkursie portalu Duże K, a także praca nad inną powieścią. Poza tym pasjonuje mnie fotografia, co też pochłania czas.

Latarnica: Pokazywałeś komuś fragmenty powstających książek? Powstawały jako pisanie do tzw. szuflady czy od początku planowałeś aby miały swoich Czytelników?

Karol Kłos: Gdy okazało się, że pierwsza wersja dziennika nie kwalifikuje się do konkursu ze względu na wiek autora to dalej go pisałem już bez myślenia o czytelnikach. Pisałem dla siebie, dlatego też mogło to tak długo trwać. Nigdzie mi się z tekstem nie śpieszyło. „Latarniczka” była już pisana jako kontynuacja i z myślą o czytelnikach. Dlatego bardziej się śpieszyłem. Doszedłem do wniosku, że gdy będę pisał tak wolno to niewiele zdążę napisać. Pisałem już jako autor, znacznie bardziej świadomie.

Latarnica: Czytając „Latarnika” powróciłam do swoich ukochanych i znajomych miejsc na Półwyspie. To była wyprawa w czasie i przestrzeni osadzona w konkretnych polskich realiach. Sporo w niej twoich własnych doświadczeń i choć jak podajesz w „latarniczce” wszystkie zdarzenia są zmyślone a imiona postaci zmienione aby nie udało się je przypisać do autentycznych osób. Myślisz, że osoby które cię inspirowały rozpoznały a kartach tych książek siebie? Miałeś takie rozmowy?

Karol Kłos: Moi znajomi, krewni i sąsiedzi znają z własnego doświadczenia wszystko to o czym piszę, pamiętają wydarzenia, znają bohaterów i często się rozpoznają. Większość ekscytuje się tym, że zostali opisani. Niektórzy twierdza, że muszą się dobrze ubierać na wypadek gdyby znowu ich ktoś opisał. Ktoś pytał się mnie czy nie bałem się opisywać ta czy inna osobę. Zdarza się też, że czytelnicy źle kojarzą osoby. Tylko jedna osoba miała do mnie pretensję o opisanie jej w książce. Postanowiłem sobie, że już tego nie zrobię. Sobie, ponieważ w przypadki fikcji literackiej innym nie muszę niczego obiecywać, nawet wtedy jeżeli ta fikcja pokrywa się z życiem.

Latarnica: Czy twoi znajomi, rodzina, pracodawca wiedzieli że piszesz te książki? Jak zostały przyjęte przez znajomych/ rodzinę po ukazaniu się?

Karol Kłos: Teraz wszyscy piszą – powiedziała pewna osoba. Inni pytają co piszę, kiedy coś znowu wydam. Mój dyrektor powiedział przy ostatnim naszym spotkania:

– A, to pan!

Nie wiem jakie emocje towarzyszyły panu dyrektorowi i mam nadzieję zbyt szybko się o tym nie dowiadywać.

Latarnica: Jak myślisz – kim jest przede wszystkim Karol Kłos dla mieszkańców Jastarni? Latarnikiem? Pisarzem? Sąsiadem czy może dziennikarzem?

Karol Kłos: Dla mieszkańców Jastarni latarnikiem i byłym dziennikarzem. Byłym dziennikarzem przede wszystkim w związku ze społeczną pracą w redakcji „Jastarniskiej Kleki”. Było to obywatelskie pismo wydawane domowymi sposobami w latach dziewięćdziesiątych. To wtedy większość mieszkańców dowiedziała się o moim istnieniu. Ci, którzy wtedy nie zauważyli, nie wiedzą o mnie do dziś.

Latarnica: Po lekturze Twoich książek polecałam je wszystkim miłośnikom latarni. Uważam że mimo iż nie wnoszą faktów historycznych nt latarni i półwyspu to są zapisem życia codziennego latarnika i mieszkańca Północnych Kaszub. Są pod tym względem ciekawe i ukazują Jastarnię, jej mieszkańców, problemy życia codziennego z punktu widzenia człowieka stamtąd co dla miłośników wybrzeża może być cudowną przygodą literacką. Myślałeś przy ich pisaniu o idealnym Czytelniku/odbiorcy jako o swoim sąsiedzie i mieszkańcu półwyspu czy zależało ci bardziej na opowiedzeniu czegoś od siebie osobom, którym twój codzienny świat jest bardzo odległy.

Karol Kłos: Każdy autor ma warstwy. Podobnie jak Shrek. Mieszkańcy półwyspu rozpoznają siebie lub swoich znajomych. Pisząc staram się ich nie urazić. Dla obcych to nie ma znaczenia kto miał kochankę, a kto nie. Pisząc dla nieznajomego czytelnika można sobie na więcej pozwolić, chociaż on nie wszystko zrozumie. Poza tym mój wewnętrzny świat jest bardzo odległy zarówno od jednych jak i od drugich. Pisząc staram się dotrzeć do wszystkich, ponieważ sam próbuję docierać do świata wyobraźni pisarzy z całego świata. Mam nadzieję, że kiedyś granice przestaną dzielić. Wiem, jestem idealistą, ale nic na to nie poradzę. Dlatego nie mogę pisać tylko dla znajomych.

Latarnica: I na koniec jeszcze jedna kwestia. Widzę, że bardzo chętnie uczestniczysz w spotkaniach autorskich i wieczorkach literackich innych pisarzy i poetów. Czy praca twórcza – literacka innych osób inspiruje cię i daje natchnienie do częstszego sięgania po pióro?

Karol Kłos: Ich praca i twórczość inspiruje mnie do sięgania po aparat fotograficzny. To przede wszystkim. Jadę na spotkanie po to by poznać człowieka, który robi coś interesującego, a w dodatku jeszcze podobnego do tego co ja robię. Mam zawsze nadzieję na jedność dusz, zainteresowań, doświadczeń, czyli na dość zaawansowaną jedność osobowości. Szczerze mówiąc rzadko ich czytam, bo klasycy nie pozostawiają mi już zbyt wiele czasu na czytanie znajomych. Wiem z całą pewnością, że nigdy nie zdołam przeczytać wszystkich książek. Dlatego przerywam czytanie jednej książki by zajrzeć do drugiej, a tej by zerknąć do trzeciej. Czytam mnóstwo książek równocześnie. W mojej biblioteczce większość lektur ma w sobie zakładki, które mówią mi ile jeszcze pozostało do przeczytania. Ta praca nigdy się nie skończy, ponieważ każdego roku powstają nowe książki. Dlatego więcej czasu poświęcam na czytanie niż na pisanie. Taki wybór. Równocześnie jednak inne książki są dla mnie inspiracją tak samo często jak tak zwane życie. Może nawet częściej. Wyznaję zasadę, że biblioteka jest równie ważna jak życie.

Latarnica: Twoje książki powstały jako rękopisy odręczne czy pisałeś je na komputerze?

Karol Kłos: Pisze odręcznie długopisem. Czasami piórem. Długopis jest jednak wygodniejszy, chociaż mniej prestiżowy. Potem przepisuję na komputerze. Ze względu na pracochłonność tego procesu czasami podejmuje próbę pisania od razu na klawiaturze. Można swobodnie dopisywać w różnych miejscach, bądź wykreślać. Odręcznie jednak nadal robię notatki, szkice, próbne wersje. No i potem tych odręcznych notatek jest więcej niż tekstu na dysku twardym komputera, więc znowu przepisuję.

Latarnica: Jako autor  i czytelnik idziesz z duchem czasu i doceniasz takie wynalazki jak tablety, czytniki ebooków, audiobooki czy zdecydowanie wolisz zapach papieru i jego szelest pod palcami?

Karol Kłos: Naturalnie, idę z duchem czasu. Mieszkam daleko od supermarketów, kina, teatru, uczelni, na której syn studiuje i mieszkania, w którym syn mieszka. Wszystkie spotkania autorskie moich znajomych, w których tak chętnie uczestniczę, również odbywają się daleko od mojego domu. Grzechem zaniechania jest podróżowanie dwie godziny w jedna stronę i dwie w drodze powrotnej bez audio-booka. Czytać wolę na papierze. Ot, stare przyzwyczajenia coraz starszego człowieka.

Latarnica: Chętnie przeczytałbym kolejną część „Latarnika” i „Latarniczki”. Czy napisałeś albo jesteś w trakcie pisania kontynuacji swoich dwóch powieści?

Karol Kłos: Jest w trakcie pisania. Jest też w trakcie pisania inna książka. Która będzie wcześniej to już loteria.

Latarnica: Powiedz na koniec czy można gdzieś jeszcze nabyć twoje książki – jeśli tak to gdzie?

Karol Kłos: empik.com; merlin.pl; aros.pl; taniaksiazka.pl; oraz wiele innych księgarni internetowych. Sprawdziłem przed chwilą. Jak długo tak będzie nie wiadomo. Rynek książki jest w naszym kraju niezwykle skomplikowany.

Latarnica: Jako podsumowanie naszej rozmowy chciałabym krotko nawiązać do tytułu tego wywiadu. Kiedyś podczas rozmowy przez komunikator internetowy powiedziałeś takie zdanie: Bez pasji nie ma życia. Co jest zatem Twoją największą pasją?

Karol Kłos: Czytanie. Od tego wszystko co związane literaturą i pisaniem się zaczęło. Pierwsze były „Opowieści z dalekich mórz i oceanów”, chyba… O ile dobrze pamiętam. Miałem z 8 lat. Czyli 42 lata praktyki zawodowej.

Latarnica: Serdecznie dziękuję za bardzo interesującą rozmowę.

——————————————————————————–

Dane biograficzne:

Rocznik 1961. Zamieszkały w Jastarni. Ukończył Liceum Elektryczne w Wejherowie. W latach 1983-86 pracował na budowie Elektrowni Jądrowej Żarnowiec w Nadolu. Pracownik Urzędu Morskiego w Gdyni na stanowisku Latarnik, w latach 1986-1996 w Radiolatarni Morskiej w Helu, potem do chwili obecnej w Latarni Morskiej w Jastarni.

W latach 1997-2001 reporter, dziennikarz i redaktor lokalnej gazety „Jastarnicko Kleka”. Od listopada 2008 do końca 2012 publikuje w społecznościowym serwisie dziennikarstwa obywatelskiego ”’www.wiadomości24.pl”’ Pierwszy prezes „Stowarzyszenia Przyjaciół Jastarni”. Członek „Zrzeszenie Kaszubsko-Pomorskie”.

[19.09.2014]

Fot. Z archiwum Karola Kłosa [2x]

Poniżej – latarnicy chętnie odwiedzają także inne latarnie poza swoim miejscem pracy

Poniżej w budynku przy jastarnickiej latarni

Poniżej latarnik Karol Kłos przy zdjęciu ze swoim stanowiskiem pracy  – fotografii jastarnickiej blizy – na wystawie przy latarni w gdańskim Nowym Porcie w sierpniu 2013, fot. Latarnica

BEZ PASJI NIE MA ŻYCIA

Latarnica: Ile latarników pracuje obecnie w Jastarni? W jakich godzinach w systemie zmianowym trwa jedna zmiana? I którą lubisz najbardziej?

Karol Kłos: W Jastarni pracujemy obecnie we troje. Razem z kierownikiem Leonem, oraz jego żoną Grażyną, tworzymy trio latarniane. W tym miejscu muszę nadmienić, że mam niewątpliwą przyjemność pracować z jedną spośród czterech polskich latarniczek. Koleżanka latarniczka motywuje mnie do bardziej wydajnej, owocnej pracy ku chwale ojczyzny i urzędu. Za wszelkie niedociągnięcia, które naturalnie mi się zdarzają, wstydzę się i rumienię.

Jedna służba trwa dwanaście godzin, dzięki czemu łatwo podzielić dobę na dwie zmiany. Jeżeli jednego dnia mam dzienny dyżur, to drugiego wypada nocka, a potem są dwa dni wolne, by zdążyć wypocząć. Takie obowiązują obecnie normy czasu pracy. Taki system oznacza, że nie ma miejsca na żadne nadgodziny. Jeżeli zachodzi konieczność wspólnej pracy poza swoim grafikiem, to potem po prostu bierze się wolne. Zostaje mnóstwo czasu na czytanie i pisanie książek. Oznacza to jednak również raczej średnie wynagrodzenie za pracę, bo lepiej płatne nadgodziny są zakazane.

Latarnica: Czy podczas twojej służby w Helu i w Jastarni pomagałeś brać udział w jakiejś akcji ratunkowej? Kiedyś o takiej opowiadała mi latarniczka ze Stilo pani Weronika Łozicka.

Karol Kłos: Tak, akcje ratownicze na morzu są bardzo spektakularne i niezwykle widowiskowe. Niestety, widownia zazwyczaj nie dopisuje, ponieważ akcje takie mają miejsce na morzu, daleko od lądu, najczęściej podczas pogody sztormowej i ograniczonej widoczności. Latarnik podczas takiej akcji nie wypływa w morze ani nie rzuca liny. Latarnik zostaje na latarni morskiej i korzystając ze znajdującej się na wyposażeniu radiostacji UKF może pośredniczyć w nawiązywaniu łączności radiowej pomiędzy załogą statku wzywającą pomocy a służbami ratowniczymi.

Pamiętam doskonale taką akcję ratunkowa. Na jachcie płynącym nocą podczas silnego wiatru zdarzył się wypadek. Niedoświadczony marynarz zapragnął dodać sobie odwagi przy pomocy przemyconego na pokład alkoholu. Potem śpiewając piosenkę o ukochanej dziewczynie oczekującej go w zacisznym porcie, a właściwie dziewczynach w wielu portach, skaleczył się bardzo groźnie w nogę, nabił sobie guza podczas upadku, a potem wypadł za burtę jednostki. Natychmiast ogłoszono alarm. Rozdzwonił się dzwon pokładowy, rozgwizdały się gwizdki bosmanów. Nawiązano łączność radiową z Polskim Ratownictwem Okrętowym, statkiem SARS stacjonującym we Władysławowie, a także ze śmigłowcem ratowniczym w Gdyni. Pośredniczyłem we wszystkich tych rozmowach. Z każdą minutą sytuacja stawała się coraz bardziej tragiczna. Zwiększyłem do maksimum moc swojego nadajnika, ponieważ huraganowy wiatr spychał statek coraz dalej od brzegu. W końcu jednak śmigłowiec wyłowił z wody feralnego marynarza. Wszystko zakończyło się szczęśliwie. Można było odpocząć.

Przepisy o łączności radiowej określają bardzo dokładnie obowiązki każdego radiooperatora. Korespondencja radiowa obwarowana jest ścisłą tajemnicą. Tajemnica dotyczy nie tylko treści korespondencji, ale także samego faktu jej istnienia. Oznacza to, że nie miałem prawa ujawnić żadnej informacji na temat tej akcji ratunkowej ani nawet wspomnieć, że miała ona miejsce. Inteligentne osoby zapewne już zrozumiały, że moja opowieść o ratowaniu marynarza była tylko fikcją literacką. Takie są właśnie realia i ograniczenia pracy w służbie morskiej.

Latarnica: Czy miewasz niespodziewanych gości w latarni lub na jej posesji – mam tutaj na myśli koty, psy, ptactwo czy inne zwierzęta leśne? Dokarmiasz je, fotografujesz? A może jest jakiś stały bywalec ze świata zwierząt w latarni jastarnickiej?

Karol Kłos: Jeżeli chodzi o te wszystkie miłe zwierzątka, które odwiedzają latarnika w jego samotni, to poza wiewiórkami, dzięciołami, wronami, wróblami, łabędziem, który zmarł podczas zimy stulecia obok latarni morskiej, wygłodzonego lisa, który przemykał pod płotem, a także zaprzyjaźnionej maciory ze stadem dorastających dzików mogę jeszcze wspomnieć o gnieździe szerszeni, które tego roku znaleźliśmy z Leonem w kratce wentylacyjnej. Byliśmy zmuszeni interweniować. To znaczy Leon interweniował. Ja uciekałem gdzie pieprz rośnie.

Latarnica: Śledząc twój profil na Facebooku widzę że jesteś zapalonym miłośnikiem słowa drukowanego. Nie tylko sam piszesz ale i nałogowo czytasz. Czy książki i czytanie zawsze było twoją pasją?

Karol Kłos: Książki pokochałem już w pierwszej klasie szkoły podstawowej. Gdy tylko nauczyłem się składać literki w słowa czytałem namiętnie wszystko co wpadło mi w ręce. Zwłaszcza dostępne wtedy powszechnie gazety, czyli takie wielkie płachty zadrukowanego papieru. Wyjaśniam, ponieważ dzisiejsza prasa czytana zazwyczaj w Internecie wygląda nieco inaczej. Moje czytelnicze osiągnięcia bardzo radowały kochających mnie rodziców, którzy pełni dumy podczas każdych odwiedzin krewniaków wołali do mnie:

– Karol, przynieś gazetę i pokaż cioci jak potrafisz czytać.

No więc czytałem, a wszyscy krewni się zachwycali. Gdy jednak prosiłem ich o cukierki, to tłumaczyli mi cierpliwie, że od cukierków psują się zęby, że nie mają pieniędzy, więc lepiej powinienem zająć się czytaniem zamiast naciągać uczciwych ludzi.

Później postanowiłem wydać swoja własną gazetę. Inteligentne i niezwykle błyskotliwe artykuły pisałem długopisem na kartce brystolu, żeby moja gazeta była bardziej trwała. Przesiadując ciągle w domu nad książkami, niechcący słyszałem rozmowy dorosłych. Chcąc się wykazać dojrzałością, wiedzą, mądrością, ba, nawet i nadzwyczajna dorosłością, poruszałem owe dorosłe tematy w mojej gazecie. Gdy zapisałem już wszystkie szpalty, niezwykle zadowolony z siebie pokazałem moje dzieło rodzicom. Czytali bardzo uważnie i chwalili mnie za genialne pomysły, zrozumienie skomplikowanej sytuacji politycznej, doskonałe recepty naprawienia socjalistycznej gospodarki. Moje ego rosło z każda pochwałę, z każda uwagą rodziców na temat ich dziecka. Właśnie wtedy zapałałem bezgraniczną miłością do dziennikarstwa. Jednak ze względów bezpieczeństwa, by moja gazeta nie ujawniła tematów poruszanych w naszym domu osobom niepowołanym, moja ukochana gazeta natychmiast po przeczytaniu wylądowała w piecu.

Latarnica: Wymień jednego, dwóch albo i trzech pisarzy których szczególnie cenisz lub ich konkretne utwory i powiedz co Cię w nich tak urzekło.

Karol Kłos: Cenię Jamesa Jojcea za horror czytelnika jaki stworzył swoją książką „Finangenów tren”. Ukazała się u nas 70 lat po jej publikacji, ponieważ stwarza tak wielkie problemy nie tylko tłumaczowi, ale również każdemu innemu czytelnikowi. Wciąż planuje dokończyć jej lekturę. Prawie nikt tej książki nie przeczyta do końca, a jednak jej autor od wielu już lat jest prawdziwym mitem literatury światowej, wyzwaniem dla znawców i badaczy, straszakiem studentów.

Cenię książki Williama Faulknera za ich niepowtarzalny nastrój, a autora za dotarcie na szczyt Parnasu pomimo przeciwności losu. Ponadto książki Wladimira Nabokowa, Mikołaja Gogola, Fiodora Dostojewskiego, Lwa Tołstoja, Orhana Pamuka oraz wszystkich pozostałych noblistów za niepowtarzalną okazję jaką mi dają do nauki pisania. Przy tej okazji wspomnę o tym, iż najwięksi pisarze świata nie byli pupilkami publiczności, nie byli pieszczochami wydawców ani czytelników, a jednak ich nazwiska utrwaliły się w historii literatury, znalazły się na świeczniku i świecą coraz mocniej. To napawa mnie nieustającą nadzieją.

Latarnica: Czy praca latarnika sprzyja nałogowemu czytaniu książek. Wiadomo z „Latarnika” Sienkiewicza, że zaczytanie może mieć zgubne skutki. Jak to wygląda u Ciebie?

Karol Kłos: W dzisiejszych czasach statki są wyposażone w nowoczesne systemy nawigacji satelitarnej, bardzo dokładne mapy, dobrą łączność z brzegiem czy innymi statkami. Latarnie morskie nadal istnieją, ale jako uzupełnienie tamtych środków, jako dodatkowe zabezpieczenie. Coraz częściej też latarnie morskie pełnią role inne, nie związane z bezpieczeństwem żeglugi, czyli stają się obiektami muzealnymi, punktami orientacyjnymi, miejscami działalności historycznej, kulturalnej, zabytkami budownictwa morskiego, techniki nawigacyjnej, a także bohaterami literackimi. Bezpieczeństwo w coraz większym stopniu zależy od urządzeń technicznych, a w coraz mniejszym od człowieka. Rozwój technologii umożliwia już dzisiaj tworzenie bezobsługowych obiektów nawigacyjnych. Taka jest przyszłość. Nasz kraj jest na to jeszcze zbyt ubogi, ale to przyjdzie.

CDN

[17.09.2014]

Fot. z archiwum Karola Kłosa [2x]

Poniżej w budynku pod wieżą latarni w Jastarni

Poniżej – podczas malowania stawy nawigacyjnej (jeszcze przed jej przebudową) w porcie w Jastarni

Poniżej: rozmowa oko w oko czyli jak Latarnica kontra latarnik (fot. Tomasz Lerczak, sierpień 2013)

 

Ten tydzień spędzicie na moim blogu w towarzystwie Karola Kłosa – latarnika i pisarza z jastarnickiej blizy. Jest to ekskluzywny wywiad przeprowadzony specjalnie dla mojego blogu. Mam nadzieję, że was zainteresuje i przybliży postać tego latarnika. Karola poznałam przez internet, przez naszego innego wspólnego znajomego – pisarza. Najpierw były to spotkania wyłącznie w wirtualnym świecie, by w sierpniu 2013 roku w pięknych latarnianych okolicznościach w gdańskim Nowym Porcie, poznać się osobiście. Poniżej treść naszej rozmowy podzielna na 3 odcinki, które przeczytanie dziś, w najbliższą środę (17.09) i piątek (19.09). Tytuł tego wywiadu narodził się spontanicznie podczas jakiejś luźniejszej rozmowy przez komunikator portalu Facebook. I od razu wpadł mi w oko i tak już zostało. Zatem zapraszam do lektury!

BEZ PASJI NIE MA ŻYCIA

Latarnica: Witaj Karolu, z ogromną radością chciałabym zadać Tobie kilkanaście pytań dotyczących Twojej zawodowej drogi latarnika, Twoich dwóch książek, które miałam okazję przeczytać  (powieści: „Latarnik” i „Latarniczka”) oraz życiowych pasji i zamiłowania do pisania. Zacznijmy od początku czyli chwili kiedy podjąłeś pracę w zawodzie, który mnie wydaje się czymś fascynującym i wyjątkowym oraz bardzo odpowiedzialnym. Jak to się stało, że z pracownika na budowie w Żarnowcu trafiłeś do helskiej latarni. Był wolny etat czy ktoś Tobie tą pracę zaproponował?

Karol Kłos: Zwolnił się etat w miejscu zamieszkania, a ja mieszkałem na kwaterze i wracałem do domu tylko na niedzielę, więc bardzo chętnie skorzystałem z nadarzającej się okazji. Ponieważ chętnych na to stanowisko było kilku, pracodawca zorganizował nam egzamin wstępny, w wyniku którego zostało nas dwóch kandydatów. Nastąpiła więc dogrywka, ale znowu uzyskaliśmy jednakowe wyniki. Wtedy zaproponowano pracę nam obu, ponieważ był wolny etat również w Helu.

Okazja ta miało bardzo tragiczne tło. Jeden z latarników z powodów rodzinnych i emocjonalnych podpalił swój dom, a następnie nie zdołał uciec ogniowi i zginął w pożarze. Te okoliczności stały się później pretekstem napisania opowiadania „Duch”, które opublikowałem w tomie „31.10 Halloween po polsku” razem z opowiadaniami moich znajomych autorek i autorów w serwisie Virtualo.pl. Ten projekt literacki realizowały osoby znające się tylko wirtualnie, czyli przez Internet, a dokładniej przez Facebooka. Pierwszy tom opowiadań grozy „31.10” ujrzał czytelników w 2011 roku, a w kolejnych latach powstawały następne tomy opowiadań, w których już jednak nie wziąłem udziału. Zbiory z tego cyklu można nabyć gratis na stronie Virtualo.pl, to znaczy z przyczyn formalnych trzeba je kupić, no bo to jest sklep, ale cena wynosi 0,00 zł.

Latarnica: czytając o przebiegu Twojej pracy zawodowej jako latarnika widzę że służyłeś na Helu już w 1986 roku czyli załapałaeś się jeszcze na działanie drugiej latarni pod Helem na tzw Górze Szwedów. Na czym polegała praca latarników helskich w związku z tą zautomatyzowaną latarnią? Jakie były wasze obowiązki? Jak często musiałeś podejść/podjechać do konstrukcji na Górze Szwedów?

Karol Kłos: Na Górę Szwedów chodziliśmy spacerkiem raz w tygodniu. Mieliśmy specjalny grafik zajęć, z którego wynikało, że w każdy poniedziałek ten z latarników, który miał dzienny dyżur, szedł na Górę Szwedów. To był marsz wzdłuż trasy kabla energetycznego zakopanego w ziemi, którym dostarczany był prąd do latarni. Trasa liczyła około czterech kilometrów. Gdy wandale powybijali szyby, to wszyscy razem we czterech poszliśmy je wstawiać.

Później, niestety, pracę latarni na Górze Szwedów przerwały działania złodziei. Z ziemi wyrwano kabel zasilający, ponieważ był on wykonany z aluminium, a ten metal miał wysoką cenę w skupach złomu. Wtedy latarnia przestała świecić. Niewiele później złomiarze połasili się na całą laternę z miedzianej blachy. Miedź też miała wysoką cenę. Laterna to jest pomieszczenie z żarówką na szczycie latarni morskiej. Teraz z latarni na Górze Szwedów pozostała już tylko sama stalowa kratownica wieży. Nie wiadomo jak długo jeszcze postoi.

Latarnica: A dlaczego od 1996 roku zostałeś latarnikiem w Jastarni? To była zmiana na twoje życzenie czy były tego jakieś inne okoliczności?

Karol Kłos: Tego roku na emeryturę odszedł mój brygadzista, pan Aleksander Brojek, a jego miejsce zajął syn Tomasz. Równocześnie mieszkanie służbowe obok latarni otrzymał inny latarnik, Marek Budzisz, który dotąd mieszkał i pracował w Jastarni. Więc teraz Marek mieszkał by w Helu, a dojeżdżał do Jastarni, natomiast ja mieszkając w Jastarni dojeżdżałbym do Helu. Zamieniliśmy się miejscami pracy, dzięki czemu każdy pracuje teraz w miejscu zamieszkania.

Latarnica: Praca na Helu powiązana była z aktywnym sezonem letnim bowiem latarnia helska jest udostępniona dla ruchu turystycznego. Czy za twojej bytności już obsługiwałeś ruch turystyczny na latarni?

Karol Kłos: Tak, pracowałem latem przy obsłudze ruchu turystycznego. Poza godzinami służby sprzedawało się bilety oraz pocztówki zwiedzającym stojąc u wejścia do latarni. Na górze inny pracownik opowiadał historię, wyjaśniał co gdzie widać i pożyczał lornetkę. Zwiedzanie organizowało Centralne Muzeum Morskie w Gdańsku. Czasami trzeba było powstrzymać nietrzeźwego przed wejściem na schody, albo skłonić nieodpowiedzialnego rodzica do trzymania dziecka za rączkę zamiast wnoszenia go na barana. Bywało się też światkiem solidarności przyjaciół, którzy niepełnosprawnego wnosili do góry na rękach. Po zakończeniu dnia latarnik brał miotłę i całe schody zamiatał, zbierał śmieci, a nocą sprzątał wywrócone kubły po odwiedzinach dzików. Czasami też naprostowywał kierunki stron świata zagubionym, upojonym wrażeniami, lub trunkami turystom.

Latarnica: W Jastarni pod tym względem (turyści zwiedzający latarnie) jest chyba zdecydowanie spokojniej.  Czy zdarzają się letnicy którzy widząc Cię na posesji latarni w Jastarni proszą o wpuszczenie?

Karol Kłos: Zdarzali się często, dlatego zawiesiliśmy na budynku informację: Bez zwiedzania. Teraz więc turyści wykazują się zdolnością czytania ze zrozumieniem. Chociaż umożliwiam podejście „pod latarnię”, na co też bywają chętni. Specjalnie dla nich zawiesiliśmy na ścianie latarni tablicę informacyjną z opisem i fotografiami. Kiedyś grupa młodzieży szkolnej usiłowała wymusić wpuszczenie ich na obiekt groźbami posiadania znajomości „w Pruszkowie”. Na szczęście takie przypadki zdarzają się rzadko.

Latarnica: Czy miałeś obawy przed podjęciem pracy latarnika czy od początku czułeś że to zajęcie idealne dla Ciebie?

Karol Kłos: Nie miałem obaw, ale też nie rozumiałem specyfiki tej pracy. Pracowałem wcześniej w ruchu utrzymania na budowie jako dyżurny elektryk, więc praca zmianowa mi odpowiadała. Na stanowisku latarnika doszły natomiast zagadnienia związane z turystyką. W Helu miało to bardzo duże znaczenie, no i wiązało się z dodatkowym wynagrodzeniem. Ze sprzedaży biletów mieliśmy swój procent. To znaczy pierwszego roku było tych procentów aż dwadzieścia. Potem każdego roku wysokość tego zarobku była zmniejszana. Gdy odchodziłem z Helu latarnicy otrzymywali osiem procent wartości sprzedanych biletów. Przy dużym ruchu turystów wciąż jeszcze było to całkiem dobre wynagrodzenie. Jak to wygląda obecnie nie mam pojęcia, ale sądzę, że raczej nie podnoszą latarnikom tej płacy. Zresztą na innych latarniach stawki były inne, bo inne też były lokalne uwarunkowania. Pracodawca zawsze dba o to by pracownik nie zarabiał zbyt dużo, bo by mu się mogło w głowie poprzewracać od tego bogactwa.

Latarnica: Co Tobie najbardziej odpowiada w obowiązkach latarnika? Czy ta praca daje ci szansę na inne pasje takie jak czytanie i pisanie książek? Zdradź mi czy jakieś fragmenty a może większość tekstu „Latarnika” czy „Latarniczki” powstały podczas np. nocnej służby?

Karol Kłos: Podczas pracy na stanowisku latarnika jestem pracownikiem Urzędu Morskiego w Gdyni, wobec tego wykonuję tylko i wyłącznie obowiązki zlecone mi przez pracodawcę, a określone w umowie o pracę, przepisach prawa pracy oraz regulaminach służbowych. Czasami w wyjątkowych sytuacjach mam też możliwość realizowania swoich pasji równocześnie z pracą dla urzędu. Mam tu na myśli tradycyjny już, bo V Bałtycki Maraton Brzegiem Morza, który w tym roku odbędzie się 30 sierpnia, a którego organizatorem jest między innymi Urząd Morski w Gdyni, miasta Jastarnia i Władysławowo oraz inne instytucje. Wtedy mogę szaleć na plaży z aparatem fotograficznym w dłoni. Zazwyczaj wykonuję takiego dnia ponad tysiąc fotografii.

Natomiast książki piszę w czasie wolnym, co oczywiście również oznacza bardzo często noc. Nocna pora idealnie nadaje się do pisania książek, ponieważ do tej pracy wymagany jest spokój, cisza i skupienie. Większość moich znajomych autorek i autorów to nocne marki. Niektórzy twierdzą nawet, że są wampirami.

CDN

[15.08.2014]

Fot. Z archiwum Karola Kłosa [2x]

Poniżej Karol Kłos piszący czyli w dłoniach cenny rękopis

Poniżej w „firmowym” mundurze czyli latarnik na stanowisku pracy

Poniżej: pierwsze spotkanie twarzą w twarz Latarnicy i latarnika Karola Kłosa – sierpień 2013 – w Nowym Porcie (fot. Tomasz Lerczak)

 

Ze starej prasy [29]

Posted by kotmonika under Blog, Latarnie morskie

Po kilku miesiącach przerwy wracam do wpisu z cyklu „Ze starej prasy”. W tym miesiącu udało mi się nabyć na portalu aukcyjnym czasopismo „Światowid” z interesującym latarnianym artykułem. Jest to numer 17 (402) z kwietnia 1932 roku. Opublikowano w nim artykuł Alfreda Świerkosza pt. Polska posiada najsilniejszą latarnię morską w Europie. Przypomnę, że Alfred Świerkosz uchodzi za twórcę tzw. legendy nt Żeromskiego i jego pomieszkiwania w rozewskiej blizie. Twórcę w tym sensie, że jeździł i przeprowadzał rozmowy z latarnikiem Leonem Wzorkiem i potem publikował na temat pobytu pisarza na Rozewiu artykuły w prasie ogólnopolskiej. W tym numerze „Światowida” napisał o latarni Rozewskiej jako znaku nawigacyjnym o najsilniejszej optyce w Europie jak na swoje czasy. Poniżej kilak ujęć czasopisma: okładka, strona z artykułem i zbliżenia na zdjęcia.

Prasa: ze zbiorów Latarnicy

[13.08.2014]

Poniżej okładka nr 17 z kwietnia 1932

Poniżej strona z artykułem Alfreda Świerkosza

Poniżej zbliżenie na fotkę z Przylądkiem Rozewskim

Poniżej zbliżenie na fotkę latarni Rozewie

Poniżej zdjęcie z latarnią/stawą nawigacyjną  w porcie gdyńskim

Dziś tj. 2 sierpnia 2014 roku na latarni morskiej STILO odsłonięto tablicę ku czci latarnika Romulada Łozickeigo. Żałuję, że nie mogłam tam być osobiście ale już dziś możecie zobaczyć jak ta tablica wygląda.Fot. Baza oznakowania Nawigacyjnego. Można również odwiedzić ich profil na Facebooku TUTAJ.

Więcej znajdziecie wkrótce na bazagdansk.pl

[02.08.2014]

Informacja dla wszystkich z Trójmiasta i okolic. Jutro pod latarnią Stilo ma miejsce bardzo ważna uroczystość.

2 sierpnia 2014 r. w ramach obchodów ŚWIATOWEGO DNIA LATARNICTWA można uczestniczyć w następujących imprezach:

ROZEWIE – 12:00 – 13:00

Wernisaż wystawy malarstwa marynistycznego „WIDZENIE MORZA”

STILO  –  14:30 – 19:00

Odsłonięcie tablicy pamiątkowej piewcy latarnictwa kierownika latarni morskiej ROMUALDA ŁOZICKIEGO

W programie Pikniku Muzycznego piosenki ostatniego dwudziestopięciolecia

Informacje szczegółowe można uzyskać w Towarzystwie Przyjaciół Narodowego Muzeum Morskiego

Sekretariat Towarzystwa 58 301 86 11 w. 391 lub 516 819 300.

Romuald Łozicki był latarnikiem od lipca 1979 roku do stycznia 2012 roku. Miałam okazję poznać pana Romualda na jednej z uroczystości w TPNNM w Gdańsku na spotkaniu noworocznym. Mam stały kontakt z panią Weroniką – latarniczką ze Stilo i żoną pana Romualda. Stilo zawsze kojarzy mi się z latarnią obsługiwaną przez „klan” rodzinny. Z przyjemnością zwiedzało się ten obiekt latem bowiem zawsze można było wysłuchać ciekawych opowieści i być przyjętym jak dawno niewidziany przyjaciel. Krótką notkę wspominkową o zmarłym latarniku możecie przeczytać na prywatnej stronie przyjaciół BON – TUTAJ.

Bardzo ciekawy wywiad z panią Weroniką polecam na stronie wp.pl, gdzie znajdziecie tekst pt. „kobieta z latarni” – cały tekst TUTAJ. Dwa lata temu w sierpniu obchodziła 22-lecie swojej pracy na latarni. W przyszłym roku będzie to już 25-lecie.

[01.08.2014]

Poniżej moje dwa pamiątkowe zdjęcia z latarniczką panią Weroniką Łozicką – z 2010 roku. Fot. Tomasz Lerczak

Poniżej dwa zdjęcia latarnika Romualda, fot. Roman Koszowski /Mały Gość Niedzielny

Poniżej Państwo Łoziccy na służbie, fot. Urząd Morski w Gdyni

Latarnia w Czołpinie

Posted by kotmonika under Blog, Latarnie morskie

Po bardzo udanych fotorelacjach Piotra Gałki z tegorocznego pobytu przy ruinie latarni na Górze Szwedów i w latarni Stilo – dziś przyszła pora na zaprezentowanie Wam zdjęć z jego majowej wycieczki do Czołpina. Doskonale pamiętam swój pierwszy pobyt w tej latarni. W żadnej innej dostanie się pod samą wieżę nie było tak uciążliwe. Nie wiem jak odczuwa się tą drogę wiosną czy jesienią ale w upalne lato dojście pod położoną w samym centrum parku Narodowego latarnię jest naprawdę uciążliwe. Tego dnia kiedy szliśmy wytyczoną pod górę ścieżką był nieziemski upał. Powietrze wręcz falowało i w parku nie było wielu ludzi. Na trasie od parkingu do samej latarni nie spotkaliśmy nikogo. To było dość ekstremalne jeśli chodzi o pogodę (a dodam że bardzo źle znoszę upały i zdecydowanie wolę chłodniejsze dni), ale magia poznania miejsca które wcześniej stanowiło dla mnie terra incognita była silniejsza i gnała mnie do przodu! To również wtedy (2006 rok) zakupiłam tam certyfikat pobytu w latarni potwierdzony przez samego latarnika.

Czołpino to typowa samotna latarnia pośród lasów i wydm. Po drodze mija się tylko zapuszczony domek latarników ale od niego do samej latarni jest jeszcze spory kawałek. Podoba mi się jej położenie. Podoba mi się odległość od skupisk miejskich i letnich kurortów. Do Czołpino po prostu trzeba sobie wyprawę specjalnie zaplanować. Nie znajdzie się  ot tak przy okazji na naszym szlaku. Trzeba specjalnie z drogi głównej odbić i zaparkować auto na jednym z parkingów, od których jeszcze sporo drogi do pokonania. Ale pejzaże rekompensują trudy.

Będąc już na górnym tarasie warto zauważyć jak potężna jest optyka tej latarni. Gdybym miała wybrać moją ulubioną optykę wśród polskich latarni Czołpino jest zdecydowanie na pierwszym miejscu. Wystąpiło też w polskiej komedii romantycznej „Zakochani” i pięknie widać tam czynny aparat świetlny.

Sama wieża stoi na wysokiej wydmie, bo w paśmie nadmorskim wzniesienie o wysokości 66 m n.p.m. to sporo. Od niej do linii brzegowej jest ponad kilometr. Warto już po drodze wypatrywać nad linią drzew jej laterny. Zobaczycie to na zdjęciach poniżej. Dla mnie było to kiedyś strasznie ekscytujące i piękne. Latarnia służy jako znak nawigacyjny od 1875 roku. całkowita jej wysokość wynosi 25,2 m. Wieża u podstawy ma średnicę 7 m. W środku – wtedy kiedy ja byłam – był dobrze zaopatrzony sklepik z pamiątkami.

Fot. Piotr Gałka / maj 2014

[07.07.2014]

Poniżej mój pamiątkowy certyfikat „zdobycia” latarni Czołpino podpisany przez latarnika Laskowskiego. Poniżej detale czyli kilka pamiątkowych pieczęci z certyfikatu. Fot. Latarnica

Odszedł latarnik z Helu

Posted by kotmonika under Blog, Latarnie morskie

25 stycznia br. zmarł emerytowany pracownik Bazy Oznakowania Nawigacyjnego Latarni Morskiej HEL Urzędu Morskiego w Gdyni Aleksander Brojek (1933-2014). Jak można przeczytać w publikacji Apoloniusza Łysejki „Historia latarni morskiej HEL” A. Brojek pracował w Helu jako latarnik w latach 1956-1998. Był również rekordzistą pod względem przepracowanych tam lat bowiem spędził na służbie aż 42 lata. Od 2005 roku był również członkiem Towarzystwa Przyjaciół Centralnego Muzeum Morskiego w Gdańsku. Do podjęcia pracy latarnika namówił go  w 1956 roku Józef Wazdrąg – ówczesny kierownik latarni Hel. Wtedy latarnicy mieli o wiele więcej obowiązków i praca była cięższa.  Poza tym obsługiwali dodatkowo radiolatarnię oraz nadzorowali pracę latarni morskiej na Górze Szwedów.  Aleksander Brojek został brygadzistą w roku 1974. Zawsze bardzo ciepło mówił o swojej pracy, choć uważał że nie każdy nadawałby się na latarnika. Obecnie w latarni pracuje m.in. syn p. Aleksandra – Tomasz Brojek (od 1998 roku) . Piękne wspomnienia o p. Aleksandrze napisane przez p. Jarosława Czyszek można przeczytać TUTAJ.

[10.02.2014]

Poniżej zdjęcie latarnika, fot. z artykułu z http://www.kulinski.navsim.pl

Poniżej latarnik A. Brojek – fot. Z. Grabowiecki, zdjęcie z książki Antoniego F. Komorowskiego „Morskie drogowskazy polskiego wybrzeża”

Poniżej zdjęcie latarników z Helu Brojka i Wazdrąga zrobione zimą 1960 roku, fot. ze zbiorów Apoloniusza Łysejki

Poniżej zdjęcia w sezonie letnim 2010 roku – latarnia morska Hel oraz dom latarników u jej podnóża, fot. Latarnica.

 

Subscribe to LATARNICA